Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 18 czerwca 2014

Skąd te gole?

fot. skysports.com
W pierwszych 16 meczach XX finałów mistrzostw świata padło 49 bramek (średnia 3,06 gola na spotkanie). Aż siedem zespołów zdobyło więcej niż dwa gole. Tylko sześć drużyn nie znalazło drogi do bramki rywala. Tyle samo, co za tym idzie, zagrało na zero z tyłu. Skąd wzięła się tak duża liczba goli - blisko dwa razy większa niż na starcie poprzedniego mundialu (25 bramek w 16 meczach, średnia 1,56 gola na spotkanie)?


- Taktycznie reprezentacje są kilka lat za klubami - zwrócił uwagę Jonathan Wilson w przedmundialowym wywiadzie udzielonym Michałowi Zachodnemu w książce pt. "Kopalnia: Sztuka Futbolu". W piłce klubowej znowu zaczyna dominować koncentracja na grze w obronie. Spośród półfinalistów ostatniej edycji Ligi Mistrzów jedynie Bayern Monachium stara się kontrolować mecze poprzez posiadanie piłki. To bezlitośnie wykorzystał w dwumeczu Real Madryt. Barcelona i Paris Saint-Germain odpadły w ćwierćfinałach, wyeliminowane przez odpowiednio: Atlético Madryt i Chelsea. Tymczasem w futbolu reprezentacyjnym dopiero teraz następuje większe skupienie się na ofensywie.

Do ataku?

Nie oznacza to, że uczestnicy mistrzostw świata chcą za wszelką cenę dominować na boisku. Nic z tych rzeczy. O ile w pierwszej turze gier wiele zespołów (niektóre z konieczności) próbowało cierpliwie budować atak pozycyjny, o tyle niełatwo było znaleźć drużyny stosujące wysoki pressing. Hiszpanie odpuścili po strzelonym golu, co natychmiast wykorzystali Holendrzy. Chilijczycy szybko opadli z sił. W reprezentacji Francji daleko na połowę przeciwnika zapędzał się bez piłki Blaise Matuidi, ale już nie Paul Pogba. Brazylijczycy wycofywali się, nie będąc w stanie odebrać piłki Chorwatom w drugiej połowie meczu otwarcia.

Znacznie częściej występował pressing w środkowej strefie. Holandia pozwoliła wyprowadzać piłkę od tyłu środkowym obrońcom Hiszpanii, blokując kąty podań do bocznych sektorów i agresywnie naciskając dopiero na pomocników obrońców tytułu. Od drugiej linii rozpoczynali atak na rywala w posiadaniu piłki Niemcy. W początkowej fazie tego samego spotkania Portugalczycy doskakiwali do przeciwników nie wcześniej, niż gdy przy futbolówce znalazł się Philipp Lahm.

Wiele drużyn oddało również piłkę rywalom i broniło się głęboko. Dotyczy to zarówno reprezentacji ustawionych w systemach gry z trójką środkowych obrońców (Kostaryki czy w pierwszej połowie meczu z Bośnią i Hercegowiną Argentyny), jak i tych broniących się w bardziej klasycznych 4-2-3-1, 4-1-4-1 czy 4-4-2 (np. Ekwadoru czy Algierii). W rezultacie niektóre spotkania (np. Anglia - Włochy czy Rosja - Korea Południowa) przypominały batalię na zasadzie: "raz atakujemy my, a raz wy".

Z kontry

Skoro zespoły wcale nie chcą dominować, powtarzając pytanie: skąd te bramki? W piłce klubowej, jak zauważa Wilson, w wyniku ponownego przechylenia się wagi z ataku na obronę znacząco spadł odsetek goli strzelonych z kontrataków. Mniej zespołów nie tylko stosuje wysoki pressing, ale także uparcie konstruuje atak pozycyjny krótkimi podaniami od tyłu. Do łask powróciła długa piłka od bramkarza na połowę przeciwnika. W takim wypadku, co trafnie podkreślił pod koniec sezonu w studio ITV Gordon Strachan, nie można narazić się na kontrę. Wszyscy - a przynajmniej ich większość - zawodnicy znajdują się przecież za linią piłki.

Futbol reprezentacyjny jest jednak o kilka lat z tyłu. I tak w początkowym fragmencie meczu otwarcia zobaczyliśmy Ivicę Olicia i Ivana Perišicia co rusz wbiegających w przestrzeń zwolnioną w bocznych sektorach boiska przez wysoko operujących Daniego Alvesa i Marcelo. Chorwaci objęli prowadzenie po szybkim kontrataku, a stracili je chwilę po tym, jak... sami mieli okazję do strzelenia kolejnego gola. Włosi również dali się zaskoczyć Anglikom, gdy Matteo Darmian zostawił za sobą ocean miejsca Wayne'owi Rooneyowi. Wreszcie Ekwador, Honduras i Algieria - wszystkie przez lwią część swoich spotkań broniące się głęboko na własnej połowie - w komplecie stracili po jednej bramce z kontry. W dwóch przypadkach były to rozstrzygające trafienia w końcówkach gry.

Przeciw kontrom

Nasuwa się prosty wniosek. Arsène Wenger twierdzi, że [klubowy] zespół jest obecnie najbardziej narażony na utratę bramki w momencie, gdy sam właśnie odebrał piłkę. Wtedy, będąc niezorganizowanym, może bowiem paść ofiarą kontrpressingu. (Najlepiej ilustruje to gol Marco Reusa strzelony w fazie grupowej ostatniej edycji Ligi Mistrzów na... Emirates Stadium.) Największy problem narodowych reprezentacji stanowi natomiast aktualnie - dopiero - bronienie kontr. I niewykluczone, że drużyna, która najlepiej opanuje właśnie ten element gry, może mieć największą szansę na sięgnięcie po tytuł mistrza świata. Wojciech Falenta
comments powered by Disqus
facebook