Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 21 lipca 2013

Polskie kluby nie rozumieją skautingu

od lewej: Adib Hashem (Arabia Saudyjska/USA), Brent Rahim (Trynidad i Tobago), Tomasz Pasieczny, Roberto Navarrete (Ekwador), Shin Achiwa (Japonia)
Czego potrzebuje polska piłka? Co należy zrobić, by dobrze zorganizować skauting w Polsce? Czy FIFA wraz z UEFA powstrzymają zapędy menedżerów, banków i zadłużonych klubów? O tym, a także o wielu innych sprawach opowiada Tomasz Pasieczny, były dyrektor sportowy Cracovii i skaut m.in. Legii oraz West Bromwich Albion.

Z Tomaszem umówiłem się w Warszawie podczas jednych z jego szkoleń poświęconych skautingowi. Jak sam mówi, jest to pewien etap pracy u podstaw w polskiej piłce, a doświadczenie, które zdobył pracując jako skaut w Legii i WBA, może przekazać wielu zaangażowanym w futbol. W czasie spotkań poświęconych prawu sportowemu dzieli się spostrzeżeniami, które nabył podczas studiów FIFA Master, a także w czasie pracy w roli dyrektora sportowego w Cracovii.

Jacek Staszak: Przeglądałem twoje CV na jednym z portali internetowych i napisałeś tam, że twoim celem jest poprawa poziomu polskiej piłki nożnej. Z czego to wynika?

Tomasz Pasieczny: To prawda, używałem tego argumentu, by dostać się na studia FIFA Master. Jednym z etapów rekrutacji jest wypowiedź, w której argumentuję, co chciałbym zmienić przez swoją pracę i uznałem, a teraz dalej uważam, że to właśnie jest mój cel. Zdaję sobie sprawę, że jestem w gruncie rzeczy trybikiem w tej machinie polskiej piłki. Natomiast to, jakim jestem trybikiem, czy też w ogóle mógłbym nim nie być, nie zmienia faktu, że chcę pracować, by coś zmienić. Czy to będzie przez skauting czy przez coś innego - nie ma znaczenia.
Wiele ludzi gdzieś taki cel ma, ja to mam i chcę go zrealizować, czy to pracując w klubie, czy teraz działając na własny rachunek i prowadząc swoją działalność. Natomiast chciałbym, żeby ta piłka się u nas bardziej sprofesjonalizowała. Mamy podstawy, mamy wreszcie stadiony, coś się w tym wszystkim zaczyna dziać, natomiast to wszystko potrzebuje jakiegoś dodatkowego popchnięcia.

Pracowałeś w piłce jako reporter, jako skaut, jako dyrektor sportowy, jako radca prawny i jako Team Liaison Officer na Euro 2012 - sporo tego.

Tak, myślę, że to pokazuje, że ja zawsze chciałem przy tej piłce być i to w różnych rolach i swoją przyszłość z piłką ciągle wiążę. Tak naprawdę, jeżeli pojawia się opcja pracy w piłce bardzo ciekawa, to dla mnie nie ma za bardzo jakiś granic. To pokazuje moja praca w Azjatyckiej Konfederacji Piłkarskiej w Malezji, ludzie się śmiali, że pojechałem 10 tysięcy kilometrów za pracą, ale futbol to jest to, coś bez czego nie potrafię żyć.

A która z tych prac była najciekawsza i najbardziej rozwijająca?

Staram się z każdej coś wyciągnąć. Ja zawsze uważam, że jedna praca pozwalała mi pójść dalej, zrobić kolejny krok. Zaczynałem w Legii i bez Legii nie byłoby West Bromu. Gdyby nie West Brom, najpewniej nie dostałbym się na studia FIFA Master. Gdybym nie dostał się na studia FIFA Master, na pewno nie byłoby Azjatyckiej Konfederacji Piłkarskiej. Gdyby nie FIFA Master, myślę, że mogłoby nie być Cracovii. I to wszystko jest tak właśnie powiązane. Gdyby nie było tych licznych doświadczeń skautingowych, teraz bym pewnie nie działał jako PRO FOOTBALL, organizując szkolenia skautingowe, jak również oferując klubom skautingowy outsourcing. To wszystko jest jakoś związane i jedno wynika z drugiego. Na pewno Azja była największą przygodą, naprawdę robiłem bardzo ważne rzeczy w AFC.

Na czym polegała praca w Azjatyckiej Konfederacji?

Przede wszystkim zacznijmy od tego, że to jest taka azjatycka UEFA, jedna z większych organizacji sportowych na świecie. Ja pojechałem tam na staż w dziale prawnym i nagle się okazało, że prowadzę posiedzenia wydziału dyscypliny, czy posiedzenia komitetu apelacyjnego. Jeżeli były jakieś sprawy w Trybunale Arbitrażowym do Spraw Sportu, to pisma pisałem ja, tak samo jak wyroki Wydziału Dyscypliny. Już nawet pomijając to, że robiłem różne ważne rzeczy, to czułem się do tego strasznie doceniony, bo wykonywałem pracę, która tak naprawdę powinna być wykonywana przez szefa działu prawnego i to nie było raz, czy dwa razy, tylko ja to robiłem tam na co dzień.

Dlaczego tylko cztery miesiące?

Takiej długości był to staż, co prawda pojawiła się propozycja, żebym został, natomiast ze względów wizowych w Malezji (tam jest siedziba AFC) podpisują umowy czteroletnie. Te cztery lata były dla mnie przerażające, inna sprawa, że Bin Hammam, który był prezydentem AFC został zdyskwalifikowany przez FIFA, w związku z tym to wszystko było tymczasowe, tymczasowy był też prezydent i nie wiadomo było, jak on będzie podchodził do zatrudniania ludzi spoza Azji i ja trochę się tego wszystkiego obawiałem. Z założenia ten staż miał liczyć cztery miesiące i tyle trwał.

I potem był wywiad dla Rafała Steca.

Tak i ja za ten wywiad jestem mu bardzo wdzięczny, bo jakoś nas - ludzi po FIFA Master - próbował umieścić na futbolowej mapie Polski i po tym wywiadzie ja znalazłem się w Cracovii, a Piotr Sadowski w Podbeskidziu. Ten wywiad jakoś pokazał, że ludzie po tych studiach w Polsce są, dalej uważam, że jeszcze mało się o tym wie, natomiast myślę, że przez Cracovię i dzięki mediom coś się w tym względzie zmienia.

Ktoś poszedł na studia FIFA Master ścieżką, którą wy wytyczyliście?

Próbuję to promować i korzystam z każdej okazji, żeby o tym wspomnieć. Jeżeli popatrzysz się na każdy ranking to są to najlepsze podyplomowe studia z zarządzania sportem na świecie, albo drugie - to zależy od rankingu. Za granicą są uważane za bardzo prestiżowe, z każdej strony idą pochwały. W Polsce bardzo mało kto się tym interesuje, to jakieś drzwi mi otwiera, ale nie tak, jak powinno.

Ludzie na Zachodzie są bardziej zaznajomieni?

Zdecydowanie, jeśli chodzi o Piotrka, o Emilę i o mnie - to są te trzy osoby z Polski, które ukończyły studia FIFA Master. Jestem najmłodszy i na tę chwilę jedyny, który mieszka w Polsce, natomiast wiem, że dla Piotrka praca w Polsce to też cel. Boli mnie trochę, że u nas w kraju nikt nie korzysta z naszego wykształcenia, bo w teorii tego wykształcenia nie ma nikt, dlatego przy każdej sytuacji o tym wspominamy.

A jak wyglądają kariery ludzi, którzy to studiowali, ale nie są Polakami?

Nie będę ukrywał, że nie chcę pracować za granicą, natomiast mam oferty i miałbym dużo lepsze oferty znając język niemiecki czy francuski, bo ludzie, którzy kończą te studia i znają te języki, mają pracę w najlepszych organizacjach, czyli FIFA, UEFA, czy MKOl.

Dlaczego nie pracują w klubach?

Część pracuje, bo mamy na przykład Niemca, który jest szefem działu prawnego Bayernu Monachium, są ludzie w Juventusie, Liverpoolu i wielu, wielu innych, również mniejszych. Natomiast absolwenci głównie zostają w Szwajcarii i pracują w konfederacjach, ale dla przykładu jest też koleżanka pracująca w zespole F1 Sauber. Różnie się te kariery układają, natomiast ludzie po FIFA Master, czyli około 360 osób, są bardzo na rynku pożądani. Sytuacja w Polsce jest ewenementem.

Przejdźmy już do skautingu. Jak trudno jest znaleźć jakąś perełkę na rynku?

To zależy od tego, kim jesteśmy i czego oczekujemy, trzeba też liczyć się z pieniędzmi. Jeżeli szukamy dysponując niewielkimi środkami finansowymi, to naprawdę jest to ciężkie. Może być też tak, że nikogo przez dwa lata nie znajdziemy, a potem nagle trzech piłkarzy w pół roku. To kwestia oszacowania ryzyka i pieniędzy, jakimi dysponujemy. Nie ma w tym reguły.

Jak przez ten czas kiedy pracowałeś w Legii czy WBA zmienił się skauting w Polsce?

To jest o tyle ciekawa sprawa, bo zaczynałem w Legii zaraz po przejęciu tego klubu przez ITI i pojawiły się nowe koncepcje, czyli budowaliśmy skauting od zera. Zaczynaliśmy od białej kartki A4 i każdy pisał, co uważał za stosowne. To się tak złożyło, że trafiłem na ostatnie dni Jacka Bednarza i potem to wszystko przejął Marek Jóźwiak. Na początku wszyscy się tego uczyliśmy. Od tego czasu minęło ładnych parę lat i trochę się zmieniło, to fakt. Zmieniło się o tyle, że parę klubów rzeczywiście coś robi w tym kierunku. W skauting bawią się w Lechu Poznań, w Lechii Gdańsk, budują się nowe struktury w Legii, kilka klubów próbuje też innych sposobów, natomiast coś próbują robić i na tym polega ta zmiana. Wielu właścicieli ciągle nie jest jednak przekonanych do skautingu, a co więcej w wielu klubach robi się ciągle za mało.

Z czego wynika ten opór materii?

Z niezrozumienia tematu, zawsze mówię, że skauting może dać zarobić, jeżeli ściągnie się dobrego zawodnika, a pozwala też przede wszystkim nie stracić pieniędzy, czyli uchronić przed nietrafioną inwestycją. Mam obawy, że w Polsce mało kto rozumie, że skauting, żeby miał sens, musi być systematyczny i długotrwały, a to jest kluczowe.

Nie masz takiego wrażenia, że ten skauting jest w zasadzie jak wszystkie aktywności w Polsce, czy to polityczne, czy ekonomiczne, że nie ma myślenia długofalowego i nie myśli się w kategoriach "co tanie jest drogie"?

Nie chcę mówić, że wszędzie tak jest i nie wszystkie kluby znam od wewnątrz i wiem, że niektórzy starają się robić coś przynajmniej na swoje warunki. Natomiast też nie oszukujmy się, bo jeżeli przychodzę do klubu X i w tym klubie skauting działa parę lat, czy działał wcześniej i już go nie ma, a ma działać, a tymczasem okazuje się, że nie ma ani jednego raportu skautingowego, no to należy sobie zadać pytanie: dlaczego? I od razu drugie pytanie: jak skuteczny może być skauting, jeżeli nie zostawia po sobie śladów? Jeżeli skaut jedzie sobie na mecz i mówi: „dobry jest, bierzemy go”, to oczywiście to może być skuteczne w przypadku tego konkretnego transferu, ale jeżeli my piłkarza odrzucamy i potem jedziemy go jeszcze raz oglądać, to nie wiemy jak on się rozwinął, pomimo tego, że mieliśmy ku temu okazję. Jestem dużym zwolennikiem ujednoliconych raportów i posiadania bazy danych, którą możemy przejrzeć i podjąć na podstawie tego decyzję.

Skauting w Lechu Poznań, czyli rozgraniczenie i balans między szukaniem piłkarzy w Polsce do akademii piłkarskiej, a skautingiem zagranicznym przypomina trochę model wprowadzony w Dinamo Zagrzeb. Czy jest to najwłaściwsze wyjście dla polskich klubów?

To jest o tyle dobry balans, że szukanie do akademii daje możliwość wychowania piłkarzy, a poszukiwanie piłkarzy do pierwszego zespołu daje doraźny zastrzyk jakości. Jeżeli w klubie ta siatka skautingowa jest tak podzielona, to jest naprawdę dobrze. Jeżeli zespoły mają akademię, dobrych trenerów i to szkolenie ma sens, to powinno się szukać do tej akademii zawodników. Pytanie teraz, kogo obserwujemy? Coraz bardziej modny - i słusznie - jest taki model: najpierw skupiamy się na najbliższym otoczeniu, czyli jeżeli jesteśmy w Warszawie, to zawodnicy z Mazowsza są bardziej związani z klubem, a to jest atut. Szukamy też tutaj, bo mamy największe rozeznanie. Jeżeli nic nie znajdziemy, to szukamy dalej. Oczywiście to też robi się równolegle, ale ten najbliższy rynek najłatwiej spenetrować i w teorii można z niego pozyskać najbardziej związanych z klubem zawodników, co jest wartością dodaną, więc jest to niezły pomysł, co większość profesjonalnych klubów stosuje.

Niedawno mieliśmy u nas serię artykułów o zarządzaniu klubem na przykładzie West Bromwich i co przykuło moją uwagę, to informacja, że w tym klubie myśli się o dwa okienka do przodu.

Widać to na przykład na liście piłkarzy, których się szuka. Myśli się dwa okienka naprzód, jest jakiś plan: kto kiedy odejdzie, kogo chcemy, kogo nie chcemy. Tam się myśli o wszystkim i są listy zawodników, których my chcemy i one są w klubie cały czas. Jeżeli nagle się okazuje, że ktoś wypada, ktoś chce odejść, ktoś łapie kontuzje, to trzeba go zastąpić. Wtedy jeżeli mamy listę zawodników, których chcemy, to z tego się korzysta. Jednak jeżeli myślenie na dwa okienka naprzód ma mieć sens, to trzeba nad tym pracować co najmniej dwa lata. Bo jeżeli dzisiaj usiądziesz i powiesz, żeby myśleć dwa okienka naprzód, a jednocześnie nie dasz trzydziestu ludzi do pracy, to jest to średnio realne, z tego trzeba sobie zdawać sprawę.

Tak na przykładzie West Bromwich, to czy ten skauting się jakoś zmieniał na przestrzeni lat?

Jestem z nimi dalej w kontakcie i ja różnicy nie dostrzegłem. Odnoszę wrażenie, że oni wypracowali na tyle skuteczny proces decyzyjny, że ten działa na tyle dobrze, że nie za bardzo trzeba coś zmieniać. Oczywiście są lekkie zmiany w raportach, natomiast są bardzo zadowoleni z tego, co mają i to utrzymują na jednym poziomie.

A może zajść taka sytuacja, że trener przychodzi i mówi, że ma inną wizję, chciałby zagrać bardziej ekspansywną piłkę i mówi, że szuka zawodników o troszeczkę innym profilu? Czy wtedy ten profil poszukiwanego piłkarza się zmienia?

Minimalnie tak, natomiast trzeba pamiętać, że należy sobie wtedy zadać pytanie, czy piłkarze, których my wyszukujemy i daliśmy pozytywną rekomendację, mogą się do tego nowego profilu dostosować. Jeżeli odpowiedź brzmi nie, to szukamy dalej. Ale jest też długofalowa polityka klubu i jeżeli to, co wymyślił trener się w nią wpisuje, to jak najbardziej możliwe. Nadrzędna jest właśnie filozofia klubu wypracowana przez całą strukturę działu sportowego.

Wspominałeś, że ściągnąłeś kiedyś zawodnika, który był 29. na liście na daną pozycję, a czytałem też kiedyś artykuł, w którym agent wyjawiał, że na jeden przeprowadzony transfer jest pięć nieprzeprowadzonych. Nie wydaje Ci się, że przez ten przyspieszony obieg informacji pomiędzy agentami, skautami, dyrektorami, to coraz więcej potencjalnych transferów może zostać nieprzeprowadzonych?

O tyle coraz więcej potencjalnych transferów może zostać nieprzeprowadzonych, co jest po prostu coraz więcej prób podejścia do transferów, a próby podejścia do transferów polegają na tym, że agent wysyła maila do 40 klubów, załącza link i kluby go oglądają. Z trzech klubów mogą być odpowiedzi i jeżeli manager jest obrotny, to już wysyła sygnał piłkarzowi, że jakieś zainteresowanie jest. Trzeba sobie równolegle zdawać sprawę, że dopóki nic nie jest podpisane, to może się zdarzyć wszystko, wiele się może zmienić. Piłka jest takim specyficznym biznesem, w którym umowy nie dochodzą do końca z wielu powodów, czasem śmiesznych, czasem zadziwiających, ale tak się zdarza.

Nabrałem takiego odruchu, że kiedy dowiaduję się o jakiej plotce transferowej, to od razu sprawdzam, kto jest agentem danego piłkarza. Mam takie wrażenie, że w dużej mierze za politykę transferową klubów odpowiadają teraz agenci, np. Harry Redknapp jest znany z tego, że ma kontakty z poszczególnymi agentami i z nimi robi biznes i np. teraz Franco Baldini został dyrektorem technicznym Tottenhamu i od razu pojawiły się informacje o piłkarzach, którzy wcześniej byli łączeni z Romą.

Jest tak, że ludzie się przyzwyczajają, choć trzeba to odróżnić, bo są sytuacje z "szarej strefy", kiedy ktoś chce sprowadzić zawodnika tylko dlatego, że jego menedżerem jest jakaś konkretna osoba, co jest oczywiście naganne, natomiast trzeba zdawać sobie sprawę z sytuacji, że są menadżerowie, którzy komuś polecili trzech zawodników i oni wszyscy wypalili i z wiadomych względów do tego menedżera jest większe zaufanie i wiadomo, że jeżeli do Anglii idzie ktoś, kto bardzo dobrze zna ligę włoską i świetnie rozumie AS Romę, to wiadomo, że on zna zawodników na tyle dobrze, że będzie próbował kogoś ściągnąć. Tak jak chociażby Arsene Wenger sprowadził mnóstwo Francuzów do Arsenalu.

Czy zachodzi takie zagrożenie dla klubów, że odchodzi dyrektor sportowy i w tym momencie pewna wiedza, know-how również ucieka?

Właśnie dlatego jestem zwolennikiem raportów, bo odchodząc z Cracovii zostawiłem po sobie ponad sto takich dokumentów i ten know-how został. Natomiast w polskich klubach się nie myśli długofalowo. Powinna być jakaś wizja, czyli klub musi wiedzieć jak chce grać, jakie są jego cele i powinien być ktoś, kto sprawuje nad tym pieczę. W przypadku jeżeli ktoś z tej układanki wypada, to jednak powstaje pewna luka. Teraz w organizacjach sportowych są specjalne komórki typu „knowledge management” i one zajmują się np. tym, jak z jednych Mistrzostw Świata przenieść wiedzę na drugie i to zapewnia im tę potrzebną ciągłość.

Znany jest casus Sorina Oproiescu, o którym opinia publiczna dowiedziała się dzięki jednemu z użytkowników forum kibiców Wisły Kraków. W sytuacji, gdy w kraju nie ma pieniędzy na skauting, to korzystanie z pomocy fanów, nauczywszy ich jakiegoś warsztatu nie byłoby dobrym krokiem naprzód dla klubów?

Oczywiście, mam taki projekt, który chciałbym przedstawić jednemu z klubów w najbliższym czasie. To będzie budowa siatki opartej na znających się na piłce fanatykach, która byłaby jakimś pierwszym filtrem wyszukiwania. Zbudowałem coś takiego w Cracovii, z czego korzystaliśmy, a jeżeli w klubie znalazłoby się trochę pieniędzy, to można by było wychować sobie kilku niezłych skautów, którzy byliby skuteczni. Niektóre kluby bawią się w e-skauting, co jest powiązane z forum i wyobrażam sobie, że ktoś gdzieś z polecanych zawodników się dostał i to był dobry strzał. To się zdarza. Kluby radzą sobie jak mogą i za pieniądze jakie mają.

Czy Third Party Ownership to jest jakieś zagrożenie?

FIFA walczy z tym jak może i stara się to ukrócić. W jakimś stopniu nie wiemy, czy kolejnym casusem nie jest chociażby Neymar. Musimy sobie zdać sprawę, że w Brazylii mamy zupełnie inne warunki, chociażby agencja menedżerska Traffic, która posiada swój własny klub, do którego sprowadzają talenty. Ten klub nie ma kibiców i na mecze przyjeżdżają tylko skauci, którzy obserwują piłkarzy. Traffic oczywiście przez wszystkich jest postrzegany niezbyt dobrze, ale ma umowy z United czy innymi klubami. Jeśli zaś chodzi o samą ideę, że jakaś spółka ma prawa do zawodnika, to mnie się to za bardzo nie podoba i uważam, że FIFA ma rację walcząc z tym. Ale trzeba sobie zdać sprawę, że jakoś te przepisy będą obchodzone, szczególnie w Brazylii, a casus Neymara pokazuje, że FIFA będzie bardzo ciężko to ukrócić, ale w Europie to nie jest tak popularne.
Musimy sobie też zdawać sprawę z tego, że czym innym jest jeżeli jakieś konsorcjum ma procent praw do zawodnika, a czym innym jest, gdy to konsorcjum ma decydujący wpływ na transferowe decyzje. Trzeba o tym pamiętać i to odróżnić, bez wartościowania, czy jest to dobre, czy złe. Jeżeli ktoś sobie zapewnia procent od transferu to jest to co innego niż wtedy, gdy jakaś firma poza klubem decyduje o odejściu zawodnika.

Jak FIFA próbuje to regulować?

FIFA tego zabrania i walczy z TPO i będzie walczyć coraz więcej, organizuje sympozja na te tematy, natomiast to jest problem głównie Ameryki Południowej. Osobiście myślę, że FIFA nie miałaby z tym problemu, gdyby te konsorcja nie decydowały o losie piłkarzy. Jeżeli byśmy doprowadzili do sytuacji, że firma dostaje jedynie procent od kwoty transferowej, a nie ma wpływu na same transfery, to myślę, że jesteśmy to w stanie zaakceptować. W sytuacji, gdy bank mówi, że dany zawodnik ma teraz odejść tutaj lub tutaj, to jest to nie do zaakceptowania, bo prawa do zawodnika powinien mieć klub, a nie podmiot trzeci.

A co sądzisz o Financial Fair Play?

Nie wierzę w to. Spędziłem dużo czasu podczas studiów FIFA Master rozmawiając z kreatorami tego projektu, z ludźmi którzy to wymyślili. Nas była 32-osobowa grupa i na koniec trzydniowego panelu temu poświęconemu zostaliśmy zapytani przez twórców, czy ktoś wierzy w powodzenie tego planu i ręce podniosło 10-12 osób. FFP w teorii się sprawdza jak popatrzysz na włoskie kluby typu Milan czy Inter, które mocniej przycisnęły pasa i przez to Juventus będzie hegemonem w najbliższych latach. Mają własny stadion jako jeden z dwóch klubów, a na dodatek jest to stadion nowoczesny i zarabiają na nim duże - jak na Włochy - pieniądze. Właścicielami wszystkich innych stadionów są miasta, czy gminy i to w ogóle się nie sprawdza, szczególnie, że Inter i Milan mają zupełnie inne pomysły na rozwijanie San Siro. FFP było, jest i będzie obchodzone, czyli mówiąc przykładowo: jakiś klub dostał samolot od sponsora, sprzedał prawa do koszulek za kosmiczne pieniądze. Oczywiście też te przepisy starają się zabezpieczać przed takimi sytuacjami, dają też możliwości odliczenia pewnych wydatków, wszelkie sprawy związane ze szkoleniem młodzieży, infrastrukturą. W teorii to ma sens, ale jeżeli Manchester City stać na każdego piłkarza, to stać ich też na najbardziej łebskich prawników na świecie. Ja też mam inny argument, rozumiem co za tym stoi, natomiast nie rozumiem jak ktoś może zabronić komuś wydawać swoje pieniądze i z tego powodu cała sprawa może rozbić się o Europejski Trybunał Sprawiedliwości, bo to ingeruje w swobodny przepływ kapitału i będzie to bardzo ciekawa sprawa, bo przepisy unijne są tutaj łamane. W teorii nikt nie zabrania ci inwestować w piłkę, a w jakimś stopniu zabrania się ludziom wydawania ich własnych pieniędzy.

Czytałem też taką opinię, że FFP w pewien sposób buduje szklany sufit dla tych mniejszych klubów.

Bardzo ładnie ktoś to powiedział, że FFP zostało stworzone po to, by chronić tych bogatych przed jeszcze bogatszymi. Czyli jak pojawiły się kluby takie jak Manchester City, czy PSG, to hegemoni, którzy też mieli sporo pieniędzy troszeczkę się przestraszyli i tak pojawiła się ta idea. Natomiast bardzo się zdziwiłem, gdy zobaczyłem, że większość tych wielkich klubów była na tak, szczególnie te włoskie, które też mają swoje problemy. Moim zdaniem to nie ma szans powodzenia. Zacznę wierzyć w FFP, gdy jeden z wielkich klubów nie będzie mógł przystąpić do europejskich rozgrywek z uwagi na naruszenie tego prawa. Myślę, że to nigdy nie nastąpi, bo te sytuacje, które teraz mamy, to nie jest dobry przykład na działanie FFP. Jeżeli to będzie wielki klub i zacznie się lobbing innych, to wtedy będzie to spory test na materializację tego prawa.

Jak w realiach FFP wygląda sytuacja skautingu?

Skauting to przede wszystkim relatywnie niskie koszty. Najlepsze kluby na świecie wydają 2 miliony euro na skauting, jak np. Sevilla, natomiast to jest bardzo mało w porównaniu z ich budżetem. Za to mogą się zwiększyć wpływy ze sprzedaży zawodnika, albo zmniejszą się wydatki, bo nie kupi się słabego piłkarza. Skauting jest narzędziem do oszczędzania i łatwiej w tych regułach FFP się zmieścić.

W publicystyce piłkarskiej coraz większą wagę przywiązuje się do suchych statystyk, np. mamy procent celnych podań. Czy to zmienia również skauting, mógłby to być czynnik decydujący?

Te dane są coraz szerzej dostępne, więc biorąc to pod uwagę, to można na tym łatwiej się oprzeć, jest też bardzo proste do opanowania. Mając procent celnych podań możemy się dowiedzieć, jak dużo dany zawodnik widzi, jak operuje piłką. Ja będę się upierał przy tym, że w profesjonalnych klubach jest to czynnik wspierający, natomiast nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobi transferu na podstawie suchych statystyk. Liczby kłamią. Przykładowo środkowy obrońca zazwyczaj zagrywa celnie, a z obserwacji wynika, że te podania są troszeczkę do tyłu, czyli zawodnik, który dostaje to podanie, musi się odrobinę cofnąć i traci czas, co nijak nie będzie ujęte w statystyce. Mamy rozróżnienie na podania: do przodu, do tyłu, w bok, ale w przypadku podań do przodu na żywo dostrzeżemy podania na dobieg, "na zapalenie płuc", a jest też podanie do przodu niewystarczająco dynamiczne. Statystyka tego nie odczyta.
Do tego jeszcze weźmy pod uwagę np. rajdy z piłką obrońcy. Czasem obrońca wybiega z linii, podaje albo strzela celnie i to fajnie wygląda w statystykach. Kiedyś z szefem skautów z WBA oglądałem Manuela Arboledę i on zanotował kilka takich rajdów i trzeba było wziąć pod uwagę kilka elementów: czy robi to zgodnie z wolą trenera, czy zapewnia mu się należytą asekurację, czy potem wraca i jak to robi, a także czy nie jest to za duże ryzyko. Nie są to rzeczy, które wynikają ze statystyk, nie da się tego odczytać. Są tworzone różne indeksy piłkarzy, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że to może być tylko pomocnicze.

Czyli na „Moneyball” w piłce nie ma co liczyć?

To też jest tak, że ja wokół tego Moneyball krążę od jakiegoś czasu i zadaję sobie pytanie, jak to można przenieść na piłkarski grunt. Nikt nie znalazł jakiegoś złotego środka, choć wielu ludzi to badało. Inna sprawa i trzeba sobie zdawać z tego sprawę, że Amerykanie tych statystyk w baseballu mają znacznie więcej, bo ten sport jest bardziej statyczną grą. Natomiast wierzę, że ktoś kiedyś wpadnie na coś, co będzie miało sens.

I teraz na koniec: jaki był według Ciebie najlepszy transfer w ostatnim czasie w Polsce, czy w Europie?

Mogę powiedzieć o transferze, który bardzo mnie zaskoczył in plus - Mascherano do Barcelony. Nie sądziłem, że taki zawodnik może Barcelonie dać tak wiele. To jest piłkarz, który jeden sezon prawie sam może nie wygrał, a uratował. Zaskoczyło mnie to, jak wielki miał wpływ na zespół.
Jeśli chodzi o Polskę, to wielką wartość dla Lechii miał Traore, nie będę tego negował, choć trzeba przyznać, że miewał lepsze i gorsze rundy. Teraz jestem bardzo ciekawy, jak rozwinie się Pawłowski i jak rozwiązana będzie kwestia jego przynależności klubowej. Jeżeli będzie piłkarzem Widzewa, to z punktu widzenia łodzian jest to majstersztyk, choć nie był to piłkarz, który jakoś się wyróżniał w pierwszej lidze. Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook