Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 1 stycznia 2014

Rok Bestii

fot. marca.com
Barcelona zdobyła mistrzostwo, Real Madryt najmocniej wstrząsnął rynkiem transferowym, ale to ciche i skupione na sobie Atletico było bezdyskusyjnie najważniejszą drużyną w Hiszpanii w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Rok 2013 był rokiem Bestii.

Dwa lata temu Atletico Madryt było jak mały, znerwicowany kundelek zdolny co prawda do okazyjnego aktu bohaterstwa, ale jednak psychicznie bardzo słaby i delikatny. Rok temu było wilkiem gotowym do konfrontacji z każdym, niebojącym się ciosów i wyciągającym wnioski z błędów przeszłości. Teraz Atletico zmieniło się w piekielnego ogara, niemal pozbawioną słabych stron bestię terroryzującą otoczenie.

Diego Simeone przez dwa lata pracy na Vicente Calderon zupełnie odmienił Los Colchoneros. Pierwszy rok był czasem docierania się trybików, czasem szukania równowagi, wypracowywania schematów i kompletowania wyjściowej jedenastki. Drugi rok to zbieranie plonów. Praca Simeone mogłaby służyć za podręcznikowy przykład doskonałości w trenerskim fachu. Trenerzy La Liga powinni na kolanach pielgrzymować pod drzwi gabinetu Argentyńczyka i prosić o jakiekolwiek rady. Krótką zimową przerwę w rozgrywkach powinni poświęcić na zdobycie i obejrzenie wszystkich 111 meczów Atletico pod wodzą Cholo, nawet jeśli będzie to oznaczało brak snu, odwodnienie i zaniedbanie rodzinnych obowiązków. Latynoski trener o aparycji narkotykowego lorda to wzór, który całej lidze może przysłużyć się co najmniej tak bardzo jak samemu Atletico.



Gdybyśmy ponad stukrotnego reprezentanta Argentyny poprosili, żeby na szybko udzielił kolegom paru rad, to być może otrzymalibyśmy sugestie podobne do poniższych.

Bez obrony nie ma wyników – gdy Diego Simeone przyszedł do Atletico, zastał drużynę pełną problemów. Większość z nich na wstępie zignorował. Skupił się na jednym, według niego najważniejszym: na grze w obronie. W dziewięciu meczach poprzedzających pojawienie się Argentyńczyka w klubie Los Colchoneros nie potrafili zachować czystego konta, tracąc aż 21 bramek. Po zatrudnieniu El Cholo sytuacja się odwróciła – w sześciu kolejnych starciach madrytczycy stracili raptem jednego gola. Zmiana jakościowa była gigantyczna. Teraz, mimo że obrona Atleti może śmiało pretendować do tytułu najlepszej na świecie, trener klubu z Vicente Calderon ciągle do kwestii destrukcji podchodzi z maniakalną skrupulatnością. Z zadań obronnych zwolnieni są jedynie dwaj napastnicy, chociaż w praktyce Diego Costa i tak aktywnie wspiera kolegów. Atletico traci niewiele ponad pół gola na mecz i potrafi unieszkodliwić każdy atak. Na ten aspekt pracy Simeone powinni zwrócić uwagę włodarze Valencii (zarówno ci obecni, jak i ci in spe). W lewantyńskich mediach dużo pisze się o wzmacnianiu linii ataku, zapominając, że defensywa Los Ches jest dziurawa jak ostrzelane z karabinu sito. Podobnie Rayo – wzniosłe ideały opartego na posiadaniu piłki futbolu ofensywnego sprawiły, że w klubie zapomniano o skompletowaniu obrony.

Jedność jest kluczowa – Atletico to drużyna absolutnie zjednoczona. Zjednoczona, zgrana i współpracująca w stopniu być może bezprecedensowym. Cała jedenastka myśli i działa dokładnie tak, jak tego chce trener. Wszyscy walczą, wszyscy dają z siebie wszystko. Jest to zgranie zupełnie inne od zimnego robotyzmu barcelońskiej tiki-taki. To zgranie oparte na zaufaniu i wierze we wspólny cel. Alex Ferguson twierdzi, że żeby drużyna rozegrała znakomity mecz, wystarczy, że ośmiu jej piłkarzy będzie w formie. Pozostali trzej mogą przejść obok spotkania i to nie będzie miało wpływu na wynik. Diego Simeone by się z taką tezą pewnie nie zgodził. On zawsze wymaga maksymalnego zaangażowania. Argentyńczyk zaszczepił w piłkarzach wielką dumę z powodu gry w pasiastej koszulce Atleti. Takiego zaangażowania i takiej dumy nie widać w żadnym innym klubie. W ostatnim czasie wiele ekip La Liga przerodziło się w struktury pozbawione ducha. Można zadać sobie pytanie, czy istnieje piłkarz, który jest dumny z grania w Getafe, ale tak naprawdę z góry zna się odpowiedź.

Dobra drużyna pozwoli zapomnieć o problemach klubu – wszelakie problemy instytucjonalne bardzo mocno krzywdzą hiszpańską piłkę. Prezesi skazywani na więzienie, dyrektorzy sportowi nadużywający władzy, wierzyciele grożący sprzedaniem klubów, zburzeniem stadionów, a potem zaoraniem ziemi i posypaniem jej solą… Atletico też ma problemy, ale nikt o nich nie pamięta. Trzy lata temu prezes Enrique Cerezo bał się przychodzić na stadion, wiedząc, że przez 90 minut będzie obrażany. Pod Vicente Calderon płonęły kukły przedstawiające jego, a także Miguela Angela Gila Marina. Atletico ma z trudem utrzymywane w ryzach długi, ale nikt się tym nie przejmuje. Atletico ma niezdrowo mocne relacje z Jorge Menedesem. Atletico wikła się w kupowanie graczy, do których nie ma pełnych praw. Na dobrą sprawę to jest dokładnie ta sama historia, co w większości klubów ligi. Ale dobre wyniki i dobra gra potrafią odwrócić uwagę od problemów. Potrafią umieścić te problemy w odpowiedniej perspektywie. Sprawiają, że wszystko wydaje się mniej depresyjne. A w Hiszpanii dość jest depresyjności.

Pośpiech wskazany jest tylko przy łapaniu pcheł – na koniec lekcja być może najważniejsza. Cholo Simeone nie jest jednym z tych trenerów, którzy, gdy dostaną nowego zawodnika, to z miejsca wpychają go do wyjściowej jedenastki. Simeone woli przetrzymać kogoś na ławce przez rok niż pozwolić, by wszedł na murawę nie w pełni rozumiejąc się z kolegami. To dlatego Josuha Gouilavogui, notujący jeden znakomity występ za drugim, w hierarchii pivotów ciągle jest czwarty. To dlatego Koke podstawowym graczem stał się niemal rok później niż powinien. To dlatego wreszcie Oliver Torres, chłopak z talentem na miarę Iniesty, ciągle gra tylko raz na dwa tygodnie. Nawet w Barcelonie urodzony w Navalmoral pomocnik grałby znacznie więcej. Ale El Cholo ciągle Torresa kształtuje, pracuje nad jego pracą w defensywie, nad jego wydolnością. Gdy już sympatyczny nastolatek wejdzie do jedenastki, to pewnie będą się działy rzeczy niezwykłe. Żadna inna drużyna La Liga nie praktykuje takiego podejścia jak Atletico. Żadna nie pozwala sobie na ostrożność, spokój i chłodną kalkulację. Tatę Martino w Barcelonie chcieli wieszać za to, że nie wstawiał od razu Neymara do podstawowego składu. Ale Argentyńczyk wiedział, że nie ma pośpiechu. Odpowiednio wprowadzony Brazylijczyk szybko stał się absolutną gwiazdą.



***

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Od Atletico można się bardzo dużo nauczyć, ale w miarę wierne naśladownictwo to już rzecz chyba nieosiągalna dla nikogo. Nie można oczekiwać, że nagle drużyny La Liga zaczną masowo porzucać ustawienie 4-2-3-1 i przechodzić na 4-4-2 – zbyt wielu jest w Hiszpanii ofensywnych pomocników i za mało napastników. Atletico wybiło się z przeciętności w sposób bardzo spektakularny, jednocześnie kreśląc kolegom z dołu tabeli schematyczną mapę prowadzącą do sukcesu. Teraz już od włodarzy poszczególnych ekip będzie zależało to, jak wiele wniosków wyciągną z historii Cholo Simeone, Mono Burgosa, Diego Costy i reszty nieco agresywnych chłopaków. Na pierwszy ogień może pójść trzęsąca się z emocji w oczekiwaniu na zapowiadaną rewolucję Valencia. A potem może Getafe? Może Villarreal, a może przechodzące głębokie przeobrażenia drugoligowe Deportivo?

Rok 2013 w Primera Division pokazał, że znienawidzony duopol nie jest wcale wieczny i niezmienialny. Pokazał, że można walczyć, można wygrywać i można zdobywać szacunek całego świata. Pokazał, że są jakieś, być może niewielkie, szanse na to, że następne dwanaście miesięcy będzie przebiegało w rytm zupełnie innej melodii. I niewykluczone, że będzie to jakże pasujący do Atletico Madryt ciężki, brudny heavy-metal. Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook