Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 14 września 2013

Polskie mity boiskowe

fot. skysports.com
Lewandowski nie strzela? Widać jest słaby, gwiazdorek jeden, powinien grać za darmo. Krychowiak za często podaje do tyłu? Pewnie inaczej nie potrafi, trzeba go zastąpić kimś ofensywnym. Rozmowami o polskim futbolu rządzą mity - czas przynajmniej kilka z nich odesłać tam, gdzie ich miejsce: do czwartej ligi ekspertów.

Polska brać kibicowska, dziennikarska i ogólnie wszyscy ludzie żywo interesujący się futbolem podlegają, jak każda grupa społeczna, pewnym ruchom i zmianom związanym z pojęciami, które w innych kręgach próbuje opisywać nauka o nazwie: memetyka. Innymi słowy, wiele idei i pojęć trafia do naszych mózgów na zasadzie przenikania i choć często nie mamy pojęcia, skąd się wzięły, to jesteśmy przekonani o ich prawdziwości. Sporo z nich faktycznie jest prawdziwych, przynajmniej w przybliżeniu - ale i uproszczenia są dla nas przydatne. Znajdzie się jednak trochę takich, których najwyższy czas się pozbyć.

"Reprezentacja powinna grać ofensywnie, dwoma napastnikami"

Najbardziej jaskrawy przykład warto wrzucić na sam początek. Skąd to przekonanie, że wystawienie dwóch napastników pozwoli grać ofensywnie? Ciężko powiedzieć. Wynika to zapewne z najprostszego możliwego założenia - skoro bliżej bramki gra dwóch zawodników zamiast jednego, to dwa razy częściej powinniśmy mieć okazję do zdobycia gola, prawda?

Nie. Przede wszystkim w założeniu nie ma mowy o tym, w jaki sposób gra zespół - a to jest kluczowy aspekt. Można wystawić i czterech napastników krążących przed polem karnym, ale jeśli przeciwnik znajdzie sposób, by utrzymywać się przy piłce, a po stracie odcinać ich od podań, to ich liczba nie ma znaczenia. A każdy dodatkowy napastnik oznacza mniej pomocników - co przekłada się na brak możliwości rozgrywania ataku pozycyjnego, w którym odległości między piłkarzami muszą być niewielkie.

Mało tego - jeśli ci napastnicy czekają na piłkę przed polem karnym, to muszą stać tyłem do bramki. Gdy otrzymają piłkę, nie widzą bramki i praktycznie nie mają jej do kogo podać, a pomocników wychodzących do podania mają niewielu (w tym przypadku dwóch lub trzech, bo minimum trzech obrońców jednak musi być). Nie są w stanie w ogóle wpłynąć na grę. Owszem, część z nich może się nieco cofnąć i zająć pozycję głębiej, dzięki czemu będą w stanie sobie podawać. Na tym polegała ewolucja systemów gry w pierwszej połowie XX wieku. Symbolem tego podejścia może być Mathias Sindelar, prekursor roli cofniętego napastnika, jako pierwszy burzący mit o tym, że napastnik musi być wielki i silny.

"Napastnika rozlicza się z goli"

To stwierdzenie w gruncie rzeczy wydaje się logiczne. Skoro gra najbliżej bramki przeciwnika, powinien strzelać gole, prawda? Zgadza się. Tu dużo zależy od kontekstu. Wystarczy, że dodamy tam słówko RÓWNIEŻ i nie można się nie zgodzić z tym zdaniem. Ale wrzućmy tam słówko TYLKO... i wtedy lepiej zrobimy, gdy zmienimy dyscyplinę na MMA.

Napastnika nie można rozliczać tylko z goli - głównie dlatego, że jeśli inne swoje zadania będzie wykonywał źle, to tych goli nie będzie strzelał. Rozliczanie z goli to ocena abstrahująca od wszystkich możliwych aspektów gry napastnika - w dodatku zależna od szczęścia, które nieraz odpowiadało za najistotniejsze gole wszech czasów. Ocenianie napastnika tylko na podstawie trafień prowadzi do absurdów - ten sam piłkarz, który pół roku temu był bożyszczem, teraz może być patałachem, bo nie strzela. A dlaczego nie strzela? To jest podstawowe pytanie. Odpowiedź "bo jest patałachem" jest odpowiednia co najwyżej dla dzieci do lat 10.

Streszczanie podręcznika byłoby nie na miejscu, ale warto dodać, że takie elementy, jak utrzymywanie piłki, mobilność, wychodzenie do podań do nogi i do prostopadłych piłek, rozciąganie linii obrony i umiejętność gry z pierwszej piłki należą do podstawowych zadań napastnika - to z nich należy go rozliczać. A także z goli.

"Dobry pomocnik podaje do przodu, a nie do tyłu lub do boku"

Kolejny mit, kolejne pozornie logiczne zdanie. Podania do tyłu są bez sensu, jeśli chcemy wygrywać, zgadza się? Należy grać do przodu. Do boku można, ale to zbytnio nie pomaga.

Tutaj bardzo ważny jest kontekst, choć mam sporą ochotę każdego szermującego tym zdaniem wysłać do przedszkola. Ale trzeba być rozważnym. Jeśli ktoś nigdy nie ryzykuje i nawet mając przed sobą napastnika z tylko jednym obrońcą przy sobie podaje bezpiecznie do boku, to faktycznie można go zganić. Ale to tylko jedna z możliwości.

Generalnie ryzykowne i nieprzemyślane podania do przodu to najczęstszy powód tracenia goli, zwłaszcza w Ekstraklasie. Gdy wykonuje się szybki kontratak trzema-czterema zawodnikami, mają one jeszcze uzasadnienie, ale przy powolnym rozgrywaniu piłki takie podania to zbrodnia. Ktoś powie "to wystarczyło dobrze podać". Fakt. Na przykład do boku. W bardzo wielu sytuacjach wyraźnie widać, że pewne drogi są już odcięte, ale piłkarz i tak tam podaje, bo ma w głowie, że powinien zaryzykować i kopnąć do przodu, skoro chce wygrać mecz - a przecież chce.

Ale nie tędy droga. Jeśli nie zakładamy, że każdy kolega jest patałachem, który zgubi piłkę przy najbliższej okazji, to należy podawać przede wszystkim celnie, a w razie możliwości do przodu - nie na odwrót. To czasem oznacza konieczność podania do tyłu... a czasem konieczność poczekania sekundę lub dwie, po czym okazuje się, że teraz już można podać do przodu. Oczywiście warto nie stracić piłki przetrzymując ją - ale należy też dać koledze czas, by zrobił ruch - jak stoi napisane w każdym podręczniku: najpierw musi być ruch, a potem podanie.

"Może nie umieją grać, ale przynajmniej walczą"

Mit wynikający głównie z powodu miernych umiejętności polskich piłkarzy. Skoro nie umieją kopać piłki, to niech chociaż kopią przeciwników.

To skuteczny sposób, ale niemądry. Jeśli trener wymaga walki, to po co zostawać na treningu i ćwiczyć przyjęcia oraz strzały? Lepiej pójść do siłowni i nabić trochę mięśnie, przydadzą się do walki. A po skończonej karierze zawsze będzie można je wykorzystać.

Trenowanie mózgu jest trochę trudniejsze i może dlatego tylko niektórzy trenerzy tego wymagają. A dawałoby to znacznie lepsze efekty - dobra współpraca i realizowanie właściwie nakreślonych zadań taktycznych znacznie lepiej powstrzymuje przeciwnika niż dwudziesty z kolei wślizg z rozpędu trafiający - czystym przypadkiem! - w kostkę rywala. Choć trzeba przyznać, że ten drugi sposób z pewnością ma większe szanse na całkowite wyeliminowanie z meczu przeciwnika oraz... siebie, ale tutaj z pomocą przychodzi sędzia, który zostaje kozłem ofiarnym.

"Graj szybciej, nie zwalniaj tempa, bo stracisz piłkę"

Ta fraza nie jest może tak idiotyczna jak poprzednie, bo faktycznie, gdy mamy techniczne możliwości do takiej gry, to kilka idealnych podań z pierwszej piłki potrafi kompletnie wyłączyć całą obronę przeciwnika.

Niestety świat nie jest idealny i szybkie tempo o wiele częściej oznacza obniżenie celności podań. Gdy biegnie się bardzo szybko z piłką, pozostaje o wiele mniej czasu na myślenie - a gdy próbuje się szybko podjąć decyzję, szansa na błąd wzrasta znacznie.

Szybkie zagrania potrafią zmieniać przebieg meczu, ale traktowanie ich jak dogmatu jest bezcelowe. Tak naprawdę to zdanie powinno brzmieć: "graj szybciej lub wolniej, na zmianę". Tzw. arytmia gry jest bardzo ważna i to ona często odpowiada za stwarzanie sytuacji bramkowych. Szybkie tempo przez cały czas nie gwarantuje sukcesu. Kilka szybkich zagrań po okresie wolnej (i co za tym idzie, dokładnej) gry daje znacznie większe szanse na zaskoczenie i zdezorientowanie przeciwnika.

"Zespół buduje się od obrony".

Ta mądrość jest dość powszechnie powtarzana przez wszystkich siedzących w temacie. Zostawiam ją na koniec, bo różni się od pozostałych - generalnie nie ma w niej nic głupiego. Ale gdy przejdziemy do szczegółów, pojawiają się luki.

Przede wszystkim, zespół buduje się z takich zasobów, jakie się ma do dyspozycji. Jeśli dobrych obrońców brak, trzeba ich znaleźć - ale to nie znaczy, że zespół należy wycofać z rozgrywek. Można wygrywać mecze 5:4 zamiast 1:0. W tym sensie, budowanie zespołu od obrony wydaje się absurdem, bo oznaczałoby ignorowanie swojego potencjału ofensywnego.

Natomiast jeśli wziąć pod uwagę inny kontekst, to faktycznie zdanie to nabiera mnóstwo sensu i warto je przypominać. Chodzi o rotację.

Gra ofensywna powinna zawierać schematy, ale w rozsądnej ilości - jeśli opiera się tylko na nich, to może być szybko rozszyfrowana, co umożliwia opracowanie odpowiedniego przeciwdziałania. Dlatego w ataku istotna jest improwizacja, a często gole są efektem fantazji zawodników, a nie pieczołowitego wyjaśniania instrukcji przez trenera. Tym samym zmiany w ataku mogą sprawić sporo dobrego, zwłaszcza gdy obecni na boisku zawodnicy zawodzą. Natomiast gra obronna opiera się na dobrej współpracy i utrzymywaniu dyscypliny, co oznacza, że piłkarze muszą zawsze wiedzieć, jak zachowa się partner. Dlatego zmiany w linii defensywnej mogą być niekorzystne i nawet słabsza postawa obrońcy niekoniecznie jest powodem do zmiany. Mimo wszystko blok obronny nie może być zawsze taki sam, bo gdy spadek formy dotknie wszystkich zawodników, ich współpraca również będzie szwankować. To samo w przypadku kiepskich możliwości każdego z nich.

Ten fragment został napisany w kontekście reprezentacji. Nie mam najmniejszej intencji mu zaprzeczać, ale przypominam sobie, że Franciszek Smuda twierdził, że zostawia zespół gotowy do gry. Sądząc po meczach z 2012 roku, ten "gotowy do gry zespół" lekko zawiódł, a nowy dopiero powstaje. A że łatwiej udaje się dobierać zawodników ofensywnych? To już nie jest winą selekcjonera. Dawid Jankowiak
comments powered by Disqus
facebook