Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 23 lipca 2013

Tępa kosa w debiucie

Na boisku spisywał się najlepiej - Kosowski podczas mecz ze Śląskiem w poprzednim sezonie, fot. slasknet.com
Debiuty, które najlepiej wpadają kibicom w pamięć, są z reguły świetne lub... beznadziejne. Większość w ogóle nie jest warta odnotowania, przykryta wszechobecnym alibi o czyimś pierwszym razie. Jednak stojąc w czerwonych butach na murawie w Chorzowie, Kamil Kosowski stracił szansę na anonimowość swojego debiutu. Niestety został zauważony.

Zanim jego debiut w roli eksperta zostanie poddany ocenie, trzeba nade wszystko stwierdzić, że zatrudniająca go stacja chciała naprawdę dobrze. Sądziła, że robi najlepszy transfer tego lata - bierze zawodnika świeżo po rozstaniu z boiskiem, z głową wciąż pełną sytuacji z szatni oraz powiązaną z osobami wciąż w Ekstraklasie biegającymi. Do tego lektury wywiadów z Kosowskim - często pikantnych, zabawnych czy po prostu przyciągających uwagę - dawały nadzieję na związek medialny wyjątkowo udany.

Jak słusznie zauważył Janusz Basałaj, nie ma nic trudniejszego dla piłkarza niż skrytykowanie swojego kolegi czy nawet rywala z boiska po zaledwie kilku miesiącach od toczonych wspólnie lub przeciwko sobie pojedynków. Tak zwana magia ekranu i mikrofonu - dla wielu niestety nieosiągalna, z uwzględnieniem autora tegoż tekstu - po raz kolejny okazała się nie do przebicia nawet dla tak oryginalnego charakteru jakim jest (był?) Kamil Kosowski.

Z wielu debiutów, jakie miały standardowo miejsce na starcie kolejnego sezonu Ekstraklasy, to w niedzielny wieczór właśnie Kosowski przyciągnął najwięcej uwagi. Popchnął do twitterowej dyskusji, która przeniosła się do ligowych programów, skłaniając chętnie poruszającego wszystkie tematy Bogusława Leśnodorskiego do refleksji i wreszcie także na te łamy. Oczekiwania to cholernie niewdzięczna sprawa i - jak dowiedział się były lewoskrzydłowy krakowskiej Wisły - przy debiucie w telewizji znacznie łatwiej wyciągająca delikwenta na świecznik.

Kamil Kosowski nigdy parodią piłkarza nie zamierzał być, wręcz robił wiele, by w swojej kontrowersyjności zerwać z powszechnym odbiorem przeciętnego kopacza futbolówki w Polsce. Udawało mu się aż do momentu, gdy przyszło mu ocenić innych - a raczej, co zdarzało się Kosowskiemu nader często, "odłożyć analizę na później, po meczu, gdy będzie na to czas". Piękne alibi dla współkomentującego czy też eksperta, który przecież od sprawnego tłumaczenia i czytania gry być powinien.

Pal licho przejęzyczenia czy nazywanie trenera Zielińskiego "panem" (co nieprzyzwyczajonych do takiej kurtuazji telewizyjnych kibiców mogło zmylić), ale gdy pod koniec przeciętnego meczu Rafał Wolski zapytał Kosowskiego o odczucia z debiutu, ten tym samym głosem opisał własne podekscytowanie. Nuty czy tonu nie zmienił ani trochę - znudzony, beznamiętny, ostrożny i... przepraszam, beznadziejny.

Ekspert Kosowski leciał po najłatwiejszych schematach - uczepił się kontuzji Arboledy, więc słyszeliśmy o niej przy każdym jego kontakcie z piłką, doświadczenie Zieńczuka zdawało się również grać za niego, a młodość bramkarza stanowiła i usprawiedliwienie, i zaletę w odstępie zaledwie kilku chwil.

"Wydaje mi się" usłyszano po raz setny po godzinie niemrawej gry Ruchu i Lecha, gdy już nawet Rafał Wolski przyzwyczaił się do zdawkowych wstawek Kamila Kosowskiego. - Wołąkiewicz zaskoczył mnie in plus, bo gra dziś bardzo dobrze - stwierdził ekspert, po czym nastąpiła niezręczna cisza. Widz koniec końców nie dowiedział się ani czemu obrońca z Poznania gra dobrze, ani czemu oczekiwano od niego błędów i baboli.

Stąd wrażenie, że Kosowski zamiast wejść w rolę eksperta, zrobił z siebie tego rzadko branego przed kamerę piłkarza, który w przerwie, zmęczony i stremowany, duka najprostsze klisze do desperacko potrzebującego jakiegokolwiek wywiadu dziennikarza. Z jedynego w swoim rodzaju stał się takim jakich jest wielu - nic dziwnego, że skądinąd tryskający energią Remigiusz Jezierski o wiele, wiele lepiej wypadł w przerwie i po meczu, gdy w dwie, trzy minuty porządnie wypowiedział się o meczu. Na podsumowaniu nie sięgał po nieistotne i dawno zużyte "informacje spod szatni", ale przyćmił debiutanta swobodą i fachowością. Kosowski z bycia marginalizowanym nawet sobie sprawy nie zdawał, z uśmieszkiem ciesząc się zachowywaniem milczenia. Wydukał zdanie czy dwa, zapowiadając - o zgrozo - kolejne swoje występy.

Kwestia tremy, pierwszego razu? Problem w tym, że Kosowski nie dał żadnego sygnału, że będzie osobowością, z jaką chciał iść na piwo każdy kibic w tym kraju. Nie rozbawił anegdotą, nie zastanowił analizą - trwał za mikrofonem, ale jakby będąc znacznie dalej niż za szybą kabiny komentatorów ze stadionu w Chorzowie. Zamiast nawet iskierki nadziei, że z Kosowskim może być lepiej, podpisany niżej widz i słuchacz obawia się, że swoim uporem (i ważnym kontraktem) stacja może stworzyć kolejnego po Andrzeju Juskowiaku eksperta nie od futbolu, lecz usypiania.

Niech nikt nie myśli, że tak dosadna recenzja oznacza po prostu chęć szybkiego zaistnienia w natłoku informacji - to prędzej troska przed utratą sympatycznej osobowości na rzecz przynudzającego eksperta. Niestety, debiutant Kosowski inspirował równie nieszczęśnie, jak w swoim ostatnim w karierze sezonie, gdy, przykładowo, był wystawiany na lewej obronie. Może nawet jego miejsce wciąż jest raczej na boisku niż przed mikrofonem? Jeśli po niedzielnym falstarcie okazałoby się, że jego piłkarska postawa faktycznie jest kompletną odwrotnością zdolności do eksperckiego komentarza, Kamil Kosowski w swojej Wiśle mógłby wciąż grać pierwsze skrzypce.

Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook