Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 20 sierpnia 2013

To nie jest La Liga

fot. marca.com
Jak zwykle trochę na wariackich papierach, ale tym razem na szczęście bez opóźnień - ruszyła. Dla tych, którzy jej nie rozumieją - przynudnawa liga dwóch drużyn, skupiająca się na ich napompowanej do granic możliwości rywalizacji, ich intrygach i trywialnych problemach bogaczy. Dla tych, którzy wyjściowe "11" Betisu, Rayo Vallecano, Realu Sociedad czy Granady są w stanie wymienić jednym tchem - jednak coś więcej.

Mędrcy mają używanie

Choć po prawdzie rozgrywki wystartowały w sobotę, na największe tłumy przed ekrany telewizorów przyciągnęły dopiero w niedzielny wieczór. To wtedy wystartować miał kolejny wyścig dwójki stałych ligowych liderów, pojedynek niczym Oxford-Cambridge, toczący się jakby obok właściwych regat. Do śledzenia spotkań Barcelony i Realu przystąpili kibice obu drużyn, sympatycy ligi (ściskający raczej kciuki za tych maluczkich, czyli rywali) i trzecie grono - absolutnie bezstronne wobec obu ekip i być może niespecjalnie zainteresowane samym wydarzeniem - grono mędrców, chcących zrecenzować hiszpańskie rozgrywki już na starcie, by z (w swoim mniemaniu) czystym sumieniem powrócić do pasjonowania się rzekomo bardziej pochłaniającą rywalizacją w innych krajach. Grono to oczekiwało jednego - potwierdzenia ich wersji wydarzeń.

I Barcelona trafiła w punkt, bezlitośnie nokautując bezbronny walencki zespół. Można było odbębnić koniec zmagań w La Liga, klasyfikując całe przedsięwzięcie jako arcynudne i kompletnie pozbawione emocji, ubierając swój komentarz w mniej lub bardziej zawoalowany sarkazm. To wszystko zapewne bardzo ciekawe sądy, ale - to nie jest La Liga.



Prawdopodobnie nikt nie zastanowił się nad tym, co doprowadziło do tak łatwego tryumfu Barcelony. Projekt Levante to dla nich "projekt X", a w miejsce drużyny z Ciudad de Valencia można by wstawić dowolną drużynę z pierwszoligowej stawki i otrzymać podobny obrazek. Świeżość i lekkość ruchów zawodników Blaugrany miała w osiągnięciu przez nich takiego rezultatu kluczowe znaczenie, ale Messi czy Pedro nie poruszaliby się po boisku z taką swobodą, gdyby naprzeciw mieli świadomą swej tożsamości drużynę.

Tymczasem w szranki z rozhuśtaną tego dnia Dumą Katalonii stanął twór kadłubkowy, pozbawiony latem, na skutek różnych zdarzeń, swego szkieletu. Ballesteros, Munúa, Juanlu czy Barkero pożegnali się z ekipą w ramach akcji oczyszczania klimatu w drużynie po tym jak światło dzienne ujrzały informacje o aferze korupcyjnej, w którą wspomniana czwórka miala uwikłać drużynę. Klub opuściły też filary linii pomocy. Michel Herrero na skutek korzystnych dla Valencii zapisów w kontrakcie, za grosze wrócił na Mestalla. Niemal w przeddzień meczu na Camp Nou Sevilla aktywowała klauzulę wykupu Vicente Iborry, który jeszcze w piątek ze łzami w oczach żegnał się z kibicami Granotes, zapewniając, że zawsze będzie dumny z faktu reprezentowania Levante, a już w niedzielę w ligowym hicie mierzył się z Atlético jako zawodnik Los Nervionenses.

Do tego wszystkiego doszła zmiana na stołku trenerskim. Ekipę objął solidny, a przy tym nietuzinkowy szkoleniowiec, Joaquín Caparrós. Czarodziejem jednak były opiekun Mallorki w żadnym wypadku nie jest i sam z dystansem podszedł do niedzielnego wyniku, w pełni świadomy tego na jakim etapie jest tworzona przez niego drużyna - Odwiedziliśmy dentystę, a po wczorajszym meczu musimy zrobić to ponownie.(...) Wyglądaliśmy jak Santos i wydawało się, że gramy tu w hołdzie dla Barçy

Problemy kadrowe i sztuka radzenia sobie z nimi to część La Liga. Warto mieć te dwie rzeczy na uwadze i je rozumieć, gdy formułuje się kategoryczne sądy dotyczące Primera Division.

Cedrick ma używanie

Podobny los co Levante mógł spotkać nie mniej zreorganizowany w czasie okienka transferowego Betis, który przybył na Santiago Bernabeu mierzyć się z, podobno silniejszym niż kiedykolwiek, Realem Madryt. W klubie z Estadio Benito Villamarín nienaruszona ostała się jedynie linia defensywna. Wszystkie pozostałe Pepe Mel musiał zaprojektować za śmieszne pieniądze na nowo i w niecałe 2 miesiące znaleźć sposób na to, by drużyna była w stanie funkcjonować bez swojego dotychczasowego lidera, Beñata Etxebarrii. Na domiar złego kontuzja pozbawiła andaluzyjską drużynę jej głównego żądła, Rubéna Castro.

Ale sympatycy drugiej strony niedzielnego pojedynku i media specjalnego zainteresowania powikłaniami kadrowymi Verdiblancos nie wykazywali. Tam rozterki były zgoła inne: na kogo postawi Ancelotti - Arbeloa czy Carvajal? Ale przede wszystkim - Iker czy Diego López? Dyskusjom nie było końca, a na szali ważyły się nie tylko losy obu golkiperów, ale też kwestia tego, czy Włoch cojones ma czy też nie ma. Słowo "kret" zostało odmienione po raz kolejny przez wszystkie przypadki, wykreowano portrety pracusia i lenia, wylano hektolitry żółci i miodu, aż wreszcie - atrybuty męskości włoskiego trenera zostały ocalone.

Nikogo nie naszła refleksja, ze rozważany dylemat jest całkowicie absurdalny, a ze sportowego punktu widzenia (a tak ten problem rysował się zapewne w głowie szkoleniowca) nie powinien w ogóle istnieć - to, czy zagra jeden znakomity bramkarz czy drugi znakomity bramkarz, tego wieczora nie robiło żadnej różnicy. Mieliśmy do czynienia z rozdmuchaniem tematu, który nie powinien przeskoczyć poprzeczki zawieszonej na poziomie tabloidu lub na poziomie piaskownicy. Na całe szczęście - to nie jest La Liga.

Tym, który po stokroć lepiej zdefiniował piękno rozgrywek, był niespecjalnie wcześniej znany nawet wiernym sympatykom ligi Kongijczyk Cedrick Mabwati. 21-letni chłopak z Kinszasy, wychowany w szkółce Atlético Madryt i obdarzony niemal hobbickim wzrostem skrzydłowy. To co jednak nowy nabytek Béticos naprawdę miał do niedawna niskie to klauzulę wykupu. W Hiszpanii tego typu zastrzeżenia umowne są obowiązkowym składnikiem kontraktu każdego piłkarza. Nikt już jednak nie ma obowiązku kształtować kwot wpisywanych w umowy poważnie, stąd zdarza się tam widzieć sumy astronomiczne, ale i spotkać się można z ceną osiągalną dla większości przeciętnych zjadaczy chleba. Tak było w przypadku Cedricka, którego kontrakt z Numancią rozwiązać można było, wpłacając na konto hiszpańskiej federacji kwotę 1,20 euro (nie, nie zapomnieliśmy o wpisaniu "mln" czy "tys."). Gdy tylko pojawiło się zainteresowanie Betisu, Cedrick pokazał, że ma gest i samemu uiścił symboliczną opłatę.



Było warto. Gdyby tego nie zrobił, być może nie poczułby, jak smakuje ośmieszenie Samiego Khediry i Sergio Ramosa. Nie wiedziałby, co to znaczy grać na nerwach Daniemu Carvajalovi i prowokować go do niezbyt roztropnych zagrań. Nie natchnąłby pozytywnie nowych kolegów, a ci być może nie podjęliby tak odważnie walki z bardziej utytułowanym przeciwnikiem. Betis wyglądał tego dnia naprawdę solidnie i chwilę po katastrofie Levante zagrał na nosie wszystkim tym, którzy Primera Division złorzeczą. Oglądaliśmy świetnie przesuwającą się i łapiąca co i rusz rywala na spalonym linię obrony, inteligentną reżyserię gry autorstwa Verdú i Jorge Molinę, czyhającego na swoją szansę przez bite 90 minut.

Był też w pełni skoncentrowany, w przeciwieństwie do swojego vis a vis Stephan Andersen, będąc tak dalekim od tego, co jeszcze tydzień wcześniej pokazywał w sparingach:



Duńczyk imponował skupieniem. Może dlatego, że nie przejmował się tym, że jego rywal do miejsca w składzie będzie wynosił z szatni głodne kawałki o konfliktach w drużynie, a może dlatego, że nawet gdyby tak się działo, wszyscy mieliby to i tak gdzieś.

Betis pozostawił po sobie naprawdę dobre wrażenie, a do urwania punktów Królewskim zabrakło trochę sił i trochę szczęścia. Bez wątpienia Cedrick i pozostali podopieczni Pepe Mela pokazali jednak jaka jest La Liga.

Gerard Pique i Joaquin Caparros mówią jak jest

Sam nie wierzę i nikogo nie przekonam do tego, że La Liga nie jest kondominium, w którym karty rozdają jedynie dwa ośrodki - madrycki i barceloński. Przedstawianie przeciwnych twierdzeń to automatyczne wejście w polemikę z Diego Simeone czy Paco Jemezem, którzy na piłce znają się pewnie lepiej, bo zarówno jako zawodnicy, jak i jako trenerzy od niemal każdego ewentualnego dyskutanta osiągnęli w tej dyscyplinie więcej. Ale bliższy memu sercu w tym temacie jest Joaquín Caparrós, mówiący na konferencji prasowej przeprowadzonej świeżo po laniu od Katalończyków - To liga dwóch zespołów, ale nie jest nudna.(...) Jest Barcelona i jest Real, a dalej są takie drużyny jak Sevilla, Athletic, Atlético czy Valencia.

To kto w danej lidze tryumfuje w piłkarskim tu i teraz nigdy nie jest w stanie zdefiniować poziomu danych rozgrywek. Liga by być silną i przyciągać nowych kibiców musi mieć też wyrazistych liderów, chcąc nie chcąc, odstających reszcie stawki. Dlatego właśnie, choć model hiszpański tak powszechnie jest krytykowany, w istocie inspiruje pozostałe futbolowe podwórka.

Zjawisko to dostrzegł Gerard Piqué. Jego zachwyt nad śledzonym przez niego, toczącym ię w znakomitym tempie, sobotnim meczem Realu Valladolid z Athletikiem Bilbao, dał mu asumpt do wejścia w twitterową dyskusję na temat konkurencyjności innych lig. Hiszpański defensor nawiązał do tego co oglądamy w Premier League, w której przyszło mu przecież występować, gdzie choć poziom jest wyrównany, od kilku lat oglądamy jedynie tryumfy Chelsea i Manchesteru United. Ostatnimi czasy do tego grona dołączył Manchester City, ale udało mu się to głównie za sprawą poważnej, zewnętrznej inwestycji.



Tak samo jest w Niemczech, gdzie kibice pewnie jeszcze przynajmniej przez kilka lat skazani będą na rozstrzyganie kwestii mistrzostwa przez Bayern i BVB. Tak samo będzie pewnie wkrótce i we Francji, gdzie rosną nam dwa kolosy, napędzane z jednej strony rosyjskim, z drugiej strony katarskim kapitałem.

Liga bez silnych liderów to liga słaba, bo co przyciąga widza skuteczniej na stadion czy przed telewizor od piłkarskiego szlagieru? Nie przez przypadek poziom polskiej ekstraklasy zaczął spadać w momencie, gdy stała się ona totalnie nieprzewidywalna. A jeśli są liderzy, to najlepiej, żeby było ich 2 i żeby mieli na pieńku - na negatywnych emocjach można zbudować naprawdę ładne konstrukcje, liczone w milionach euro.

Jedyna taka liga

Ale ligi nie byłoby bez reszty stawki. To ona nadaje jej właściwego kolorytu i, tak naprawdę, to ona sprawia, że obdarzamy uczuciem te, a nie inne rozgrywki. A w Hiszpanii te pozostałe 18 ekip, choć na dłuższą metę nie ma szans na równą walkę z dwójką hegemonów, trzyma się nieźle, wciąż potrafiąc porwać i urzec sympatyków futbolu w kraju i na arenach europejskich.

Trzyma się, choć sposób dzielenia wpływów z transmisji telewizyjnych wciąż faworyzuje wielką dwójkę. Trzyma się, choć często ich poczynania transferowe skrupulatnie monitoruje Urząd Skarbowy. Trzyma się, choć "tort" wydatków na transferowe szaleństwa prezentuje się tak:



a co lato, liderzy poszczególnych ekip zamieniają niespokojny byt w Hiszpanii na regularne wypłaty i przyzwoity poziom piłkarski gdzie indziej. Piękno tej ligi to historia radzenia sobie jej przedstawicieli z realnymi problemami, a jej siła tkwi w niebywałej zdolności do reprodukcji własnego potencjału. Rozgrywki opuszczają kolejni piłkarze o statutach gwiazd, a w ciągu 10 następnych miesięcy kreowane są nowe obiekty pożądania Anglików, Niemców i Francuzów. Kataklizm wciąż odciągany jest w czasie i aż strach pomyśleć co się stanie, jeśli doczekamy chwili, w której kryzys zostanie zażegnany. To marzenia i to jeszcze przez jakiś czas nie będzie La Liga. Póki co pozostaje nam cieszyć się z kolejnego sezonu z hiszpańskimi rozgrywkami i kochać je takie jakie są.

A są takie, jak zamykający kolejkę mecz dwóch beniaminków Almeríi i Villarrealu, który, na przekór wcześniejszym przewidywaniom, dostarczył najwięcej emocji i zakończył się skuteczną remontadą w wykonaniu gości:



Są też takie jak ta asysta Chory'ego Castro przy trafieniu Carlosa Veli:



Czyli naprawdę warto oglądać. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook