Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 12 października 2013

Przerwa reprezentacyjna w czasach kryzysu

fot. goal.com
Kryzys w Hiszpanii buszuje od dawna i przybiera coraz to inne barwy. Aktualnie ma kolor biały oraz niebieski.

Już miałem pisać o tym, jak to w Espanyolu wspaniale. Jak to klub paradoksalnie zyskuje na tym, że od dłuższego czasu wszystko w nim stoi na głowie i jak jego trener, który wzbudza uczucia, których wzbudzać nie powinien, zyskuje akceptację kibiców i zbiera owoce swej pracy, jednocześnie unikając huśtawki nastrojów, jakiej doświadczył u poprzedniego pracodawcy. Ale nie napisałem. Na szczęście.

Po kolei. Po 5 kolejkach Espanyol można było z czystym sumieniem nazwać sensacją początku rozgrywek. Choć mowa tu drużynie mającej status ligowego weterana, to nie będzie przesadą stwierdzenie, że dobra postawa Papużek wzbudzała więcej sensacji niż nadzwyczaj sprawne poczynania beniaminka z El Madrigal. A to dlatego, że w lato klub z Cornella El-Prat działał na rynku transferowym dosyć chaotycznie i oszczędnie. W wyniku przeprowadzonych roszad drużynę zasilili znani już kibicom La Liga Pizzi i Torje, z których pojawieniem się w klubie można było wiązać pewne nadzieje, oraz postaci bardziej anonimowe jak na przykład Manu Lanzarote czy powracający z udanego wypożyczenia do Las Palmas Thievy Bifouma, wyglądający jak brakujące ogniwo w ewolucji pomiędzy Mario Balotellim a M'baye Niangiem. Zabrakło jednak wśród wzmocnień wyraźnego następcy Joana Verdú czy zabezpieczenia dla lewej obrony, prezentującej się dość blado z solidnym, ale wiekowym już Capdevilą oraz pauzującym wciąż po operacji serca, utalentowanym Victorem Álvarezem.

Do tego wszystkiego całe przedsięwzięcie miało być dowodzone przez Javiera Aguirre. Człowieka, który kilka miesięcy temu co prawda uratował Los Pericos i był nawet całkiem bliski wprowadzenia ich do europejskich pucharów, ale którego najnowsza historia pracy w Hiszpanii nakazywała zachować ostrożność. W sezonie 2010/2011 Meksykanin wyciągnął znad krawędzi Real Saragossa i był noszony na rękach by już w połowie następnych rozgrywek żegnać się z La Romareda po dwumiesięcznej serii bez wygranej, na którą złożyło się 8 porażek i tylko 1 remis.

W dodatku co to za trener Espanyolu, który niemal za darmo oddaje wygraną Blaugranie, raz po raz urywając przy tym punkty jej największemu rywalowi, Realowi Madryt. Gdy 16 grudnia Juan Ángel Albín w 88 minucie spotkania na Santiago Bernabeu pokonał Ikera Casillasa, fakt ten zaowocował aplauzem na Camp Nou, gdy informacja o trafieniu dotarła do zebranych na stadionie kibiców Dumy Katalonii, szykujących się już wówczas do obejrzenia szlagierowego pojedynku Barçy z Atlético. W maju Pericos urządzili natomiast Cristano Ronaldo i spółce prawdziwą jatkę, podczas której Ignacio Iglesias Villanueva pokazał aż 11 żółtych i 1 czerwoną kartkę. Po raz kolejny pozbawili przy tym utytułowanego rywala dwóch punktów.

Jeśli liczby nie kłamią, a historia lubi się powtarzać, to wiele wskazywało na to, że koszmar z Aragonii może mieć swój sequel w Katalonii. W pierwszym sezonie pracy z Los Blanquillos popularny El Vasco nie tylko utrzymał drużynę w Primera, ale wywindował ją na 13. miejsce w tabeli. W ten sam sposób zakończyła się jego misja ratunkowa w Espanyolu. Podczas pracy w Saragossie Aguirre doprowadził swą ekipę do sensacyjnego (choć warto mieć na uwadze, że chwilę wcześniej tej samej sztuki dokonał Sporting Gijon, przerywając rewelacyjną passę meczów bez porażki drużyn Mourinho na własnym stadionie) tryumfu nad niezdarnie ścigającymi Barcelonę Los Blancos na ich podwórku, czym przybliżył wówczas ekipę Guardioli do mistrzostwa, tak samo jak przed rokiem urealnił sukces podopiecznych Tito Vilanovy, dwukrotnie psując krew Królewskim. Paradoksalnie te wszystkie pozytywne przesłanki mogły wybrzmiewać w uszach kibiców Pericos i ich szkoleniowca bardziej jak memento mori, niż carpe diem.

Tych co bardziej przesądnych uspokoić jednak musiało pierwsze 5 kolejek obecnego sezonu, które Katalończycy przeszli jak burza, nie doznając żadnej porażki. Znakomicie w roli dżokerów spisywali się wspomniani wcześniej Thievy i Lanzarote, efektownymi akcjami i strzałami zapewniając swojej drużynie punkty w końcówkach spotkań z Celtą, Valencią czy Granadą. O swym złotym rodowodzie przypomniał sobie szkolony w La Masii Víctor Sánchez, strzelając na otwarcie rozgrywek więcej bramek, niż kiedykolwiek udało mu się ustrzelić w jakiejkolwiek temporadzie. Na szczególną uwagę zasługiwały w tym wypadku 2 trafienia ze spotkania z, bardzo poukładanym pod wodzą Valverde, Athletikiem Bilbao, które wydatnie przybliżyły Papużki do 3 punktów w tym pojedynku. Rzadkiej urody pierwszego gola Victor będzie wspominał zapewne do końca życia.




Nagle coś jednak w tym dobrze naoliwionym mechanizmie zazgrzytało. Minimalna porażka po walce na El Madrigal z Villarreal jeszcze nie zwiastowała większych kłopotów, ale dość łatwa przegrana na własnym boisku z wolno budzącym się do życia Getafe mogła już zaniepokoić. Po klęsce w konfrontacji z Elche, w której do wygranej drużynę beniaminka poprowadził skądinąd tak zasłużony dla Espanyolu (pamiętający jeszcze występ Pericos w finale Pucharu UEFA) Ferran "Coro" Corominas, miłośnicy magii liczb i zabobonów znów mają jednak używanie. Zwłaszcza, gdy wspomnimy po raz n-ty casus Realu Saragossy 2011/2012. Start do sezonu ekipy z La Romareda też nie zwiastował wówczas nagłego załamania formy, które tak, jak w teraźniejszym przypadku Espanyolu, nastąpiło w październiku.

Na wyciąganie daleko idących wniosków jest wciąż nieco za wcześnie. Niemoc drużyny z Cornellà-El Prat trwa ledwie od 3 kolejek. Wypowiedzi trenera Aguirre sugerują jednak, że już poczuł się niepewnie - Chociaż jesteśmy drużyną, odpowiedzialność za porażki obciąża głównie mnie. Nieco więcej entuzjazmu wykazuje jeden z liderów Espanyolu, Sergio Garcia - Piłkarze są spokojni, wrócimy na ścieżkę zwycięstw. Mamy świadomość tego, że sezon jest długi - i dodaje, że reprezentacyjna przerwa to świetny moment na podreperowanie tego, co przestało funkcjonować.

Problem polega jednak na tym, że po przerwie na mecze kadry Pericos zderzą się z murem w postaci nieomylnego Atlético. Następnie czeka ich wyprawa na ciężki teren do Walencji, gdzie zmierzą się z niewygodnym rywalem jakim bez wątpienia jest Levante, o czym przekonał się ostatnio chociażby sam madrycki Real. A na horyzoncie majaczy już derbowy pojedynek na Camp Nou. W takim układzie najłatwiejszym rywalem w najbliższych tygodniach może się okazać Malaga, a i w konfrontacji z ekipą Schustera ciężko upatrywać w podopiecznych Aguirre murowanych faworytów, gdyż oba kluby dysponują podobnym potencjałem kadrowym.

Jeśli więc scenariusz z sezonu 2011/2012 miałby dla Aguirre się powtórzyć w skali 1:1, Manolo Jiménez już czeka zwarty i gotowy by objąć stery po byłym selekcjonerze reprezentacji Meksyku.

***

Zgoła inne rozterki przed sezonem mieli kibice Realu Sociedad. W Kraju Basków rozmyślano przede wszystkim nad tym czy nowy trener Jagoba Arrasate doprowadzi do szczęśliwego końca projekt zapoczątkowany przez Phillipe'a Montaniera i wywalczy dla Txuri-Urdin upragnione puchary.

Mimo przedsezonowych rozterek związanych z urazami i nie w pełni fortunnych przygotowań, młody szkoleniowiec ze szczytem formy trafił idealnie. Jego podopieczni nie tylko bez większych kłopotów przebrnęli przez przeszkodę w postaci Olympique Lyon, ale zrobili to też w stylu, który musiał olśnić całą Europę. W ich stylu. Zjawiskowe gole Carlosa Veli, Harisa Seferovicia, a przede wszystkim szczególnie rzadkiej urody trafienie Antoine'a Griezmanna skłoniły grono obserwatorów do jednoznacznej opinii - miejsce Realu jest w Europie, bo prezentują poziom Ligi Mistrzów.




Wtedy to, w przeciwieństwie do przypadku Espanyolu i Javiera Aguirre, pokusiłem się o peany na cześć Jagoby Arrasate, zastanawiając się przy tym, czy Baskowi bliżej do pana od WF-u czy do Jamesa Bonda. W tej sytuacji wyraźnie się pośpieszyłem, chociaż... może niezupełnie. Jagobie zdecydowanie bliżej bowiem do agenta 007, z tym zastrzeżeniem, że jego celem okazali się jego właśni podopieczni, których dobrą formę skutecznie zlikwidował.

Niewykluczone przy tym, że działa w służbie brytyjskiej Królowej, chcąc ułatwić na jej życzenie zadanie, najbliższemu rywalowi ekipy z Anoeta w Lidze Mistrzów, Manchesterowi United, nękanemu sporymi wahaniami formy po odejściu Sir Alexa Fergusona i przybyciu Davida Moyesa.

Arrasate unieszkodliwił jednak swych zawodników na tyle skutecznie, że nie tylko nie są oni w stanie konkurować na arenie europejskiej, ale mają także kłopot z przyzwoitym punktowaniem na krajowym podwórku. Wybitnym studium tego problemu był pojedynek z Rayo Vallecano. O ile strata bramki przeciwko madryckiemu kopciuszkowi to żaden dyshonor, o tyle nieumiejętność wturlania piłki do bramki drużyny, która w obecnych rozgrywkach w traceniu goli się lubuje, urasta do miana małej wtopy.

Oczywiście nie ma co przenosić na grunt baskijski standardów walenckich i popadać ze skrajności w skrajność, przechodząc od pieśni pochwalnych na cześć Arrasate do jaskrawej krytyki jego poczynań. Należy mieć na względzie wyjątkowość sytuacji w jakiej znalazł się La Real. Po raz pierwszy od dekady klub musi radzić sobie z łączeniem gry na dwóch (a w perspektywie trzech) frontach, a jak na złość zespół nękają ciągłe urazy, niekoniecznie mające związek z większą intensywnością pracy. Po tym, jak wykurowali się Agirretxe, Mikel González czy Carlos Martínez, na zdrowiu podupadli Esteban Granero i Xabi Prieto. W międzyczasie na krótko z gry wyłączani byli też Antoine Griezmann, Daniel Zurutuza czy Iñigo Martínez. Wszyscy ci gracze tworzą kręgosłup kramu Jokina Aperribaya.

Jakkolwiek trzeba mieć do Arrasate szacunek za przygotowanie szczytu formy na jakże ważny start rozgrywek i nie można ignorować faktu wkroczenia przez prowadzony przez niego klub na naprawdę trudną ścieżkę, kolejne tygodnie tkwienia w kryzysie napawają niepokojem. Jagoba nie poprawia swej sytuacji dość trywialnymi wypowiedziami. Przed meczem z Rayo przekonywał, że zwycięstwo ułatwi pewne sprawy i natchnie Basków do dobrej gry po przerwie reprezentacyjnej. Po meczu tłumaczył mediom, że Sociedad na porażkę nie zasłużyło. Wszystko to każe myśleć, że trener Txuri-Urdin przyczyny kryzysu zlokalizować nie umie.

Oczywiście La Real nie jest chorobliwie nastawiony na sukces i Jokina Aperribaya do podjęcia zdecydowanych decyzji mogłaby popchnąć dopiero naprawdę krytyczna sytuacja. To ostatnie pojęcie ciężko w tym wypadku zdefiniować i nie da się ocenić czy klęski w kolejnych spotkaniach z Valencią i Manchesterem United zaprowadziłby na Estadio Anoeta taki stan. Koneserzy dobrego futbolu bez wątpienia stęsknili się już za firmowymi zagraniami Xabiego Prieto i spółki. Jeśli nie Arrasate to być może do zmian nowych kolegów popchnie kuszony przez La Real Brazylijczyk Casemiro? Odpowiedź na to pytanie poznamy już w tydzień po zrównaniu z ziemią szans biało-czerwonych na awans na mundial. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook