Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 18 grudnia 2013

Reinkarnacja 4-4-2

foto: skysports.com
- Nie ma niczego, co prawdziwe 4-4-2 może powstrzymać - mówił kilka lat temu Jose Mourinho o wymieraniu jednego z najważniejszych i do niedawna najczęściej używanych ustawień w międzynarodowym futbolu. Portugalczyk odnosił się do starcia tej taktyki z bardziej współczesnymi odmianami, 4-3-3 czy 4-2-3-1, które polegają na posiadaniu trzech piłkarzy w środku pola i korzystaniu z liczebnej przewagi w tej strefie. Ostatnio tak wygrywa się tytuły.

Anglia domaga się płynności

Chociaż zwycięstwo Niemców nad Anglikami (4-1) z MŚ 2010 większość kibiców pamięta przez nieuznanego gola Franka Lamparda (piłka po jego uderzeniu odbiła się od poprzeczki i spadła za linię bramkową, co przegapili sędziowie), spotkanie to było symbolem upadku 4-4-2 w tej najbardziej z klasycznych wersji - wyspiarskiej. Drużyna Joachima Loewa rozjechała schematycznie grających rywali, rozrywając dynamicznymi atakami ich obronę. Jedną z gwiazd tamtego jednostronnego widowiska był Mesut Ozil, obecnie piłkarz Arsenalu. Niech nikogo nie zdziwi fakt, że po letnim transferze tak dobrze radzi sobie w Premier League - w tej lidze ma między liniami obrony i pomocy rywala wystarczająco miejsca, by kreować sytuacje kolegom. Tak jak w tamto letnie popołudnie w Bloemfontein.

Upadek 4-4-2 można odnieść też do okresu w którym Roy Hodgson, obecny selekcjoner reprezentacji Anglii, prowadził Liverpool. Jego przygoda na Anfield Road była wyjątkowo krótka, bo nie trwała nawet pełnego sezonu - gdy był zwalniany w styczniu 2011 roku, zdołał wygrać zaledwie 13 z 31 spotkań w których głównym ustawieniem było właśnie 4-4-2. Chociaż na obecnym stanowisku udowadniał, że jest gotów na ustępstwa i próbowanie innych systemów, Anglik nie ukrywa, że punktem odniesienia dla jego reprezentacji pozostaje formacja obronna złożona z dwóch linii czwórek (z ang. "two banks of four").

Na szczęście w lidze szkoleniowcy są coraz bardziej otwarci. O taktycznej rewolucji w angielskiej Premier League najlepiej mówią statystyki portalu WhoScored.com - według ich wyliczeń, gdy w sezonie 2009/10 w 334 przypadkach menedżerowie korzystali z ustawienia 4-4-2, tak na koniec poprzednich rozgrywek ta liczba spadła o 73 proc.! Przed rokiem zespoły z górnej połowy tabeli używały tego systemu zaledwie 23 razy (50 proc. z nich w ogóle) - z drużyn, które skończyły na pozycji niższej niż dziesiąta, tylko Wigan grało wyłącznie innymi ustawieniami.

Kluczowa jest przestrzeń

Jednak pomimo wielu rewolucyjnych zmianach taktycznych, 4-4-2 pozostaje podstawowym ustawieniem, najłatwiejszym do nauczenia i wyegzekwowania, ale też wyjściem do każdej kolejnej zmiany i ewolucji zespołu czy piłkarskiej filozofii. Najistotniejsza jest wciąż przestrzeń pomiędzy liniami obrony i pomocy, gdzie grający w dwóch czwórkach zawodnicy mają największe problemy z tzw. dziesiątkami, dynamicznymi ofensywnymi pomocnikami, których umiejętności techniczne oraz przegląd pola pomagają w rozbijaniu najszczelniejszych defensyw. Zwłaszcza angielskich.

- Ta przestrzeń, jak pokazywali Matthias Sindelar, Alfred Bickel, Laszlo Kubala, Nandor Hidegkuti, Pelé, Günter Netzer, Diego Maradona, Ruud Gullit, Zinedine Zidane, Rui Costa, Juan Román Riquelme i wielu, wielu innych, była dla Anglików zawsze największym problemem - tłumaczył po MŚ 2010 Jonathan Wilson w swoim felietonie dla "The Guardian" - Także ta słabość była jednym z powodów dla których Eric Cantona, Dennis Bergkamp i Gianfranco Zola odnosili takie sukcesy w latach 90. w Premier League.

Wymuszanie opuszczania swojej pozycji, łamania jednej z tych dwóch linii czy wreszcie korzystania z miejsca na skrzydle lub w środku pola to główne zadania piłkarzy ofensywnych grających przeciwko rywalowi ustawionemu w 4-4-2. Jeśli przeciwnik dodatkowo nie posiada dwóch napastników skorych do pracy w obronie, teoretycznie zadanie jest jeszcze bardziej ułatwione. - Gdy tylko uda się stworzyć moim piłkarzom trójkąt w środku pola, od razu mamy kluczową przewagę - tłumaczy Jose Mourinho, który preferuje 4-3-3 i 4-2-3-1.

Taktyczna lekcja niemieckiego

Pewnym odpowiednikiem tamtego pamiętnego pojedynku Niemców z Anglikami było pierwsze starcie Manchesteru City z Bayernem Monachium w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Wicemistrzowie Premier League rozpoczęli mecz właśnie w 4-4-2, które przez większość swojej kariery szkoleniowej preferował Manuel Pellegrini. Zostali jednak kompletnie rozbici przez cierpliwie, dynamicznie, siłowo i finezyjnie grającego rywala, który wymienił prawie dwa razy więcej podań (715 przy 371 gospodarzy).

Ekspert telewizji Sky, Gary Neville zarzucał Chillijczykowi taktyczną naiwność, gdy ten dopiero na ostatnie dwadzieścia minut zmienił ustawienie na 4-2-3-1. Wtedy to gospodarze strzelili honorowego gola, oddali większość ze swoich strzałów i przycisnęli Bayern do obrony - choć ten, po prawdzie, przy 3-0 mógł sobie na to pozwolić. Najbardziej w City zawodził Edin Dżeko, który w ogóle nie pomagał w obronie, a wysoko ustawieni skrzydłowi (Nasri i Navas) nie radzili sobie z ofensywnymi wejściami bocznych obrońców drużyny Pepa Guardioli. Fenomenalnie grali Toni Kroos, Thomas Muller i Phillip Lahm, którzy wymieniali się pozycjami w środku pola tak, by zawsze jeden z nich był w dobrej sytuacji do zagrania prostopadłego podania.

Zespół, który kilka dni wcześniej rozbił United w derby Manchesteru był przeciwko Bayernowi bezsilny, tak jak kiedyś reprezentacja Anglii. Pellegrini wyciągnął jednak odpowiednie wnioski - więcej zaczął stawiać na agresywniej grającego Alvaro Negredo, który od tego czasu strzelił dziesięć goli (Dżeko tylko trzy). Już imponujące zwycięstwo z Tottenhamem to też lepsza gra w pressingu i cięższa praca napastników. Oczywiście rywale mieli swoje szanse, ale to w jaki sposób "Citizens" wymuszali na nich błędy imponowało, podobnie jak ich skuteczność. Od ponad dwóch lat mają średnią prawie trzech strzelonych goli w każdym meczu na własnym stadionie.

Przepełniona strefa

W demolce jaką Manchester City urządził w sobotę Arsenalowi najlepiej było widać wykorzystanie przestrzeni. Manuel Pellegrini ponownie ustawił swój zespół w 4-4-2 przeciwko najbardziej płynnemu 4-2-3-1 w lidze angielskiej, ale tylko krótkimi fragmentami przeciwnicy mogli cieszyć się z przewagi. Każdy z czterech pomocników i dwóch napastników gospodarzy był najaktywniejszy w środkowej strefie przed polem karnym Arsenalu, gdzie w przeciągu całego spotkania spoczywał ciężar akcji Manchesteru City (15.96 proc.). Goście najwięcej kontaktów z piłką (13,63 proc.) zaliczyli we własnym polu karnym.



Przy takim nagromadzeniu piłkarzy w jednej strefie najistotniejsze było odpowiednie korzystanie z wolnych przestrzeni na skrzydłach. Drugi gol dla Manchesteru City to właśnie rozszerzenie akcji jednym podaniem Toure na prawe skrzydło do Zabalety, który mógł spokojnie wystawić piłkę Negredo przed bramką Szczęsnego. Gospodarze korzystali z faktu, że ustawiony na lewej flance Jack Wilshere bardzo często zbiegał do środka, zostawiając wolnego bocznego obrońcę rywali. W drugiej połowie wykorzystał to Navas, którego dośrodkowanie na gola zamienił Silva. Po przeciwległej stronie Gael Clichy już nie miał takiej swobody - grający przeciwko niemu Theo Walcott to już klasyczny skrzydłowy, który stara się grać szeroko przy linii bocznej.

- Podarowaliśmy im pięć goli - wściekał się po meczu Arsene Wenger. Jednak to jak źle zachowywali się Flamini, Wilshere, Gnabry wynikało z odpowiedniego pressingu pomocników i napastników gospodarzy. To także wymagało ryzykownego ustawienia linii defensywy - stoperzy Kompany i Demichelis prawie czwartą część swoich akcji zaliczyli w środkowej strefie, gdy analogicznie średnia dla trzech obrońców Arsenalu wyniosła ledwie 14 proc.. Dodatkowo, belgijski obrońca Manchesteru City zaliczył pięć dryblingów, w tym trzy na połowie Kanonierów. Zwłaszcza w pierwszej połowie udawało im się świetnie przerywać akcje w okolicach linii środkowej - z kolei po przerwie cały zespół był ustawiony głębiej, będąc dobrze ustawionym w defensywie, zaliczając aż 11 przechwytów przy ledwie 4 w pierwszej połowie.

Gwoździem do trumny Arsenalu okazała się zmiana, której w 72. minucie dokonał Arsene Wenger. Przy 4-2 dla Manchesteru City zaryzykował wprowadzenie kolejnego ofensywnego gracza (Serge Gnabry'ego) za jedynego prawdziwego defensywnego pomocnika (Mathieu Flaminiego). Problem w tym, że już wtedy Pellegrini zmienił ustawienie swojego zespołu, a za plecami napastnika biegał David Silva. Od tego momentu był kompletnie pozbawiony krycia, a gdy Toure z Fernandinho odważniej atakowali Wilshere'a i Ramseya, gospodarze mieli kreatywnego pomocnika w wolnej roli. Nic dziwnego, że w ostatnim kwadransie "Citizens" nie tylko dodali jeszcze dwa gole, ale oddali aż 8 ze wszystkich 22 strzałów, wykonując dwa razy więcej podań od rywali - gdy to Arsenal powinien dominować i spychać ich do desperackiej obrony.

Powrót do tradycji?

Ustawienie Manchesteru City odbiegało od klasycznego 4-4-2 - zwłaszcza w ofensywie, gdzie bardziej adekwatnym opisem systemu byłoby wąskie 4-2-2-2. Jednak w defensywie nawet oni zachowywali podstawy teorii, starając się szybko organizować na własnej połowie w dwóch równych liniach czwórek, a napastników od stoperów nie dzieliło więcej jak trzydzieści metrów. Większość z ich akcji obronnych została przeprowadzona na własnej połowie ze zrozumiałą regułą - przechwyty w środku pola (wymuszanie niedokładności ustawieniem), odbiory na bokach (wygrane pojedynki indywidualne). Podobnie jak w meczu z Tottenhamem, Arsenal również stworzył sobie kilka sytuacji i strzelił trzy gole, lecz był bezradny wobec szybkich i przemyślanych ataków gospodarzy.

Pellegrini przecież doskonale wiedział, że należy uderzyć w najsłabszą strefę Arsenalu - między obroną a pomocą, gdzie operował prawie wyłącznie Mathieu Flaimini. Sukces jego i drużyny opiera się również na poświęceniu poszczególnych piłkarzy, takich jak Nasri czy Silva, którzy u poprzedniego menedżera nie pozwalali kojarzyć się z grą defensywną. Francuski skrzydłowy w tym sezonie zaliczył już tyle samo odbiorów (18) co w całych poprzednich rozgrywkach. Także nastawienie napastników było ważne - przykładowo, dla Alvaro Negredo drugą najbardziej aktywną strefą działań był środek boiska (21,31 proc. akcji).

Manchester City, który rozbił Arsenal, Tottenham i United był niemal wierną kopią systemu, który Manuel Pellegrini wprowadzał poprzednio w Maladze. Tak jak i wtedy, teraz również wiele zależy od kilku zmiennych - tego czy dwóch środkowych pomocników wytrzyma bez kontuzji cały sezon (wobec Javiego Garcii szkoleniowiec pozostaje nieufny) i czy uda mu się poprawić formę wyjazdową jego drużyny. Jednak już dziś można spokojnie powiedzieć, że po zwolnieniu Manciniego klub z Manchesteru przeprowadził dobrą selekcję na pozycję menedżera. Chilijczyk ma przejrzystą wizję, którą już wprowadza z efektownymi skutkami, do tego angażując wszystkie nakupione mu gwiazdy.

Chilijczyk dołącza też do tych, którzy na szczytach światowego futbolu reaktywują 4-4-2. Podobnie jak Diego Simeone z Atletico Madryt, Lucien Favre z Borussią M'gladbach i częściowo szkoleniowcy PSG czy Monaco, oni ten najbardziej podstawowy i klasyczny kształt adaptują do współczesnych wymagań gry. Jest więc siła i dynamika, chęć dominowania w posiadaniu piłki, finezja rozegrania oraz skuteczność pod bramką przeciwnika. Nie jest to oczywiście kompletna nowość, lecz coraz liczniejsza grupa szkoleniowców wracająca do 4-4-2 - i nadająca ustawieniu innego kształtu, stylu - stwarza przynajmniej wrażenie nowego trendu.

Może więc Jose Mourinho się mylił. Nowoczesne 4-4-2 - w ofensywie z piłkarzami grającymi w diamencie lub bardzo wąsko - powoli znajduje swoje sposoby na wydawałoby się bardziej płynne i uniwersalne systemy. Może to nie wskrzeszenie, ale takie popisy jak te Manchesteru City każą sądzić, że na naszych oczach dokonuje się taktyczna reinkarnacja. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook