Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 30 listopada 2014

Poniżej możliwości

fot. skysports.com
Angielską Premier League łatwo można podzielić na trzy wewnętrzne klasy rozgrywkowe. Nawet w tak zhierarchizowanej stawce zdarzają się jednak kluby regularnie osiągające wyniki powyżej swojego potencjału. Obecnie wystarczy spojrzeć na Southampton czy Swansea. Z drugiej strony, są też kluby spisujące się znacznie poniżej swoich możliwości. Żaden w równym stopniu co Aston Villa.

RELACJA Z TURF MOOR

- Ci ludzie płacą swoje pieniądze - mówił po remisie w Burnley o swoich kibicach menedżer Paul Lambert. - Nie mam z tym żadnego problemu. Wiem, że to wielki klub. Poziom oczekiwań jest ogromny. To normalne. Do nas należy znalezienie rozwiązania, które pozwoli temu klubowi wspiąć się wyżej w tabeli.

Punkt zapalny

Ponad cztery tysiące fanów Aston Villi dało upust swoim emocjom po tym, jak ich drużyna zanotowała dziewiąty kolejny mecz bez zwycięstwa. Na Turf Moor wszystko odwróciło się w jednej chwili. Goście rozgrywali imponujące zawody i zdawali się w pełni kontrolować przebieg boiskowych wydarzeń. Na trzy minuty przed końcem 22-letni Jores Okore powalił jednak na murawę w polu karnym Lukasa Jutkiewicza, a Danny Ings zamienił jedenastkę na wyrównującego gola. Teraz to Burnley - konkurent w rywalizacji o utrzymanie - nieoczekiwanie przejęło inicjatywę. Ings trafił jeszcze w słupek, a po główce Jutkiewicza piłka o centymetry minęła bramkę. Villa o mały włos nie przegrała wygranego spotkania.

W ułamku sekundy przemianie ulegli też jej kibice. Liczna grupa głośno dopingujących fanów stała się sfrustrowaną bandą chuliganów mieszających z błotem zawodników i menedżera, wszczynających bijatyki pomiędzy sobą. W taki sposób najbardziej zagorzali sympatycy jednego z najbardziej utytułowanych angielskich klubów reagują na jeszcze jeden sezon zmagań na niewłaściwym końcu ligowej tabeli. Od strefy spadkowej dzielą obecnie Aston Villę tylko dwa punkty. Nikt w Premier League nie strzelił mniej goli od zespołu Lamberta (siedem w 13 meczach).

Głosowanie nogami

Napięte relacje na linii klub - kibice znajdują swoje odzwierciedlenie na każdym kroku. Poniedziałkowe spotkanie z Southampton na ponad 40-tysięcznym Villa Park zgromadziło na trybunach niewiele ponad 25 tysięcy widzów. Na przestrzeni ostatnich siedmiu sezonów domowa frekwencja spadła o blisko 10 tysięcy. (Aktualnie nieznacznie przekracza 30 tysięcy.) W bieżących rozgrywkach stadion wypełnia się zaledwie w około 75%. To zdecydowanie najgorszy wynik w lidze, gdzie średnia oscyluje wokół 95%. Fani wyrażają swoje niezadowolenie nie tylko werbalnie, ale również głosują nogami.

Na Turf Moor sektory przeznaczone dla kibiców gości ciągle wypełniły się jednak po brzegi. Aston Villa to przecież klub z drugiego największego miasta w Wielkiej Brytanii; jeden z dwunastu członków-założycieli Football League; triumfator Pucharu Europy i jeden z siedmiu klubów nieprzerwanie występujących w Premier League od jej powstania. Po nie tak odległych czasach, gdy drużyna Martina O'Neilla trzykrotnie z rzędu kończyła sezon w pierwszej szóstce ligi i ocierała się o awans do Ligi Mistrzów, pozostały jednak tylko wspomnienia. Klub notuje finansowe straty i jest poważnie zadłużony. Jego amerykański właściciel, Randy Lerner, bezskutecznie szuka nowego inwestora. Równocześnie przychody i budżet płacowy ciągle plasują Villę w pierwszej dziesiątce angielskiej elity.

Płynny futbol

Mimo świetnego początku sezonu (10 punktów i jeden stracony gol w pierwszych czterech meczach) Aston Villa to pod wieloma względami najgorszy zespół w Premier League. Przed wyjazdem na Turf Moor to ekipa Lamberta oddawała średnio najmniej strzałów (dziewięć*) i strzałów w światło bramki (dwa!). Notowała też najmniej odbiorów piłki (14,3). Tylko Crystal Palace rzadziej utrzymywało się przy piłce. Seria meczów z ligowymi potentatami boleśnie obnażyła słabości the Villans po zaskakująco dobrym starcie rozgrywek.

Szkocki menedżer mógł być jednak długo zadowolony z postawy swojej drużyny w sobotnie popołudnie. To Aston Villa lepiej operowała piłką i dominowała w środku pola. Na pozycji dziesiątki świetnie prezentował się Joe Cole, który swój pierwszy ligowy występ w podstawowym składzie od roku uczcił golem i jednym otwierającym podaniem do Gabriela Agbonlahora. (Został dopiero trzecim zawodnikiem Villi, który wpisał się na listę strzelców w tym sezonie.) Goście oddali aż 18 strzałów, z czego siedem w światło bramki. Nie potrafili tylko udokumentować swojej przewagi drugim golem.

- To najlepsze, co zagraliśmy od dobrych kilku tygodni - podkreślił Lambert. - Pokazaliśmy sporo świetnego, płynnego, pełnego ruchu bez piłki futbolu. Szkoda, że nie miałem u siebie Joe Cole'a pięć lat temu, ale wtedy nie było mnie na niego stać! Był fantastyczny.

Rozwiązaniem Benteke?

Lambert słusznie zauważa, że od początku sezonu co rusz musi radzić sobie bez kluczowych zawodników. W ostatnich dwóch spotkaniach byli to zarówno najlepszy napastnik (Christian Benteke), najlepszy pomocnik (Fabian Delph), jak i trzech najlepszych środkowych obrońców (Ron Vlaar, Philippe Senderos, Nathan Baker). - Dla mnie, gdy znajduje się w najwyższej formie, jest jednym z najlepszych napastników w Europie, a co dopiero w Wielkiej Brytanii - zachwalał wracającego do gry po trzymeczowym zawieszeniu na wtorkowe spotkanie z Crystal Palace Benteke.

Aston Villa nie przestaje osiągać wyników grubo poniżej możliwości czwartego najbardziej utytułowanego klubu piłkarskiego w Anglii. Pobyt w dolnych rejonach ligowej tabeli trwa od kilku sezonów. Lambert będzie liczył na to, że właśnie powrót jego największej gwiazdy okaże się rozwiązaniem, które pozwoli klubowi wspiąć się wyżej w tabeli. A przynajmniej uniknąć scenariusza niewyobrażalnego, acz nie do wykluczenia - spadku z Premier League. Wówczas kibice mogliby już całkowicie stracić cierpliwość.

*Dane za WhoScored. Wojciech Falenta
comments powered by Disqus
facebook