Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 27 marca 2013

Śmierć futbolu narodowego?

fot. gamaroom.com
Po porażce naszych piłkarzy z Ukrainą jedni szukają jej źródeł, a inni oznak nadziei. I jedni, i drudzy wierzą zapewne, że karta może się odwrócić. Jeszcze przed nami Kijów, z którym wiążą się piękne wspomnienia. A przede wszystkim Wembley. Nic tak nie podnosi polskich kibiców na duchu, jak wspomnienie z 1973 roku. Ono powoduje, że tuż przed pierwszym gwizdkiem znowu uwierzymy, że skoro raz się udało, to i drugi raz może się poszczęścić.

W tym roku zresztą dojdzie jeszcze aspekt symboliczny. Piękna rocznica – 40 lat od tamtego wydarzenia jeszcze tylko bardziej podgrzeje atmosferę. Już widzimy wszyscy te nagłówki gazet: „Cud po 40 latach, jedziemy na Mundial!”. I tak dalej, i tym podobne.

Jednak oba mecze (ten z 1973 roku i ten najbliższy, który nas czeka w tym roku) dzieli nie tylko szmat czasu.

Otóż pewne przemiany we współczesnym futbolu skłaniają mnie do postawienia dość radykalnej tezy, dla wielu zapewne obrazoburczej. Wydaje się bowiem, że następuje kres znaczenia piłki narodowej, piłki reprezentacyjnej. Jak to? - zapyta kibic reprezentacji Polski - A emocje na Euro 2012? A oczekiwania przed meczem z Anglią, czy Ukrainą? Przecież cała Polska na to czekała!

To prawda, ale oczekiwania ludzi to jedno, zaś bieg historii, a przede wszystkim przemiany w sporcie, to drugie.

Mecz w 1973 roku miał iście metafizyczne znaczenie – wówczas bycie wielkim piłkarzem wiązało się jeszcze nierozłącznie z byciem członkiem reprezentacji narodowej, która sięga po międzynarodowy sukces. Pele, Beckenbauer, Eusebio, czy Maradona, to gwiazdy futbolu, których na firmament wyniosły wielkie narodowe imprezy. Owszem, „Cesarz” osiągał sukcesy z Bayernem, ale do historii przeszedł jako kapitan reprezentacji RFN w 1974 roku. Nawet Johan Cruyff, który doprowadził Ajax Amsterdam do wielkich triumfów w Pucharze Europy, to przede wszystkim reprezentant futbolu totalnego, który kojarzy z Holandią z Mundialu w 1974 roku.

A co osiągnął Maradona w piłce klubowej? Mistrzostwo Włoch? Puchar UEFA? Ilu jest takich piłkarzy? Setki. Boski Diego wszedł do elity futbolu dzięki Mistrzostwom Świata w Meksyku. Bez nich niewiele by znaczył.

Ale już jego wielki następca, na którego Argentyna czekała tyle lat – czyli Lionel Messi - jest gwiazdą z innej galaktyki. Wydaje się jeszcze potężniejszy, wszakże utrzymuje się w mistrzowskiej formie od kilku lat. Tyle, że jego legenda rośnie i zostanie w historycznych annałach dzięki występom w Barcelonie. W zeszłym roku piłkarski świat wstrzymywał oddech wyczekując, czy popularna „Pchła” pobije stary rekord strzelecki Gerda Mullera. Pobiła, a ten ostatni wyraził z tego powodu radość. Przecież świat mógł sobie przypomnieć, kim jest Mistrz Świata z 1974 roku, kim jest słynny „bombardier”. Rekord Messiego jest rekordem opartym na grze w klubie.

Współcześnie kariery piłkarzy rozkwitają głównie na arenach klubowych rozgrywek. Liga Mistrzów w Europie jest bramą do sławy i ogromnych pieniędzy. Nie tylko z tytułu premii meczowych. Świat celebrytów kocha mistrzów z Champions League, ponieważ w każdym sezonie jakiś na pewno się pojawi. Dzisiejszy świat nie chce już czekać cztery lata na objawienie kolejnego „Cesarza”. Potrzebuje go natychmiast, tu i teraz. Piłkarze to rozumieją. Julian Draxler, wschodząca gwiazda Schalke 04, tak ostatnio odniósł się do Ligi Mistrzów: - Każdy mecz w tych rozgrywkach to wydarzenie. Musimy zapracować na to, żeby w przyszłym sezonie znowu wziąć w nich udział.

I to jest główny cel dla młodych adeptów futbolu.

Co nie oznacza rzecz jasna, że występy w reprezentacji kraju nie mają znaczenia. Mają. Ale przy pewnym założeniu. Żeby je zrozumieć, wróćmy jeszcze raz do czasów Tomaszewskiego czy Deyny. Wtedy gra w klubie była trampoliną do gry w reprezentacji, a w konsekwencji – do międzynarodowych zaszczytów. Mistrzostwa Świata, Europy czy Igrzyska Olimpijskie – to były marzenia piłkarzy. Dzisiaj role się odwróciły. Reprezentacja staje się trampoliną do gry w wielkim, słynnym klubie dla młodych, czekających na swoje pięć minut, graczy.

Dlaczego Karim Benzema jest – jak to ujął Raymond Domenech – bezużyteczny dla reprezentacji? Dlaczego – nie bójmy się tego powiedzieć – Obraniak jest bezużyteczny dla polskiej kadry? Dlaczego Ronaldo, a nawet Messi nie osiągnęli właściwie nic z reprezentacjami? Dlaczego na Mistrzostwach Świata nie przypominali siebie z rozgrywek Champions League? Bo kariery wszystkich wspomnianych graczy warunkuje forma w klubach, a nie w reprezentacji.

Robert Lewandowski nie podpisze kontraktu z Bayernem Monachium (jeżeli wierzyć plotkom) dzięki występom w kadrze Polski. Dorobił się swojej pozycji dzięki fantastycznym występom w Borussii. O Kazimierza Deynę pytały swego czasu Inter Mediolan, Real Madryt głównie dzięki temu, że Polak zadziwił świat na Mistrzostwach Świata w RFN. I Lewandowski, i Deyna to gracze światowego formatu, ale gracze, których ukształtowały inne okoliczności. Deynę pamiętamy jako jednego z „Orłów Górskiego”, Lewandowskiego kojarzymy jako jednego z „tria z Borussii”. Swoją drogą sytuacja współczesnych piłkarzy jest nie do pozazdroszczenia. Ciągle słyszymy, jak tłumaczą się z niepowodzeń na niwie reprezentacyjnej. A w klubach biją kolejne rekordy...

Piłka to dziś wielki, telewizyjno-marketingowy biznes. Fanów w Azji, którzy mdleją na widok Ronaldo czy Messiego, nie obchodzą ich reprezentacje. Obchodzą ich koszulki klubów, w których graja zagraniczni idole, a także transmisje z La Liga. Podobnie jest z Premier League, która przekroczyła niedawno liczbę 200 krajów, w których jest transmitowana. Kluby – przynajmniej te największe – stają się cyrkami obwoźnymi, podróżującymi na peryferie futbolu w celu reklamowania własnej marki. Kluby naciskają na UEFA czy FIFA by ograniczać wolne terminy, w których reprezentacje mogłyby zagrać mecz towarzyski. A jeżeli już do nich dochodzi, nierzadko są teatrem, w którym Ronaldo i jemu podobni przedreptują dziewięćdziesiąt minut, jak to miało podczas inauguracji Stadionu Narodowego.

Komercjalizacja piłki nożnej spowodowała, że w klubie współcześni piłkarze mogą zdobyć wszystko. A gra w reprezentacji staje się kwiatkiem do kożucha. W barwach narodowych wprawdzie, ale jednak tylko kwiatkiem.


PS. Wszyscy polscy kibice mogą z politowaniem pokręcić głową czytając moje słowa. To zrozumiałe. Nie mamy żadnej alternatywy wobec reprezentacji. Trzymamy się jej kurczowo jako ostatniego bastionu futbolowej nadziei. Nic nam nie pozostało po tym, jak polskie drużyny klubowe dostają po osiem, sześć bramek w dwumeczu z potęgami z Czech czy Szwecji...

Radek Kossakowski
comments powered by Disqus
facebook