Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 19 marca 2013

Seks, Młoty i nepotyzm - jak hartował się Lampard

fot. skysports.com
Rzadko się zdarza, by po ważnym golu znaczącego piłkarza więcej mówiono o sposobie, w jaki trafienie celebrował. "To był naturalny tor mojego biegu" - tłumaczył prasie sam bohater. "Z pewnością wolałby się znaleźć w innym miejscu boiska" - dodał jego trener. I słusznie, przynajmniej nie byłoby zagrożenia, że rzucone z sektora gości hot-dogi i monety trafią go w głowę.

Miłości między kibicami West Hamu i Frankiem Lampardem nie było nigdy, a już we wcześniejszych latach w wychowanka swojego klubu rzucali oni mięsem - w trochę mniej dosłownym tego słowa znaczeniu. Jako siedemnastolatek musiał wysłuchać wyzwisk i buczenia pod swoim adresem, zanim po raz pierwszy wszedł na murawę Boleyn Ground. Gordon Strachan, w styczniu 1996 roku szkoleniowiec Coventry City, podszedł do młodego pomocnika i objął go ramieniem, by dodać mu otuchy. Jego wujek i trener, Harry Redknapp oraz stojący za nim ojciec piłkarza, Frank Lampard Senior, bali się podejść i zrobić to samo - sama decyzja o jego debiucie była kontrowersyjna.

W ostatnią niedzielę Lampard zachował się tak, jak ma to w zwyczaju. Zaatakował z głębi pola, szukał dobitki uderzenia Hazarda, a potem próbował sięgnąć dośrodkowania Ramiresa - gdy wybicie obrońcy spadło znów pod nogi Belga, Anglik rozejrzał się po polu karnym, zrobił kilka kroków i, jak pokazano w późniejszym "Match of the Day 2", był idealnie ustawiony, by z kolejnej wrzutki już bramkarza rywali pokonać. Nie udało się z jedenastu metrów w meczu z Manchesterem City, ale dwusetnego gola dla Chelsea w końcu musiał zdobyć - fakt, że przyszło to w spotkaniu z West Hamem, na pewno miał dodatkowe znaczenie.

Angielskie portale w styczniu obiegł fragment spotkania Harry'ego Redknappa z kibicami West Hamu, gdzie tuż obok menedżera siedział młodziutki Frank Lampard. "Dlaczego klub pozwala sobie oddawać lepszych zawodników od Lamparda?" - zaatakował jeden z kibiców. "Futbol to gra opinii, a mnie za nie właśnie płacą" - odrzucił Redknapp. "Lampard od zwolnionego 21-letniego Scotta Canhama jest o kilka długości lepszy, a ma tylko siedemnaście lat. On z pewnością jest i będzie wystarczająco dobry."

Zły sen

Koszmar Lamparda na drugim końcu District Line londyńskiego metra rozpoczął się wcale nie w momencie, gdy w wieku ośmiu lat rozpoczął treningi w West Hamie. W 1994 roku Harry Redknapp przejął ten klub i jedną z pierwszych decyzji był telefon do swojego byłego kolegi z boiska, wysoko cenionego lewego obrońcy, który realizował się w sprzedaży nieruchomości. Frank Lampard Senior od razu przyjął jego propozycję.

Debiut z Coventry był dla Lamparda nagrodą za kilka tygodni w Swansea, gdzie dla ogrania posłał go Redknapp. W trzeciej lidze angielskiej zagrał tylko parę razy, ale gola zdążył zdobyć. Koledzy po latach wspominali, że budową fizyczną przypominał najtwardszych obrońców z ich klasy rozgrywkowej, a łączył tę zaletę z doskonałą kondycją i chęcią do ataku. W Londynie jednak i tak pozostawał grubasem, który co tydzień słyszał, że "nie jest tak dobry jak swój stary, nie jest godzien wiązać jego butów".

Rodzice Franka Juniora to wszystko widzieli. Jak przybity syn wracał z kolejnych meczów, jak cierpiał przez wyzwiska. "Prawda jest taka, że jako rodzina chętnie byśmy West Hamowi zapłacili, byle tylko Frank tracił każdy moment każdego spotkania" - mówił jego ojciec. Nie pomogła kontuzja (złamana noga) z 1997 roku, gdy kibice "Młotów" domagali się zwolnienia młodego piłkarza - jego matka twierdziła, że nie mógł on spać bez brania specjalnych środków.

Na szczęście w takich chwilach Lampardowi nie brakowało wsparcia - zwłaszcza ze strony Rio Ferdinanda. Najlepsi przyjaciele z lat dziewięćdziesiątych wspólnie trenowali, osiągali sukcesy w zespołach młodzieżowych West Hamu i Anglii, przebijali się do pierwszego składu, imprezowali, dostawali podwyżki... "Najlepsi kumple od kiedy tylko zaczęły im tyłki wystawać ze spodni" - Harry Redknapp jak zwykle zgrabnie połączył przyjaźń swoich piłkarzy z modą tamtych czasów. Lampard i Ferdinand łączyli również upodobanie w podrywaniu młodych gwiazdek brytyjskiej telewizji, czy w piciu na zgrupowaniach - za imprezę przed wyjazdem na mecz seniorów w Rzymie Peter Taylor musiał odesłać ich do domów.

Kroki w dorosłość

Zmiana jego losów przyszła w listopadzie 1997 roku, gdy Lampard błysnął w meczu Pucharu Ligi z Walsall. W piętnastej minucie otworzył wynik, ale to w drugiej połowie przyszedł drużynie na ratunek, gdy walijczycy byli bliscy wyrównania. W sto dwadzieścia sekund odwrócił losy meczu dwukrotnie trafiając do bramki przyjezdnych. Redknapp był dumny, a ojciec z pochwałami się wstrzymywał. "Czułem, że coraz bardziej ich do siebie przekonuję każdym występem" - mówił Lampard. "Byłem co tydzień na przesłuchaniu. To była ciągła presja, która mnie napędzała."

To był sezon w którym po raz pierwszy zagrał ponad czterdzieści spotkań dla West Hamu, pokazując swoje umiejętności strzeleckie (10 goli) i udowadniając swoją wartość. Lampard junior wydoroślał i na następny rok w klubowym skarbie kibica próżno było szukać przy jego nazwisku rzeczownika. "Zdałem sobie sprawę, że musiałem zrezygnować z tego przydomka, który mógł negatywnie wpłynąć na całą moją karierę w Londynie" - tłumaczył Frank Lampard (już nie "junior"), syn Franka Lamparda Seniora.

W 1999 roku przyszedł debiut w dorosłej reprezentacji, a jego timing nie mógł być lepszy. Lampard zagrał dla Anglii z Belgią, gdy jego ojciec walczył o oczyszczenie swojego nazwiska z zarzutów nepotyzmu i rasizmu ze strony Eyala Berkovicia, który objechał go w swojej książce. "Byłem odpowiedzialny za asysty przy 90% goli Franka, a jego ojciec mimo tego bał się, że zabiorę mu całą sławę i atencję. Wierzę, że on jest dobrym piłkarzem, może świetnym, ale na pewno nie taką gwiazdą, jaką z niego robił ojciec" - twierdził reprezentant Izraela. "Jestem tylko człowiekiem, ale traktowałem go pod wieloma względami gorzej niż innych" - powiedział senior o juniorze.

Klub nie wziął tych zarzutów poważnie i tego samego lata wręcz jeszcze bardziej odważnie postawił na młodzież. Lampard, trzy tygodnie po Ferdinandzie, podpisał pierwszy długoletni kontrakt opiewający na milion funtów rocznie - wyprowadzka z domu była tylko potwierdzeniem osiągnięcia przez niego dojrzałości. Wciąż młody i coraz lepiej grający pomocnik zadomowił się w pierwszym składzie "Młotów", skutecznie walcząc o wpływy w zespole. Z Paolo Di Canio kłócił się o wykonywanie rzutów karnych, a jego bramki przypominają te, którymi później popisywał się w Chelsea. Po przełożeniu piłki na lewą nogę zza pola karnego? Jak w końcówce wygranego finału Pucharu Anglii z Evertonem! Z szesnastki po wbiegnięciu w pole sprintem? Przypomina się mecz z Barceloną z 2005 roku. Jest i coś dla złośliwców - czyli seria goli po rykoszetach.

Skandal na pożegnanie

Po radosnej nowinie o podpisaniu kontaktu przyszło pierwsze poważne rozczarowanie - Rio Ferdinand został sprzedany do Leeds United za osiemnaście milionów funtów. Agent Lamparda nie miał wątpliwości, że nie na osłabianie West Hamu z zarządem się umawiali, a rozczarowanie i pożegnanie przyjaciele zapijali na wakacjach na Cyprze. W luksusowym hotelu podrywali dziewczyny, zapraszali je do swoich pokojów, a zbliżenia... filmowali. Ku ich rozpaczy, taśmy z ich szaleństw przedostały się do mediów, a Lampard i Ferdinand odgrywali w filmie główne role - także w dokumencie Bruce'a Goodisona dla Channel 4 pod wiele mówiącym tytułem "Seks, piłkarze i kasety video". Wujek i ojciec nie byli zadowoleni.

Ostatniego gola dla West Hamu zdobył w przegranym meczu z Newcastle, gdy jego drużyna kończyła sezon z jedną wygraną w dziewięciu spotkaniach. Mimo wszystko nie zapowiadało się na trzęsienie ziemi, a kolejne oferty przychodzące z Villa Park czy White Hart Lane odrzucano. O rozstaniu zadecydował wywiad Redknappa dla jednego z klubowych fanzinów, w którym menedżer odniósł się do transferu Ferdinanda, zarzucając prezesowi Terry'emu Brownowi pazerność. Dyskusje o nowym, czteroletnim kontrakcie dla menedżera przerwano w trwającej mniej niż minutę rozmowie. "Nie jestem z ciebie zadowolony, Harry. Myślę, że na tym zakończymy" - podsumował Brown.

Lampard dowiedział się tego od swojej matki i od razu przedzwonił do agenta. "To było okropne przeżycie, coś co znacząco wpływa na twoją opinię o klubie i tym czy chcesz w nim pozostać" - powiedział Lampard. "Nie mogłem już dalej dla West Hamu grać. Duma odgrywa tu wielką rolę. Nie jest łatwo nagle znaleźć się na marginesie."

Steve Kuttner w czterdzieści osiem godzin zorganizował swojemu klientowi spotkanie z Claudio Ranierim - Włoch objął go ramieniem, oprowadził po ośrodku i stadionie, przedstawił Zoli i innym piłkarzom. Lampard był zachwycony jeszcze bardziej, gdy zobaczył luksusowy kontrakt. "W Chelsea będę otoczony przez zawodników klasy światowej, o wspaniałym doświadczeniu. Tu jest przyszłość" - dodał Lampard, zanim jeszcze pewien Rosjanin pomyślał o zainwestowaniu w londyński klub. Reszta, można rzec, w lecie będzie już historią.

Ku satysfakcji kibiców West Hamu, pierwszy powrót na Boleyn Ground Lampard musiał zaliczyć do przegranych - gdy schodził z murawy w osiemdziesiątej minucie, żegnały go gwizdy i wyzwiska, z których najdelikatniejszym było określenie go "judaszem" czy "pazernym na kasę synkiem swojego tatusia". Później już raczej wygrywał i swojemu byłemu klubowi strzelał gole. W grudniu 2009 roku został wystawiony na mocną próbę nerwów, gdy Mike Dean aż trzykrotnie kazał mu wykonywać rzut karny, bo rywale wbiegali w szesnastkę. Poziom natężenia gwizdów rósł z każdą próbą, ale Robert Green ani razu nie był bliski wyjęcia strzału Lamparda. Dwa lata później przyczynił się do spadku West Hamu - w ligowym meczu pod koniec kwietnia napoczął rywali w swoim stylu, nabiegając na wycofaną spod linii końcowej piłkę i uderzając obok bramkarza. Zwycięstwo, które debiutanckim golem dla Chelsea uświetnił Torres, przybiło "Młoty" do dna ligowej tabeli na cztery kolejki przed końcem sezonu.

Nie wszędzie jest miejsce dla legendy

Na Boleyn Ground nie plują sobie w brodę, że takiego zawodnika puszczono. Owszem, kibice żałują, że "nowy Martin Peters" nie strzela goli dla ich drużyny, ale panuje przeświadczenie o sporej toksyczności tego związku, który w dużym stopniu zależał od losów duetu szkoleniowego. Co prawda nikt rozsądny nie zarzuci Redknappowi i Lampardowi Seniorowi rozłożenia nad talentem młodziana specjalnego parasola ochronnego, ale znajome twarze i ciche wsparcie na pewno przyczyniły się do jego rozwoju. W swoim pierwszym klubie Lampard nigdy nie czuł się w pełni komfortowo, a okresy radości bywały krótkie - złamanie nogi, pijackie i erotyczne skandale, sprzedaż kolegów czy wyzwiska kibiców nie stworzyły obustronnego wrażenia, że na oczach fanów tworzy się legenda. Rzucane z sektora gości obelgi, monety i hot dogi w uradowanego bohatera gospodarzy tylko to potwierdziły.

Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook