Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 20 lipca 2013

Santos we Flamengo, czyli uwolnienie Europy

fot. goal.com
Każdy, kto kiedykolwiek miał, ma lub będzie miał okazję tłumaczyć Arseneowi Wengerowi, że warto dokonywać transferów, lepiej niech przemilczy Andre Santosa.

To był szalony koniec lata 2011 roku. Milczący przez całe okienko transferowe francuski menadżer zmagał się przecież od dłuższego czasu z krytyką, która tylko narosła po tym, jak wbrew swym deklaracjom, Arsenal sprzedał Francesca Fabregasa i Samira Nasriego, odpowiednio do Barcelony i Manchesteru City. Kibice domagali się następców, lecz Wenger nie zamierzał działać pod presją i zapewniał wszystkich o jakości, jaką posiada jego zespół.

Ta linia obrony załamała się - dosłownie i w przenośni - podczas spotkania z Manchesterem United. Porażka 2:8 z jednym z największych rywali ligowych ostatecznie przekonała tak kibiców, jak i Wengera o potrzebie wzmocnień. Zaczęto poszukiwania następców.

Problem w tym, że wrzesień zbliżał się nieuchronnie a pętla na szyi klubu, który wymagał natychmiastowych zakupów na przynajmniej kilka pozycji, robiła się coraz ciaśniejsza.

***

Ponad rok później, już jesienią, kibice Arsenalu wciąż nie mogli przeboleć Robinowi van Persiemu, że wbrew swym deklaracjom, nie podpisał nowego kontraktu i zdecydował się odejść do Manchesteru United. Holender z miejsca stał się wrogiem numer 1 na Emirates Stadium.

Jakże więc frustrującym obrazkiem był dla fanów Andre Santos, który mimo roku obecności w Arsenalu czekał wciąż na swój pierwszy dobry mecz, gdy w przerwie spotkania (!!!)z Czerwonymi Diabłami, podszedł do schodzącego w kierunku szatni byłego kapitana Kanonierów i poprosił go o wymianę koszulek. Były kolega zgodził się, więc Brazylijczyk na przemowę motywacyjną w przerwie przyszedł ze swym trofeum.

Od tamtego zachowania minął rok; spośród kibiców Arsenalu wciąż nie znalazł się żaden, który postępowanie Santosa by zrozumiał.

***

- Tylko nie Andre Santos! - bulwersowała się wspominanego już lata 2011 roku pewna Brazylijka na Twitterze, deklarująca się jako kibic Arsenalu. Kiedy zacząłem wypytywać, dlaczego nie podoba jej się wybór Wengera, powiedziała, że nigdy nie zrozumie fenomenu zaufania do tego piłkarza w kadrze narodowej. - Jest gruby, wolny, popełnia błędy i nie widać po nim żadnego zaangażowania. To skandal, że selekcjoner woli go od Marcelo.

Właśnie kończyło się jednak okienko transferowe, wciąż byłem pod wpływem emocji związanych z dopinaniem transferu Mikela Artety, więc jako fan Kanonierów ostrzeżenie zignorowałem, rzucając jeszcze tylko znajomej z Brazylii, że chyba nie da się grać gorzej od Clichy'ego.

Brazylijscy piłkarze zawsze potrafili jednak więcej niż Europejczycy - szybko okazało się, że prawidłowość działa w obie strony. Andre Santos po kilku żenujących występach, zaczął przegrywać walkę o miejsce w składzie z Kieranem Gibbsem, nawet wtedy, gdy Anglik dopiero co wracał po kontuzji.

***

To, co jednak w transferze Santosa bolało najbardziej, to pensja, jaką trzeba było mu wypłacać. Obrońca, który nieźle operował piłką, ale niewiele biegał, łamał linię spalonego i krył na radar, zarabiał w północnym Londynie około 55 tysięcy funtów tygodniowo. To dużo, biorąc pod uwagę, że Robin van Persie, zostając królem strzelców i będąc w drużynie od siedmiu lat, z kasy klubu inkasował ledwie 25 tysięcy funtów tygodniowo więcej.

I właśnie ta olbrzymia, jak na poziom sportowy Santosa, pensja stanowiła ogromny balast i, jednocześnie, przeszkodę, by Brazylijczyka mógł się Arsenal pozbyć. Dziś, dzień po podpisaniu kontraktu z Flamengo, wiemy już, że tej bariery do końca nie udało się pokonać. Arsenal rozwiązał kontrakt z lewym obrońcą, prawdopodobnie wypłacając mu jakieś odszkodowanie.

***

Na koniec już - nie mam pretensji do Santosa o fiasko jego londyńskiej kariery. Brazylijczyk wraca do ojczyzny, a problem z nim polegał na tym, że - jak wielu jego rodaków - nie był gotowy do gry w Europie. Zarówno sportowo - głównie pod względem taktycznym - jak i mentalnie. Do sporego brzuszka byłego już piłkarza Arsenalu i beztroskiego krycia liga angielska pasować nie mogła; dziwaczne zachowania pozostawały niezrozumiane i do dziś są przedmiotem szyderstw kibiców.

Odejście Santosa jest jednak ważnym momentem dla Arsenalu, bo zwiastuje bezwzględność w obchodzeniu się z zawodnikami, którzy na ten poziom są już za słabi. Wcześniej skrócono co prawda kontrakt Denilsona, ale rodak Santosa nie był tak spektakularnie złym piłkarzem - zdarzały mu się występy na niezłym poziomie.

Arsenal przez długi czas nie przyznawał się do pomyłek na rynku transferowym. Dogadanie się z Brazylijczykiem, by puścić go samopas na dwa lata przed końcem pierwotnej umowy, pokazują, że kryteria jakościowe na Emirates Stadium stają się coraz bardziej rygorystyczne.

Jeśli będzie to trwała tendencja, która przywróci Kanonierów do angielskiej i europejskiej ścisłej elity, marsz ku górze będzie miał swój początek właśnie w tym momencie - uwolnienia się od kosztownego niewypału, do zakupienia którego doprowadziła polityka transferowa lat poprzednich. Marcin Wierciński
comments powered by Disqus
facebook