Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 15 listopada 2013

Przekleństwo ruchomych piasków

fot. goal.com
Były lepsze i ciekawsze filmy sportowe niż "Sezon rezerwowych" z 2000 roku. Po prawdzie, chociaż ten akurat da się oglądać i momentami jest nawet zabawny, to gdyby poszukać i postarać się wyjąć jedną scenę, która zapada na dłużej w pamięci, kandydatek jest niewiele. W zasadzie jedna - ta o ruchomych piaskach.

Tłumaczy Keanu Reeves, tym razem bez obcisłego płaszcza, broni i w całkiem rzeczywistym świecie. - Grasz, wydaje ci się, że wszystko idzie po twojej myśli. Ale wtedy zdarza się jeden błąd. I kolejny. I jeszcze jeden. Starasz się wrócić do gry, ale im mocniej walczysz, tym bardziej się zapadasz, aż do momentu jak nie możesz się ruszyć. Ani oddychać. Już się nie wydostaniesz. Jak w ruchomych piaskach.



2008 rok, Bratysława, Tehelne Pole, szczęśliwie ostatnio zrównane z ziemią. Tamtego październikowego, dosyć mrocznego i deszczowego wieczoru, reprezentacja Polski wpadła nie tyle w grząską murawę, ale ruchome piaski. Cztery dni po jakże potrzebnym i imponującym zwycięstwie z Czechami - ten gol Brożka w stylu Żurawskiego, ta podcinka Błaszczykowskiego nad bezradnym Cechem - wszystko układało się po myśli Leo Beenhakkera.

Opanowany środek pola, gra bez większego przypadku, cierpliwe budowanie akcji, solidnie w defensywie, pierwsze szanse w których zabrakło tylko szczęścia. Siedemdziesiąta minuta meczu i jeden z najlepszych zespołowych goli strzelonych w ostatnich latach przez reprezentację Polski - od lewej strony, od spokojnego rozegrania po skrzydle, płaskiego dośrodkowania, prostopadłej piłki, wyłożenia jej Smolarkowi do pustej bramki. Kadrowicze Beehakkera sprawili, że wyglądało to naprawdę łatwo.

Sześć minut do końca. Ruchome piaski. To była strata w środku pola, głupie wybicie na aut zamiast daleko w (Tehelne) pole. Zdesperowani gospodarze dalekim wyrzutem starają się dać sobie nadzieję. Pierwsza para rywali zderza się i piłkę przepuszcza, następnie obrońca odbija głową w stronę Artura Boruca, futbolówka "siada" na kałuży schowanej pod trawą czy błotem, plącze się między nogami, trafia na długim słupku do Stanislava Sestaka...

...i kiedy zabrzmiał ostatni wynik tego meczu, miny piłkarzy były identyczne do tych kibiców (tych którzy akurat nie rozrabiali...). Nie tyle załamanie, złość czy rozczarowanie, ale po prostu niedowierzanie w to co się stało. To było spokojne spotkanie, z pełną kontrolą, grą na pewno nie wybitną i nie zachwycającą, lecz wystarczająco dobrą, by po czterech meczach mieć dziesięć punktów i z nadzieją wypatrywać wiosny. Jednak my już byliśmy po uszy w pułapce, szamocząc się desperacko, wiedząc, że to początek końca. Potem Belfast, Maribor, ale też remis z Irlandią Północną w Chorzowie. Ruchome piaski, rozumiecie?



Chociaż "gdybanie" jest w życiu kibica tyleż popularnym, co frustrującym zajęciem, na Tehelne Pole fani reprezentacji Polski myślami powinni wracać po każdej z ostatnich klęsk. Co tam się stało, co poszło nie tak i przede wszystkim czemu w gruncie rzeczy jeden mecz zadecydował o losach nie tylko Beenhakkera czy tamtych eliminacji do Mistrzostw Świata? Nie, to złe pytania. A co by było gdyby Artur Boruc, przecież zawodnik najwyższej klasy, po prostu schylił się i w typowy dla siebie luzacki sposób tę piłkę złapał w ręce? Wybił daleko od bramki, obrona znów by się ustawiła, pomoc zablokowała kolejną akcję i strzał, który tak nieszczęśliwie odbił się od nogi Wasilewskiego, potem od słupka, prosto do przeklętego Sestaka...

Od tamtego meczu ze Słowacją mamy już czwartego nowego selekcjonera - wliczając ten równie nieszczęsny epizod Stefana Majewskiego. Nie wygraliśmy w meczu o stawkę z poważniejszym rywalem niż Mołdawia. Karmimy się nadziejami po nielicznych dobrych występach w meczach towarzyskich. Obrońcy dalej popełniają błędy równie poważne co wtedy w Bratysławie. Napastnicy już nie są tak skuteczni jak wtedy, niewielu wie co teraz porabia Euzebiusz Smolarek, zapadła się kariera szkoleniowa Beenhakkera, Paweł Brożek znów jest w kadrze, chociaż jego karierę międzynarodową można spokojnie ograniczyć do tego strzału z Czechami.

Wciąż jesteśmy w tej pułapce. Chaotycznie kopiący Smuda pogrążył nas na Euro, kiepsko czy w ogóle nie reagujący Fornalik po prostu pozwolił się zasypać własnymi banałami. Gdy wydaje się, że grzęźniemy w zaścianku rankingu FIFA, że "coś budujemy", dzisiejszy mecz ze Słowacją znów jawi się nam niczym rzucona uwięzionemu desperatowi lina. Uznajmy, że lekcja z ruchomych piasków jest już odrobiona, niech nie będzie więcej "gdybania" w rozdziale autorstwa Adama Nawałki, niech on i jego piłkarze złapią za liny koniec i nas z opresji wyciągną. Niech ten mecz będzie pierwszym krokiem depczącym przekleństwo Tehelnego Pola.
comments powered by Disqus
facebook