Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 3 lipca 2013

Rok przed mundialem: Hiszpania

fot. marca.com
Kto po finale Pucharu Konfederacji miał ogłosić koniec cyklu Hiszpanii, ogłosił go. Gdy grono hejterów "La Furia Roja" zdążyło wylać żółć gromadzoną od pół dekady, przychodzi czas na głos rozsądku - nic z tego! Końca dominacji nie widać, choć pewne wnioski wyciągnąć warto.

Puchar Konfederacji miał dla Hiszpanów istotne znaczenie. Nie jako trofeum, którego złote pokolenie jeszcze nie zgarnęło do swej kolekcji, czy jako etap przygotowań do obrony mistrzowskiego tytułu, ale jako rewanż za sezon klubowy i potwierdzenie, że mimo wahnięć hiszpańskich zespołów na arenie międzynarodowej, w tym jednym punkcie dominacja iberyjczyków pozostaje niezakłócona. Warto jednak pamiętać, że mówimy o turnieju, który od zarania niesie za sobą przede wszystkim prestiż, co potwierdza fakt, że jego tryumfatorzy nie potrafili nigdy przekuć sukcesu w nim na osiągnięcie upragnionego celu rok później, w czasie właściwego światowego czempionatu.

Zwycięstwo czy porażka w tej imprezie o końcu jakiegokolwiek cyklu przesądzić nie mogły, tak jak nie przesądziła o tym klęska Hiszpanów w 2009 roku, z jednej prostej przyczyny - wymiar Pucharu jest zbyt mały. Jedyna różnica między przywoływaną sytuacją sprzed 4 lat, a stanem obecnym objawia się w aspekcie psychologicznym. Wtedy kadrze opartej w dużej mierze na zawodnikach dominującej w Europie Barcelony łatwiej było przełknąć porażkę, nie zatracając przy tym wiary we własne możliwości. Obecna klęska może narobić nieco spustoszenia w głowach regularnie sprowadzanych ostatnio na ziemię Xaviego czy Ramosa. I właśnie to poczytywałbym za główne, ale i jedyne prawdziwe ostrzeżenie dla Vicente Del Bosque.

Wszelkie popucharowe analizy mimochodem uciekają ku szokującemu pojedynkowi finałowemu. To zrozumiałe, ale czy jednak 90 minut walki, nawet z najbardziej wymagającym w przeciągu całych zawodów rywalem, może przesądzać o być albo nie być danej drużyny (a w takie tony uderzyło przecież szerokie grono eksperckie)? Jeśli chcemy być rzetelni, a nie emocjonalni - wydaje się, że nie. Puchar Konfederacji nie zaczął się w noc z niedzieli na poniedziałek.

Bo w końcu inaugurujące starcia nie dawały symptomów do takiego przewrotu. Podopieczni Del Bosque rozpoczęli walkę od starcia z Urugwajem. Zwycięstwo w stosunku 2:1 w żaden sposób nie odzwierciedlało układu sił na boisku. Urusi zostali doszczętnie zdominowani przez mistrzów świata i Europy. Hiszpanie grali nie tylko efektywnie, ale i efektownie. A przecież ten drugi aspekt był często przyczyną zarzutów ze strony wszystkich tych, którzy zauważali, że konsolidując Barcelonę z Realem, trener kadry gubi walory estetyczne gry obu tych zespołów.

16 strzałów, z czego 9 celnych, przy 4 uderzeniach rywala z Ameryki Południowej, z których ledwie 2 skierowane były w światło bramki strzeżonej przez Ikera Casillasa. Do tego miażdżąca przewaga w posiadaniu futbolówki i pełna kontrola gry. La Furia Roja zatryumfowała w sposób totalny, a by dać temu wyraz w końcowym rezultacie, zwyczajnie zabrakło skuteczności. Przed pojedynkiem finałowym to właśnie ten mecz wydawał się dobrym prognostykiem dla hegemonów piłki reprezentacyjnej, bo przecież z tym samym rywalem w półfinale Canarinhos męczyli się niemiłosiernie.

Potem przyszły spotkania z Tahiti i Nigerią - pojedynki na wskroś treningowe. Pierwszy z uwagi na klasę rywala, drugi ze względu na wcześniej zapewniony awans. Podobnie sens tych gier odczytywał del Bosque poświęcając te 180 minut na rotacje i poszukiwanie nowych rozwiązań, szczególnie w obrębie newralgicznych pozycji. Selekcjoner do zmian był skory jak nigdy wcześniej. Po tym jak w 2010 roku do roli etatowej, typowej "9" nieśmiało przygotowany był Llorente, a w 2012 swą szansę otrzymał Negredo, teraz przyszła pora na obsadzenie w tej roli Soldado. Kontuzja Xabiego Alonso sprowokowała Sfinksa to porzucenia tak krytykowanego dotychczas ustawienia z dwójką pivotów i przejście na system typowo barceloński z osamotnionym Busquetsem, kursującym po boisku w okolicach linii środkowej.

Na etapie fazy grupowej wszystko wyglądało znakomicie, a Hiszpania zdawała się pewnie kroczyć ku celowi, jakim miała być unifikacja tytułów możliwych do zdobycia w futbolu narodowym. Nie rozprawiano o potrzebie odświeżenia kadry, ale o tym, czy rekord zdobytych dla reprezentacji bramek w cyklu rocznym pobije Pedro.

Pewien niepokój mogło wprowadzić spotkanie z Włochami. Mogło, bo przecież nie był to pierwszy raz, kiedy niezniszczalny dotąd twór del Bosque balansował na krawędzi zwycięstwa i porażki. Hiszpanie, podobnie jak podczas spotkania na EURO w Doniecku z Portugalią czy podczas mundialu z Paragwajem, wydawali się tracić kontrolę nad wydarzeniami na boisku, by odzyskać ją w kluczowym momencie. Jeszcze w czasie dogrywki to Włosi musieli drżeć o wynik, kiedy to na boisko wkroczyła tajna broń Sfinksa, Jesús Navas.

Wyraźnie uskrzydlony transferem do City skrzydłowy wiązał Italijczykom nogi w supeł i koniec końców to Włosi musieli dziękować, że do konkursu rzutów karnych w ogóle doszło. Tam jednak pozbawieni układów nerwowych mistrzowie znów nie zawiedli, pozbawiając Squadra Azzurra marzeń o finale dokładnie w ten sam sposób, co 12 miesięcy wcześniej Cristiano Ronaldo i spółkę, a madrycka Marca zakrzyknęła z okładki - Jesús! Que final! nawiązując do strzelca decydującej "jedenastki" i bądź co bądź bohatera Hiszpanów, byłego zawodnika Sevilli. Rafał Stec pisał po tym spotkaniu, że nowa linia strojów kadry wręcz bezczelnie wpycha im złote medale na pierś.

Po pokonaniu 4 z 5 stopni Hiszpania była więc w tym samym punkcie co rok czy 3 lata wcześniej. Wtedy też do finału dotarli z pozornie największym trudem, grając po prostu brzydziej od bardziej chwalonych Włochów, czy wcześniej Holendrów. Passa spotkań w fazie pucharowej bez straty gola została podtrzymana dzięki znakomitemu Casillasowi, który przynajmniej w oczach sympatyków kadry, odzyskał na moment swą świętość.

Aż przyszedł ten nieszczęsny finał i dojmujące 0:3 z Brazylią, które zapoczątkowało lawinę dyskusji na temat końca cyklu. Nie ulega wątpliwości, że bardziej od porażki liczył się styl, w jakim Hiszpanie oddali palmę pierwszeństwa. La Furia Roja straciła pierwiastek furia kosztem rywala, który nie tylko zaskoczył mistrzów świata i Europy (co przecież już się niektórym udawało), ale przede wszystkim - potrafił być skuteczny, zarówno w obronie jak i w ataku i, co ważniejsze, miał szczęście. Bramka Freda, interwencja Luiza, bramka Neymara, bramka Freda (jako odpowiedź na zastąpienie nieporadnego Arbeloi Azpilicuetą), przestrzelony karny Ramosa i czerwona kartka Pique. 6 gwoździ wbitych Hiszpanom. Pytanie czy były to gwoździe domykające wieko trumny?

2/3 świata uważa, że tak i gdyby chodziło o piłkę klubową, gdzie sytuacja zmienia się w sposób dynamiczny i jak słusznie zauważa Michał Okoński, istnienie wielkich drużyn przypomina żywot motyla, podzielałbym tę opinię. Ale piłka reprezentacyjna wciąż rządzi się swoimi prawami. Tu nadal większą rolę odgrywa stabilizacja i opieranie się na sprawdzonych rozwiązaniach. Bo czy nie jest czasem tak, że to właśnie delikatne zmiany doprowadziły do klęski Hiszpanów?

Tak krytykowana obecność Xabiego Alonso w roli drugiego, dla wielu spowalniającego grę kadry pivota, nagle okazała się niezbędna. La Selección przechodząc w Pucharze na system barceloński, odziedziczyła jego niedawno ujawnione wady. Skoro recepty na nie wciąż nie znalazła Blaugrana ciężko było oczekiwać, że ad hoc zadaniu podoła kadra.
Warto też pamiętać, że to Xabi Alonso był na ostatnich wielkich imprezach desygnowany jako pierwszy do wykonywania rzutów karnych i to on w normalnych warunkach stanąłby przed okazją na odwrócenie losów spotkania, którą ostatecznie zmarnował Ramos.

Drugi sporny aspekt to pozycja "9", tak marginalizowana ostatnio w hiszpańskim futbolu. Podczas turnieju w Brazylii Del Bosque postanowił zatrzymać ten skądinąd korzystny dla wyników reprezentacji trend i powrócić do testowania klasycznego snajpera - w tym wypadku Soldado. Napastnik Valencii strzelił co prawda podczas imprezy jedną bramkę, ale selekcjonera do siebie wyraźnie nie przekonał. Cała wspomniana wcześniej sekwencja sprawdzanych w tej roli zawodników Llorente-Negredo-Soldado okazała się mniej warta niż fałszywa "9" niezależnie od tego czy funkcję tę spełniał Fàbregas (EURO 2012) czy Pedro (eliminacje do MŚ). Co więcej, każdy z elementów tego tercetu okazał się gorszy od Fernando Torresa, który, choć nie cieszy się pełnym zaufaniem Del Bosque, dostawał powołania na kolejne wielkie imprezy.

Zwróćmy wreszcie uwagę na Brazylijczyków, którzy w przeciwieństwie do nasuwającego się samoistnie casusu dwumeczu Barcelona-Bayern, występując w analogicznym przedstawieniu w roli Bawarczyków, nie wynaleźli niczego nowego. Sam Scolari uosabia w sobie wiele cech, które posiada Del Bosque, co zauważył w czasie pomeczowych analiz nawet Jerzy Engel. Jego wizja drużyny mocno czerpie z modelu hiszpańskiego, a finałowy sukces to wielka zasługa pracy duetu środkowych pomocników, Paulinho-Luis Gustavo, za którego pierwowzór uchodzić może para Xabi Alonso-Busquets. Tak skonstruowana drużyna, bardziej wypoczęta, ciesząca się lepszą dyspozycją dnia, odpornością na warunki atmosferyczne i mająca za sobą całą Maracanę, a w swych szeregach wielkie indywidualności jak Neymar czy Oscar, posiadała wszelkie warunki ku temu, by w ten wieczór wyraźnie pokonać Hiszpanów. I zrobiła to. Kto wie czy tym samym nie nałożyła sobie jednak na barki presji, której za rok nie będzie w stanie udźwignąć.

Ta presja z Hiszpanów została przy okazji niejako zdjęta. Znowu poczuli się ludźmi, co po meczu stwierdził dosadnie Sergio Ramos. César Azpilicueta jeszcze przed pojedynkiem półfinałowym przekonywał, że porażka na tej imprezie nie będzie miała znaczenia i nawet tak przykry finał nie wydaje się zmieniać tego stanu rzeczy. Mistrzostwa Świata będą innym turniejem, a Hiszpanie i Brazylijczycy mogą się na nim nawet bezpośrednio nie spotkać, a gdyby jednak do tego doszło - zwycięzcy trzech ostatnich wielkich imprez będą bogatsi o tegoroczne doświadczenia.

Jak wyżej wspomniałem, turniej bardziej niż o potrzebie zmian przekonał o konieczności kultywowania starych, sprawdzonych rozwiązań. Nie mamy tu do czynienia z pożarem, raczej z małym ogniskiem i choć płonie ono w środku lasu (bosque - z hiszp. -las), nie trzeba być harcerzem, by wiedzieć, jak ten płomień ugasić. Całkiem niedawno Sfinks już jedną taką sytuację kryzysową w skali mikro zażegnał, gdy po sensacyjnym remisie z Finlandią kwestia awansu jego ekipy na brazylijski mundial chwilowo się skomplikowała. Tryumf w kilka dni później na Stade de France zażegnał kryzys. Wtedy były trener Realu Madryt nie podejmował gwałtownych ruchów i teraz też nie powinien.

A jeśli już ktoś bardzo upiera się przy rewolucji, to proszę bardzo. Ze świeżo upieczonymi mistrzami Europy u-21 i kroczącymi z wolna po tryumf na mundialu u-20 podopiecznymi Julena Lopeteguiego, iberyjczycy mają wszelkie narzędzia do przeprowadzenia gruntownych roszad. W takiej sytuacji argumenty tych wszystkich, którzy piszą o kresie hiszpańskiej dominacji na polu reprezentacyjnym, trzeba odbić parafrazą popularnego, ale jakże adekwatnego w tym miejscu, cytatu Marka Twaina - pogłoska o śmierci Hiszpanów była przesadzona. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook