Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 13 grudnia 2013

Robocop Ekstraklasy

foto: filmweb.pl
Nad stadionem mistrzów Polski gęstnieją i czernieją chmury z których coraz częściej na trenera spadają gromy surowej krytyki. Nieprzekonywujący w Ekstraklasie, wprost dramatyczni w Europie - argumentów za jego zwolnieniem przybywa, lecz nawet jeśli w końcu głowa Urbana z posady szkoleniowca Legii spadnie, to przynajmniej on coś po sobie zostawi. Nie, nie coś - kogoś.

Tomasza Jodłowca. Nie tylko strzelca tej historycznie niewiele znaczącej bramki Legii w meczu na Cyprze, ale też ostatnio najlepszego zawodnika warszawskiej drużyny - możliwe, że jedynego, który z tej całej bandy ponoć leniwych, obrażonych i skłóconych piłkarzy ma pełne prawo chodzić wyprostowany i bez niepokoju. On wykonał swoje zadanie i wykona je zawsze.

Choćby to uratowania twarzy Legii. Nie tylko na Cyprze, ale też w Łodzi z Widzewem, po prawdopodobnie jednym z najokropniejszych meczów w wykonaniu aktualnego mistrza Polski. Z Górnikiem Zabrze, gdy w końcówce meczu zadecydował o zwycięstwie. Szybko wyrównując stan spotkania ze Śląskiem w Warszawie. Wyprowadzając Legię na kompletnie niezasłużone prowadzenie w Poznaniu. Misja wykonana.

Może i zajęło mu trochę czasu udowodnienie, że skomplikowana operacja wyciągania go ze Śląska Wrocław była warta zachodu, że to skądinąd przykre udowadnianie ligowemu rywalowi nieznajomości prawa okaże się trafną inwestycją. Jan Urban tego otwarcie nie przyzna, bo może być to efekt wielu kontuzji, czy też bardziej szczęścia niż jego trenerskiego nosa, ale dziś w jego Legii do niezastąpionych Kuciaka i Rzeźniczaka dołączył ten trzeci. Od września niezmiennie w pierwszym składzie Legii, od pierwszej do ostatniej minuty. Tomasz Jodłowiec, "Robocop" Ekstraklasy.

W tej lidze... w jego drużynie są piłkarze o klasę lepiej wyszkoleni technicznie, o sekundy szybsi, zwrotniejsi i bardziej dynamiczni, pewnie nawet niektórzy więcej wyciskają na klubowej siłowni. To jednak na Tomaszu Jodłowcu nie robi żadnego wrażenia. Dla niego nie ma piłkarzy szybszych czy lepszych - są ci, których zatrzyma od razu lub po nieco dłuższym czasie wykonywania wyznaczonego mu zadania. "Jeden wślizg nie wyszedł, będzie kolejny" - mówi Jodłowiec wstając i otrzepując się z boiskowego piachu. Jak ten komiksowo-filmowy "Robocop", który beznamiętnie rozprawia się z wszelkim zagrożeniem. Ocenia sytuację, mechanicznymi ruchami przemieszcza się w kierunku akcji, zaprowadza porządek i spokój.

Zasięg jego działań się poszerza. Przecież w dwóch pierwszych meczach Adama Nawałki w roli selekcjonera reprezentacji Polski jednym z nielicznych, którzy nie wywoływali grymasu rozpaczy był właśnie Jodłowiec. Ze Słowacją może faktycznie jeszcze nie tak skuteczny czy dopiero dostosowujący się do zadań wyznaczonych przez trenera, ale już w krótszym popisie z Irlandią na pewno nie zawiódł. Co więcej, Jodłowiec wchodząc po godzinie gry zdołał w trzydzieści minut pokazać, że status ligowca nie musi oznaczać mierności - on się z tej niesłusznie powołanej zgrai ligowców wywyższał.

Ktoś powie, że to definicja smutnego stanu polskiego futbolu, gdy w reprezentacji najbardziej imponuje Tomasz Jodłowiec, pokazując dojrzałość i klasę nawet tym spoza rodzimej ligi. Nic bardziej mylnego! Więcej piłkarzy powinno brać przykład z obrońcy-pomocnika Legii. Zamiast czarować się wizją wielkiej kariery, umiejętnością dłuższego podbijania futbolówki czy też wybijającym się jednym aspektem z ogólnej miałkości talentu, ligowcy muszą dążyć do uśrednienia swoich kwalifikacji zawodowych.

Jodłowiec nieźle podaje, choć głównie bezpiecznie. Nie biega najszybciej, ale rywala dogoni. Odbierze mu piłkę, czasem przeczyta ruch przeciwnika, wygra pojedynek główkowy w każdej strefie na boisku, obiegnie skrzydłowego, gdy będzie taka okazja, przytrzyma futbolówkę w przodzie, rajdem wyprowadzi ją z obrony. Nie ma cechy wyróżniającej Tomasza Jodłowca z ligowej szarzyzny poza faktem, że to on właśnie jest Tomaszem Jodłowcem - tak niespotykanym tu piłkarzem uniwersalnym w warunkach miejskiego chaosu, twardym i bezkompromisowym gliną z wciąż zabrudzonych ulic Ekstraklasy.

Gdy Tomasz Jodłowiec popełni błąd, naprawi go w kilku innych następnych ruchach. Nie ma dramatyzowania, spadku jakości, człapania czy symulowania kontuzji. Jan Urban to dostrzegł, bo coraz chętniej i częściej ustawia go w środku pomocy - mniej przez fakt, że może sprawić kolegom problemy w sercu defensywy, ale bardziej przez wzgląd na to ile dobra on czyni w każdej innej strefie. Takich ludzi Ekstraklasie czy polskiej piłce po prostu brakuje, lub - jak w podobnym przypadku Radosława Sobolewskiego - wkrótce ich zabraknie.

"Zadaniowcy", piłkarze od brudnej roboty, czy po prostu ci, którymi nikt się nie zachwyca. Nie to, żeby Tomasz Jodłowiec narzekał na brak sławy czy rozpoznania - byłoby to zupełnie zbędne rozproszenie w wykonywaniu kolejnego zlecenia z centrali. Problem namierzony, rozpoznany, zneutralizowany. Nie ma czasu na fajerwerki, sztuczki, zdjęcia czy autografy. Tak działa super-glina Ekstraklasy, zaskakująco pozytywny (uboczny?) efekt eksperymentu Jana Urbana. Wreszcie coraz głośniej mówi o tym też Warszawa - że dobrze jest mieć Tomasza Jodłowca właśnie w swoim mieście. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook