Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 17 sierpnia 2014

Rywalizacja czy symbioza?

fot. marca.com
Wielu z nas toczy wojny o to, która z dwóch największych lig powinna nosić miano tej największej. Entuzjazmu związanego z tą dyskusją nie podzielają kluby zrzeszone w obu rozgrywkach, które zamiast walczyć, współpracują.

"Chcemy w La Liga 500 najlepszych piłkarzy świata" - w ten buńczuczny sposób szef hiszpańskich rozgrywek Javier Tebas skomentował sprowadzenie przez Barcelonę i Real Luisa Suáreza i Jamesa Rodrígueza, wywołując tym samym uśmiech politowania na twarzach milionów sympatyków futbolu. Nie stało się tak dlatego, że dowodzący hiszpańską ekstraklasą Kostarykanin "wyłożył się" na prostej algebrze, bo chcąc sprowadzić do Hiszpanii pół tysiąca najwybitniejszych graczy, musiałby nimi obdzielić również Segunda Division, co każe jego słowa odebrać jako greps. Zapowiedzi Tebasa bawią, bo stanowią wypowiedzenie marketingowej wojny angielskiej Premier League. Wojny, w której dziś La Liga, wbrew słowom swego zarządcy, skazana jest na porażkę. Czy jednak taka rywalizacja jest możliwa? I czy obie ligi faktycznie ze sobą rywalizują, a może funkcjonują w symbiozie?

Javier Tebas to postać targana wieloma sprzecznościami. Człowiek zmierzający do uczynienia ligi atrakcyjniejszą, przekonujący, że należy promować marki takie, jak Sevilla czy Atlético, a za urzędniczym stolikiem postać skłonna do uprzywilejowanego traktowania klubów z Camp Nou i Santiago Bernabeu. Zwolennik angażowania w transfery instytucji third party ownership (sprowadzającej się do tego, że koszty sprowadzenia zawodnika, ale i prawa do niego, rozkładają się na klub kupujący oraz zewnętrzny fundusz inwestycyjny), a jednocześnie persona sceptycznie nastawiona do przejęcia Valencii przez singapurskiego biznesmena Petera Lima, afiszującego się swą przyjaźnią z Jorge Mendesem, który na działalności funduszy inwestycyjnych w piłce nożnej zjadł zęby, a przy okazji zarobił kilka okrągłych milionów.

Szef La Liga co prawda dostrzega przepaść w marketingowej rywalizacji dwóch najmocniejszych lig świata, ale jest przekonany, że zmniejszenie różnicy to kwestia najbliższych sezonów. Czy ma rację? I czy podlegające mu zespoły mają ochotę spełnić jego życzenie? Wątpliwe. Dziś na szczeblu promocji pojedynek hiszpańskiej i angielskiej ekstraklasy to jak pojedynek wioślarskiej dwójki z wioślarską ósemką - nie tylko nie ma wątpliwości, kto w tej walce okaże się górą, ale mamy tu do czynienia z kompletnie inną konkurencją. Różnice te wynikają nie tylko ze stopnia rozwoju obu tych przedsięwzięć, ale także z różnych idei, wokół których budowana jest ich otoczka.

Pomysły te są nam dość dobrze znane, bo przecież powtarzane są jak mantra przez zwolenników jednej czy drugiej opcji, do tego stopnia, że straciły już status argumentu. Anglia to równy poziom. Szeroka czołówka, licząca od 3-4 do, według niektórych, nawet 8 zespołów i zaplecze zdolne do poświęceń i sprawiania niespodzianek. Wszystko to umacniane (niektórzy uznają to wręcz za przyczynę) wyrównanym podziałem pieniędzy ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych. Futbol rzadziej cieszący oko, ale nieustannie cieszący duszę. Bo walka, bo kibice, bo niemal mistyczne odśpiewanie "you'll never walked alone" przed każdym domowym meczem Liverpool. Hiszpania to nieustające ścieranie się dwóch kolosów z szarpiącym ich ostatnio za nogawki Atlético. Miejsce, gdzie piłkarsko forma nie raz przerasta treść i kolebka futbolowych hipsterów, którzy od sierpnia znów będą przeżywać kolejne wzruszenia - już nie tylko z uwagi na Rayo, ciągnięte za uszy przez wizjonera Paco Jémeza, ale także z uwagi na Eibar - mały baskijski klubik ze schowanego między górami miasta, który pół lata robił ściepę na to by sen o La Liga stał się jawą. Wszystko to betonowane iście wolnorynkowym podejściem do sprzedaży praw do transmisji ligi.

La Liga i Premier League to dwa bieguny piłkarskiego świata. Nie ma tu miejsca na rywalizację, jest miejsce na współpracę i wzajemną wymianę korzyści. Nie widzi tego Javier Tebas, widzą to natomiast kluby, a odzwierciedleniem ich spostrzegawczości coraz częściej są okienka transferowe.

Tylko w to lato na angielską ziemię przybyli Diego Costa, Filipe Luís, Cesc Fàbregas, Ander Herrera czy Alexis Sánchez. Wszystkich tych zawodników łączy jedno - na gruncie hiszpańskim każdy z nich odcisnął swe piętno, ba, niektórzy odchodzą jako gwiazdy ligi, a nawet laureaci nagród. Każdy z nich opuszcza jednak ligę hiszpańską z tego samego powodu - utrata lub brak uznania w oczach największych klubów. Wszyscy kroczą ścieżką wyklepaną przez Davida Silvę, Juana Matę, Jesúsa Navasa, Santiego Cazorlę czy Álvaro Negredo, jednocześnie mając tak jak oni szansę by znakomicie wpisać się w brytyjski trend równomiernego podnoszenia poprzeczki na szczycie ligi i dbałości o utrzymanie jej konkurencyjności.

W drugą stronę powędrowało jedno znaczące nazwisko, ale drugi rok z rzędu było to nazwisko największej gwiazdy ligi. Luis Suárez, podobnie jak rok temu Bale, ma być potężną bronią w chorobliwym wyścigu zbrojeń w wojnie madrycko-barcelońskiej. Transakcja z Urugwajczykiem w roli głównej była akcją. Reakcją było sprowadzenie przez Królewskich Jamesa Rodrígueza, Toniego Kroosa i Keylora Navasa - zawodników, których przygarnąłby z chęcią każdy klub EPL, ale żaden nie zrobiłby tego za wszelką cenę. Real tak. Dla brytyjskiej piłki nieco niepokojący mógłby być fakt, że Atlético sprzątnęło sprzed nosa Chelsea Antoine Griezmanna. Z drugiej strony ciężko oczekiwać by w najbliższym czasie np. Valencia zgłosiła się do The Blues po Edena Hazarda. Nieposkromione żądze to wciąż jednak domena wielkiej dwójki. Dwójki, której rywalizacja jest ciągle niezawodną reklamą tej ligi.

W tle tych wielkokalibrowych operacji na linii Anglia-Hiszpania w obie strony wędruje zdolna młodzież by wymienić tylko przypadki Deulofeu, Suso, Piazona czy obecnie Manquillo oraz Kakuty. Gdzie bowiem utalentowani zawodnicy mogliby okrzepnąć i zdobyć cenne doświadczenie bez wzmacniania krajowych konkurentów, jak nie w drugiej tak kompetytywnej lidze? To nic innego jak kolejna płaszczyzna w tym dwustronnym transferze korzyści.

Ok, La Liga ma najlepszych piłkarzy na świecie. Może nie wszystkich, ale większość. Może nie 500, może 50, ale przy tym silne zaplecze w postaci krajowych zawodników, co jest zasługą niezawodnego systemu szkolenia. Premier League natomiast zawsze będzie miało tych kolejnych 100 w tym rankingu i dzięki temu na swój sposób również będzie wyjątkowa. Cieszmy się więc osobliwym pięknem obu tych rozgrywek i ich coraz bardziej widocznym wzajemnym uzupełnianiem się, a spór o wyższość jednej nad drugą uznajmy za spór akademicki.

Więcej o lidze angielskiej przeczytacie w Skarbie Kibica Premier League 2014/15, który można pobierać W TYM MIEJSCU. W niektórych przypadkach do pobrania może być konieczne wyłączenie na chwilę AdBlocka. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook