Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 18 listopada 2013

Polski futbol bez emocji

fot. goal.com
Może nie być umiejętności, może brakować talentu, może nawet i inteligencji, ale koniec końców najważniejsze są chęci. W dyskusjach, które przecież nie były efektem wyłącznie porażki ze Słowacją, kolejnym kompromitującym momentem na futbolowej scenie międzynarodowej, przewija się motyw trzymania dzieci na podwórkach, zamiast przed monitorami, licząc, że poszerzy to pole do selekcji. Ale nie tylko o to trzeba się dziś martwić.

Bo to nie jest wyłącznie kwestia masowego szkolenia młodzieży. Biorąc pod uwagę system musimy pamiętać o trenerach i ich umiejętnościach, dostępności boisk, rekrutacji i selekcji, sprzęcie, nakładach finansowych, poszerzaniu wiedzy tych szkolących adeptów, przechodzeniu przez kolejne poziomy i tak dalej... To skomplikowana droga i, myśląc o tym poważniej, trochę żal się robi tych aspirujących i marzących o wielkiej karierze dzieciaków, którymi przecież sami na jakimś etapie dorastania byliśmy czy wciąż jesteśmy. Żal, bo w przypadku Polski ta droga to bardziej leśny trakt, wąska ścieżka, pełen dziur, kałuż, pułapek błotnych i wystających korzeni. Nic dziwnego, że tak wielu się potyka.

W dyskusji wywołanej poniekąd emocjonalną reakcją Czesława Michniewicza (teza: "gdzie są te podwórkowe boiska i ich bohaterowie?") oraz felietonem Krzysztofa Stanowskiego w sobotnim wydaniu "Przeglądu Sportowego" (teza: "mierna jakość niestety wynika z nikłej ilości") zabrakło (lub został on poruszony w niewystarczający sposób) aspektu inspiracji, serca do gry. Niekoniecznie zaangażowania w trakcie dziewięćdziesięciu minut meczu, które to dawno temu stało się nudnym banałem nadużywanym w celu bicia po głowie nieudolnych piłkarzy.

- Oczywiście mógłbym syna posłać do szkółki piłkarskiej i nie wykluczam, że tak zrobię - pisał Stanowski - Jeśli chłopak będzie miał na to ochotę i wykaże chociaż minimum zapału.

I chociaż z tezą należy się zgodzić to ten argument mnie nie przekonuje. Minimum zapału? Ochota? Wystarczyły mi dwa lata spędzone na szkoleniu młodzików w lokalnym klubie, by przez mój zespół przewinęło się ponad trzydziestu adeptów z których obecnie uzbierała się grupa kilkunastu chłopców. Może nie świadczy to dobrze o mnie jako trenerze, ale zauważam i rozróżniam ważną rzecz - ci co się nie utrzymali wciąż grają na położonym blisko tartanowym (tartanowym!) boisku ze swoimi kolegami. Ale oni poszli na łatwiznę. Ja z kolei podziwiam pasję tych co zostali i to nie tylko przez wzgląd na to, że to ze mną muszą wytrzymywać. Oni przychodzą wcześniej, kopią i rozmawiają, są gdy pada deszcz, jest zimno, a lepszy i starszy rywal na pewno ich rozjedzie. Są co tydzień. Jasne, będą łzy i siniaki, ale po niektórych już widzę, że nawet mimo smutku oni po prostu ten futbol kochają - poświęcając się bardziej, niż ci co zostali na podwórkach.

Oni chcą podnosić swoje umiejętności, oddając się tej grze, zabawie częściej niż mają na to okazje w klubie - zresztą na tym boisku bywają znacznie częściej niż tylko przy okazji treningów. Chociaż jako trener muszę pamiętać o dziesiątkach aspektów ich szkolenia - technice biegania, piłkarskiej, podejmowaniu decyzji itd. - to prawdopodobnie najważniejszym zadaniem (wyzwaniem) jest utrzymanie w nich tej pasji do futbolu. I to także na tym polu tak wielu wyżej usytuowanych trenerów mocno zawodzi.

Oczywiście nie jestem naiwny i doskonale rozumiem, że tam wysoko to jest biznes oparty na wynikach, a nie uwarunkowany tym, czy Daniel Łukasik jeszcze kocha grać w piłkę. Nawet nie chcę kwestionować jego pasji, dyskutować czy to styl życia, czy po prostu sposób na zarobienie na godziwe życie w kraju z przeciętnymi perspektywami dla młodych ludzi. Jednak fakt, że zawodowy, utalentowany piłkarz, chłopak, który przeszedł przez te wszystkie szczeble szkolenia, nie ma ochoty zostać po treningu i postrzelać do bramki nie tyle dla własnych umiejętności, co czystej frajdy jest załamujący.

Nie tyle jego głupotę czy jej brak, prawdziwość w stwierdzeniu, że potrzeba mu bramkarza (bzdura!), albo niechęć trenera Legii do pomysłu jego piłkarzy na dodatkowe obciążenia w środku trudnego sezonu, ale przez porażkę całego systemu szkolenia. Polski futbol do tej pory obrośnięty jest różnego rodzaju brudem, który na pewno wielu od tego sportu odgonił, a w wielu wypadkach tylko wyłącznie inspiracje napływające z innych krajów przez TV utrzymały dzieciaki przy piłce. Jednak gdy naczelny produkt najlepszej akademii w Ekstraklasie markotnieje na myśl dodatkowych dwudziestu kopnięć w stronę koszulki rozwieszonej w okienku bramki to znaczy, że nawet jeśli taktycznie, technicznie i fizycznie został on odpowiednio przygotowany, to ktoś i tak zdołał zgasić w nim ten za młodu rozpalony ogień.

Ostatnio na Twitterze Tor-Kristian Karlsen, scout, dyrektor sportowy m.in. Monaco oraz felietonista "Guardiana" zdradził, że jeden z zagranicznych piłkarzy z Premier League był na tyle załamany poziomem i trudnością treningów, że dla własnego dobra trenuje w pobliskim parku. Czy to Mesut Ozil czy Marko Arnautović - temu delikwentowi wciąż się chce. Można się śmiać z setek tysięcy amatorów, że kopią piłkę na żenującym poziomie i nie powinni się wypowiadać na temat w nią grających na poważnie (bzdura!), ale w większości przypadków ich poświęcenia mogą świadczyć o większej pasji do futbolu niż tych z najwyższego szczebla rozgrywek. Tego rachunku sumienia każdy musi dokonać sam.

Stąd nikomu nie chcę tego ognia zabierać, ani nikomu nie będę go przyznawał. Jednak po części uważam, że problem nie leży wyłącznie w tym z jakiej puli przeprowadzana jest selekcja do polskiego zawodowego futbolu, ani w zabudowywaniu podwórkowych boisk kolejnymi marketami czy blokami. Jeśli dziecko ma w sobie pasję, która jest pielęgnowana przez jego rodziców i trenerów, to samo będzie chciało pokonać każdą przeszkodę - równie mocno w wieku dwunastu, jak i dwudziestu dwóch czy trzydziestu pięciu lat. Spytajcie Paula Scholesa, który do futbolu wrócił po kilku miesiącach bez grania. On nie zrobił tego dla kasy.

Albo spójrzcie na Roberta Lewandowskiego i jego karierę. Po brutalnym odrzuceniu z Legii i tragedii w rodzinie on tylko w futbolu odnajdywał radość. Wypłynął w Zniczu nie tylko przez to, że ma wielki talent, trener na niego stawiał, a koledzy mu piłkę wystawiali - przede wszystkim jemu to sprawiało radość, żadna rzucona przez Mirosława Trzeciaka kłoda nie podcięła mu nóg. Dopiero teraz - niestety - widzimy, że na kadrę przyjeżdża młody człowiek raczej zasmucony, że będzie musiał przez 90-minutową gehennę przejść. Czasem też przejść w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa.

W szkoleniu popełniamy błędy - ja, Czesław Michniewicz, lepsi, gorsi czy przeciętni - ale ostatecznym zarzutem, który powinien świadczyć o trenerze jest to, czy nawet w 32-letnim piłkarzu z dwójką dzieci i emeryturą w perspektywie potrafi się rozpalić ogień. Nie okazjonalną gadką przedmeczową w stylu Ala Pacino z "Any Given Sunday", ale każdym treningiem, dniem zgrupowania, turniejem czy najbanalniejszą rozmową.

I analogicznie - na boisku każdy popełnia błędy, czy Daniel Łukasik, czy Cristiano Ronaldo. Jednak ostatecznym zarzutem, który powinien świadczyć o piłkarzu jest ten o sercu do gry. Nie odzwierciedlonym w wysiłku meczowym czy treningowym, ale pasji do tego sportu, chęci pokonywania przeszkód dla samej gry. Nawet ten Benoit Assou-Ekotto, który mówi, że zawodowy futbol go nie interesuje i jest tylko sposobem do zarabiania pieniędzy przyznaje, że gdyby miał wybór, to kopałby w piłkę z kolegami. On by tego nie rzucił, bo to jest silniejsze od niego. Od nas. Od Łukasika pewnie też, pomimo tej (oby) chwilowej słabości.

Jako osoba, która do futbolu podchodzi pragmatycznie, analitycznie i statystycznie, nigdy nie pozwalam sobie zapomnieć o emocjach. Są różne argumenty na temat ostatnich wydarzeń w rodzimym futbolu, wiele jest punktów widzenia i siedzenia, niektórzy gadają rzeczy mądre, inni kompletnie od rzeczy, a aspektów polskiej tragedii i piekiełka przewija się tysiące. Jednak znakomitej większości nie zarzucę, że ich to nie obchodzi, czy mają to w głębokim poważaniu, nawet jeśli gwiżdżą, buczą i wyklinają na lub kpią z piłkarzy.

Lecz kilkoma w kompletnie nieprzemyślany sposób wypowiedzianymi słowami Daniel Łukasik być może zasygnalizował problem, który od podstawy piłkarskiej piramidy mógł dotrzeć na sam jej szczyt. Nie byłby on pierwszym, nie jest i ostatnim, a może i jest to po prostu wrażenie fałszywe, ale przybywa nam kolejny problem do zmartwień i dyskusji. My już nie tylko wychowujemy od początku do końca nikły odsetek z potencjalnych piłkarzy, nie tylko zamykamy im boiska, nie tylko nie dajemy szansy zatrudniając tanich obcokrajowców, lecz jeszcze po drodze gasimy w nich ten ogień. Czas więc na wzmożoną czujność, bo obojętność i syndrom wzruszania ramionami potrafi szybko zarażać. Najwyraźniej lepiej niż to potrafimy pasją do futbolu - nie dziwmy się więc, że ten w naszym wydaniu jest coraz bardziej pozbawiony pozytywnych emocji.

A wkrótce, kto wie, może jakichkolwiek? Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook