Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 9 września 2014

Tam, gdzie futbol nie ma znaczenia

Gdy ludzie umierają, to nie jest łatwe, by pracować dalej. Musimy zdać sobie sprawę, że nie ma ważniejszej rzeczy od ludzkiego życia – mówił dziennikarzom BBC Dmytro Czyhrynski, gracz Szachtara. Współczesna Ukraina w niczym już nie przypomina tej sprzed dwóch lat, tętniącej życiem i futbolową pasją. Obecnie jej wschodnie rubieże przypominają raczej cmentarzysko, a stadiony są zniszczone i opustoszałe.


Był drugi maja. W Odessie miejscowy Czernomorec szykował się na pojedynek z Metalistem Charków. Zanim jednak do niego doszło, fani zorganizowali pokojowy marsz poparcia dla Ukrainy, co po listopadowych wydarzeniach na Majdanie stało się tradycją przed każdym ligowym spotkaniem. Ale tego dnia, tak jak zresztą w kilku poprzednich, w tym nadmorskim mieście w powietrzu wyczuwało się napięcie. Uczestnicy marszu jeszcze nie zdawali sobie sprawy, że idąc ku arenie, lada moment zostaną zaatakowani przez agresywnie zachowujących się zwolenników Rosji. Nie wiedzieli, że pokojowy marsz wkrótce stanie się spektaklem nienawiści i przemocy, krwawą jatką.

Naoczny świadek opowiadał potem, że pierwszy zginął młody fan piłki nożnej, kibic. Dostał kulkę w klatkę piersiową. Zmarł na miejscu. Początkowa bijatyka szybko przerodziła się w strzelaninę i ogarnęła całą miejscowość. Tego dnia w Odessie zginęło łącznie 46 osób. Zwolenników i przeciwników Euromajdanu. Do dzisiaj rosyjsko-ukraiński konflikt pochłonął ponad dwa tysiące istnień. Śmierć we wschodniej części kraju stała się zwykłą codziennością. Śmierć swoimi ramionami otuliła również sympatyków futbolu. A wojenny chaos wdarł się do klubów i na obiekty piłkarskie.

W wojennym kotle

Dwa lata temu prawie milionowy Donieck tętnił życiem jak nigdy. Aktualnie to metropolia zniszczona i wymarła. Według opowieści lokalnych ludzi to miasto duchów. Dwa lata temu na ulicach Doniecka można było spotkać sympatyków piłki kopanej z niemal całej Europy. Teraz, jak pisał niemiecki reporter na łamach „Der Spiegel”, prędzej znajdziemy tam martwych ludzi. Śmierć bowiem czyha na progu, kula może dosięgnąć każdego, a mieszkańcy, nieufni nikomu, chowają się w prowizorycznych schronach. Dwa lata temu miasto wrzało, śpiewy i kibicowskie przyśpiewki nie ustawały. Dzisiaj nie ma tam prądu, bieżącej wody, a rebelianci wyłączyli wszystkie ukraińskie stacje telewizyjne.



Jeszcze dwa lata temu stadion Donbass Arena wyglądał na supernowoczesny, obecnie zaś przypomina opuszczony i zrujnowany gmach. Straszy wyglądem i podkreśla, że spór dotyczy wszystkich, nawet tych wyczynowo uprawiających piłkę. Zawodnicy, trenerzy oraz szefostwo Szachtara przebywają w oddalonym o setki kilometrów Kijowie, a mecze ligowe klub rozgrywa we Lwowie. Na pierwsze ich spotkanie w tym sezonie przyszło około 5 tysięcy sympatyków.

Póki co średnia widzów na obiektach wynosi niecałe 8 tysięcy. W poprzednich latach wahała się w granicach 11-12 tysięcy. Szachtar w ubiegłym sezonie oglądało przeszło 30 tysięcy ludzi. W tym to raptem 8 tysięcy. Nawet Dynamo Kijów straciło około 10 tysięcy widzów względem roku poprzedniego. W takich warunkach, w kraju ogarniętym konfliktem, nie ma mowy o normalnym futbolu.

Dwóch drużyn - Tawriji Symferopol oraz FC Sewastopolu - z anektowanego przez Rosję Krymu w szeregach ukraińskiej ligi już nie ma, cztery inne ze wschodnich rejonów nie mogą grać na swoich stadionach, a dla pozostałych celem nadrzędnym jest po prostu przetrwanie trudnych czasów. Już ubiegły sezon Ukraińcy ledwo ukończyli. Ostatnie mecze albo się nie odbywały, albo rozgrywano je przy pustych trybunach. Bieżący ostatecznie wystartował, lecz przez długi czas nie było wiadomo, czy w obliczu narastających problemów, w ogóle do tego dojdzie.

Na wojennej ścieżce

Nie lada wyzwaniem logistycznym było ulokowanie niektórych pierwszoligowców w bezpiecznych strefach. Wojenna zawierucha nie tylko zmieniła życie miejscowej ludności, ona cały tamtejszy futbol wywróciła do góry nogami i utopiła w odmętach chaosu. Wspomniany Szachtar, tak jak pozostałe dwa kluby z Doniecka - Olimpik i Metalurg - wyprowadziły się do stolicy i Lwowa, pojedynki Zorii Ługańsk odbywają się w Zaporożu. Podsumowując: łącznie cztery ekipy opuściły region naznaczony sporem, a dwa kolejne zostały wcielone przez Rosję. Dodając do tego Arsenal Kijów, który zbankrutował, otrzymamy prawdziwy, niekontrolowany miszmasz.

Nie można zapomnieć, że strona finansowa zespołów również ucierpiała znacząco. Wielu bowiem właścicieli - tych zamożnych, zazwyczaj ze wschodniej części państwa, popierających Janukowycza - zbiegło z kraju, pozostawiając swoje drużyny własnemu losowi. Siergiej Kurczenko, miliarder, boss Metalistu Charków, uciekł z ojczyzny w listopadzie 2013 roku i przestał wspierać swój zespół. Wkrótce odeszli z niego kluczowi gracze, a wraz z nimi dyrektor sportowy, znany z pracy w Tottenhamie oraz Chelsea, Frank Arnesen.



Taki masowy exodus zawodników nie nastąpił jedynie w Charkowie. Dla przykładu: z Chernomorca Odessa odeszło ich pięciu. W tym przypadku głównym powodem nie były pieniądze, a raczej obawa o własne bezpieczeństwo. Bo strach zadomowił się nie tylko w umysłach Ukraińców, zwykłych obywateli, ale także zajrzał prosto w oczy obcokrajowcom, gwiazdom tamtejszych ekip.

Gdy w lipcu pięciu Brazylijczyków i jeden Argentyńczyk z Szachtara przebywający na zgrupowaniu we Francji, odmówili wylotu na Ukrainę, to nie dlatego, że takie było ich widzimisię – Rinat Achmetow oraz Mircea Lucescu winowajcę widzieli w osobie agenta zawodników, Kia Joorabchiana – lecz dlatego, że niecałe 60 kilometrów od Doniecka zestrzelono malezyjski samolot, a kilkadziesiąt dalej trwały regularne walki.

Inny z Brazylijczyków, Edmar, który przyjął obywatelstwo Ukrainy, zdaniem mediów otrzymał w lipcu powołanie do armii. Boisko miał niebawem zamienić na front wojenny. Informacje te okazały się jednak nie do końca rzetelne i sam zawodnik nie musiał stawić się w wojsku. Piłkarz, który miał zostać żołnierzem, pozostanie - przynajmniej na razie - nadal piłkarzem. Obrazuje to, jak dalekie od normalnych są tam nastroje.

Futbol w czasach wojny

Na Ukrainie futbol, polityka, media i inne aspekty życia stanowią system naczyń połączonych. Siergiej Sapsay, kibic Worskły Połtawa, klubu, którego prezydent został zastrzelony we własnym domu, stwierdził na łamach serwisu theeurodaily.com, że w jego ojczyźnie nie ma piłki bez polityki. Bo oligarchowie, będący ważnymi figurami na scenie politycznej, decydują nie tylko o losach swoich zespołów, ale pośrednio również o losach całego państwa. Toteż samemu futbolowi przypisują istotną rolę. Chyba zbyt istotną.

Szef Dynama Kijów, Ihor Surkis, w kwietniu w magazynie „World Soccer” głosił: Sądzę, że piłka potrafi zjednoczyć nasze państwo. Wszyscy chcemy żyć w przyjaznym kraju. Jestem pewien, że może ona zapewnić nam środki, by tego dokonać. Nie sądził chyba, że to, co wtedy przypominało dopiero zarzewie konfliktu, przybierze wkrótce formę ustawicznych, krwawych walk.



Bo w rejonach, gdzie miasteczka wyglądają na wymarłe, z doszczętnie zniszczonymi domami, dziurami wielkości kraterów na ulicach, gdzie mieszkańców się porywa, torturuje lub morduje, gdzie nie posiadają wody i prądu, telefony nie działają, a w powietrzu na każdym kroku czuć zapach śmierci, futbol jest z pewnością ostatnią rzeczą o jakiej się myśli. Piłka nożna nie ma i nie będzie miał wpływu na to, czy ta wojna już się zakończyła i rzekomy rozejm okaże się trwały. Przynajmniej trwalszy niż niektóre z zapewnień Putina i jego świty, które często były tylko słowami rzuconymi na wiatr.

Obserwując to, co dzieje się na Ukrainie, ogarnia mnie zwyczajna bezsilność. Bezsilność, że człowiek po raz kolejny sięga po środki ostateczne. Dwa lata temu ukraińska ziemia radowała się piłkarskim świętem, bezprecedensowym w jej historii. Obecnie łzy szczęścia ustąpiły łzom smutku, a ta przesiąknięta teraz nienawiścią, strachem i przemocą ziemia spływa krwią. Kluby, trenerzy i piłkarze próbują zachować resztki normalności w miejscu, gdzie o normalność dzisiaj tak szczególnie trudno. Futbol nie ma tam już jakiegokolwiek znaczenia. Nie w regionach, gdzie zginęło prawie trzy tysiące ludzi. Kamil Kaźmierczak
comments powered by Disqus
facebook