Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 1 lutego 2014

Pożegnanie psychologa

fot. as.com
Luis Aragones był jednym z tych ludzi, którzy swoją ciężką pracą, swoimi sukcesami i swoim charakterem zasłużyli sobie na to, żeby stracić nazwisko. W Hiszpanii mówi się, że prawdziwą wielkość osiągnął ten, kto jest rozpoznawany tylko przez swoje imię. Chociaż nad Ebro Luisów można spotkać na każdym kroku, to Luisem jedynym, tym, który nie potrzebuje nazwiska, pozostanie Aragones.

Człowiek

Był człowiekiem starej daty, nie tylko metrykalnie, ale też pod względem podejścia do życia. Był człowiekiem jasnych zasad, klarownych priorytetów. Chociaż miał za sobą wybitną karierę zawodniczą ukoronowaną trzema mistrzostwami Hiszpanii z Atletico, a także tytułem króla strzelców La Liga, Luis na zawsze pozostanie facetem, który w 2008 roku odmienił losy hiszpańskiej piłki jako trener narodowej kadry. Mało kto pamięta, że Aragones razem z Gerate, Ufarte i Peiro tworzył jeden z najwybitniejszych napadów w historii Primera Division. O jego długoletniej pracy trenera Atletico, o jego bezwarunkowym oddaniu tej drużynie, o bezkrytycznej miłości dla biało-czerwonych barw pamiętać będą tylko fani Los Colchoneros. Jego rajdy prawą stroną boiska to prehistoria, jego doskonałe rzuty wolne to legendy, jego sukcesy trenerskie niemal 40 lat temu to anegdoty. Obraz Luisa Aragonesa jest skrajnie wypaczony i – chociaż teraz, w okresie powszechnej żałoby po jego stracie, wszyscy będą zaklinać się, że jest inaczej – opiera się na czterech zaledwie słowach: „odstawił Raula, wygrał Euro”.

Luisowi to nie przeszkadzało. Jak tłumaczył parę lat temu Ochotorena, trener bramkarzy reprezentacji Hiszpanii, Aragones był obudowany mentalnym murem, za który wpuszczał nielicznych. Przede wszystkim piłkarzy – z nimi zawsze był blisko. Na konferencji prasowej mógł siedzieć z obliczem tak marsowym, że dziennikarzom ze strachu przestawały bić serca, ale potem, gdy już wrócił do zawodników, był duszą towarzystwa, żartownisiem i bajarzem. Wszyscy go uwielbiali. Xavi zapewnia, że w okresie kryzysu Barcelony przy życiu trzymała go tylko myśl o tym, że niedługo będzie jechał na zgrupowanie kadry i spotka się z „El Sabo” („Mędrcem”). Każdego doskonale rozumiał. Wiedział, że do Xaviego może jak w dym walić po opinie na temat taktyki, że jeśli pojawią się w drużynie konflikty, to ich rozwiązanie trzeba powierzyć Ikerowi, a gdy atmosfera zrobi się za ciężka, to drużynę najlepiej rozrusza Pepe Reina. Luis Aragones był psychologiem futbolu. Psychologiem genialnym, ale jak każdy geniusz obdarzonym odrobiną szaleństwa. Chociaż swoich zawodników znał tak dobrze, że zwykł powtarzać, że wziął z nimi ślub, notorycznie przekręcał ich nazwiska – Xabi Alonso zmieniał się w Alfonso, Silva w Silvię a Fabregas w Fabricasa. Czasami rozśmieszał wszystkich do łez, a czasami tłukł pięściami w tablicę ze schematami taktycznymi. Ciągle powtarzał „y tal” („i tak dalej”), do zawodników zwracał się per pan.

Reformator

To on nadał kadrze Hiszpanii styl, którzy w ostatnich latach podbił świat. Jego tiki-taka była jednak inna niż ta, którą teraz raczą nas La Seleccion i Barcelona. Eksperci zwykli nazywać ją tiki-taką pragmatyczną, raczej środkiem niż celem samym w sobie. Tę taktyczną wizję Luis woził ze sobą do każdego klubu, który trenował. Podwaliny pod filozofię położyły długie rozmowy z Armando Ufarte, boiskowym i pozaboiskowym przyjacielem Hiszpana, przez długie lata grającym w Brazylii i uczącym się tamtejszych zwyczajów, które sam zwykł opisywać słowami: „Dalej, dalej! Podawaj, podawaj, podawaj! Łap czekoladę i płać, ile jesteś winien”. Sam Luis tłumaczył to jaśniej: „władca gry – władca piłki”. Zmiana stylu nie była jedyną modyfikacją wprowadzoną przez madrytczyka. Największą zmianą była ta, która zaszła w głowach piłkarzy. Królowie eliminacji, którzy spalali się w turniejach finałowych stali się drużyną kompletną, wierzącą w siebie, w swój potencjał i widzącą przyszłość w jasnych barwach. Gdy Aragonesa pytano o to, jak widzi szanse Hiszpanii podczas Euro 2008, on odpowiadał – Nie widzę powodu, żebyśmy nie mieli tego turnieju wygrać. Mentalność zwycięzcy.

Przez swoją ekscentryczność i zupełne niedbanie o medialny wizerunek, Luis przez długie lata był przez media atakowany. Roberto Palomar, jeden z najbardziej poczytnych hiszpańskich dziennikarzy, stwierdził nawet, że jego zdaniem to nie Aragones stworzył mistrzów Europy, ale mistrzowie Europy Aragonesa. Odstawienie od kadry Raula, legendy Realu Madryt, i stawianie na Fernando Torresa bardzo zabolało ludzi związanych z Królewskimi, którzy w takim zachowaniu selekcjonera widzieli jawny przejaw dyskryminacji. Dziś, z perspektywy czasu, wiemy już, że Luis się nie pomylił. Podjął być może najtrudniejszą personalną decyzję w futbolu ostatniej dekady i się nie pomylił. Kadra potrzebowała nowego otwarcia, nawet jeśli miałoby to być otwarcie zbudowane na medialnym zamieszaniu. Raul był wybitnym kapitanem, ciągle pozostawał znakomitym napastnikiem, ale więcej było w nim rezygnacji i akceptacji dla faktu, że Hiszpania niczego nie wygrywa, niż woli walki i chęci, by sytuację zmienić. Jednak nawet teraz, w dniu śmierci legendarnego zawodnika i trenera, wśród najważniejszych wydarzeń jego zawodowej kariery obok wygrania Euro i dania Hiszpanii stylu wymienia się właśnie pożegnanie się z Raulem.

Legenda

Aragones w grudniu zeszłego roku ogłosił, że definitywnie kończy karierę trenerską, jednak tak naprawdę trenerem pozostał aż do śmierci. Całe życie poświęcił piłce nożnej, podporządkował jej wszystko. Wielu twierdzi, że nie było w Hiszpanii człowieka lepiej znającego się na futbolu niż Luis, człowieka lepiej rozumiejącego złożoność mnogich zależności rządzących tą dyscypliną sportu i dostrzegającego istotność każdego detalu. Aragones miał prawie wszystko – brakowało mu tylko ochoty, by przypodobać się wszystkim wokół.

Luis był człowiekiem samotnym. Oddał wszystko futbolowi, a futbol nie odpłacił mu za to tak dobrze, jak powinien. Jeszcze w czasach pracy trenera reprezentacji Aragones zwykł podczas zgrupowań zaglądać do pokojów najbardziej zaufanych piłkarzy, siadać na ich łóżkach i długo opowiadać o swoim życiu, problemach i wątpliwościach.

W 2015 roku Atletico ma przenieść się na nowy stadion – La Peinetę. Manolete, dziennikarz Asa i wielki fan Los Colchoneros, twierdzi, że obiekt powinien nosić nazwę Estadio Luis Aragones. To byłby piękny hołd unieśmiertelniający człowieka, który odcisnął tak wyraźne piętno na hiszpańskim futbolu, człowieka, który piłce nożnej oddał życie, który powinien być wymieniany jednym tchem obok wielkich futbolowych wizjonerów, którego pełnię zasług i osiągnięć świat zacznie odkrywać dopiero teraz, gdy Luisa już nie ma.

Y tal. Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook