Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 10 czerwca 2013

Polska piłka pod kreską

fot. goal.com
Rok po Euro 2012 możemy śmiało stwierdzić, że jeżeli zorganizować imprezę potrafimy perfekcyjnie, to sportowo wciąż kulejemy. Nie dotyczy to tylko pierwszej reprezentacji, ale również kadr młodzieżowych. Zaplecze mamy wspaniałe, a jednak nie potrafimy z tego umiejętnie korzystać. O co tu właściwie chodzi?

Ostrożnie z pucharami

Ekstraklasa się skończyła i w następnym sezonie w rozgrywkach europejskich będą nas reprezentować: Legia Warszawa (Liga Mistrzów), Lech Poznań, Śląsk Wrocław i Piast Gliwice (Liga Europy). Jednak nie oszukujmy, wszystkie drużyny nie awansują do fazy głównej. Statystki są dla nas brutalne. W kwalifikacjach do Ligi Mistrzów nasze drużyny brały udział 21 razy. Do fazy grupowej udało się awansować tylko Legii Warszawa (1995/1996) i Widzewowi Łódź (1996/1997). Wszyscy życzymy Legii awansu do tych elitarnych rozgrywek, jednak fakt jest taki, że od ostatnich gier polskiej drużyny w fazie grupowej tych rozgrywek mija 16 lat.

Od powstania Ligi Europy w 2009 roku polskie drużyny 16 razy próbowały dostać się do fazy grupowej. Wśród tych drużyn były Lech Poznań (4 próby), Legia Warszawa (3), Wisła Kraków (2), Ruch Chorzów (2), Śląsk Wrocław (2), Jagiellonia Białystok (2) i Polonia Warszawa (1). Do fazy grupowej udało się awansować 3 razy, a tego zaszczytu dostąpiły Lech, Legia i Wisła. Wyraźnie widać, że nowicjusze startujący w pucharach nie potrafią przebrnąć przez fazę eliminacyjną. Niestety radość po wywalczeniu miejsca premiowanego grą w Europie często zderza z brutalną rzeczywistością.

Chimeryczne reprezentacje

Hasło: „Polacy nic się nie stało” śpiewane na stadionach po porażkach nabiera teraz zupełnie innego znaczenia. Ostatnio kadra gra tak słabo, że to hasło (nie licząc rywali pokroju San Marino) powinno być intonowane po niemal każdym meczu. Minimalizm wkradł się w naszą mentalność i teraz jesteśmy skazani na cieszenie z takich „sukcesów”, jak celne dośrodkowanie czy równie celny strzał na bramkę. Jest to tym bardziej frustrujące, gdyż indywidualnie nasi piłkarze w klubach radzą sobie całkiem nieźle, ale tworząc monolit kompletnie się nie mogą zgrać.

Na Euro 2012 mieliśmy wszystko podane na tacy. Rzeczywistość znowu nas potraktowała brutalnie i piłkarze, prezentujący wysoki poziom w klubach, po prostu nie sprostali zadaniu. I podobnie jak w czasie mundialu 2002, gdzie piłkarze zajmowali się reklamami zupek instant, 10 lat później w czasie Euro w Polsce mieliśmy aferę biletową. Kuriozalna sytuacja, że w czasie taki wielkich imprez, gdzie powinniśmy być skupieni tylko i wyłącznie na wynikach piłkarskich, wybuchają problemy niezwiązane bezpośrednio z wydarzeniami boiskowymi.

Minął właśnie jeden z czarniejszych tygodni polskich reprezentacji. Kadra U19, grając turniej eliminacyjny na Wybrzeżu, po porażkach z Hiszpanią (0:1) i Chorwacją (0:2), w słabym stylu żegna się z marzeniami o awansie do elity. Styl gry reprezentacji Marcina Sasala pozostawia wiele do życzenia i ciekawe, czy zdoła ona się pokazać z lepszej strony w ostatnim meczu z Grecją (10.06). Wschodzące gwiazdy nie spełniły swojego zadania, ale też ciężko na ich barkach stawiać całą reprezentację. Mariusz Stępiński zdołał udźwignąć ciężaru, bo po prostu nie mógł w pojedynkę zmienić obrazu gry całej drużyny. Niepokojące jest, że również w ekipie dziewiętnastolatków, gdzie siłą powinna być drużyna, mówimy wciąż o pojedynczych graczach, w nich pokładając nadzieję.

Podobnie rzecz ma się z kadrą U21, która gra eliminację do mistrzostw Europy. Przykry jest fakt, że z takim rywalem jak Malta czekaliśmy na bramkę do 85. minuty. Zwycięstwo powinno przyjść w sposób naturalny, jednak widać było ewidentnie brak zgrania w drużynie i nawet rywal takiej klasy potrafi wybić naszą drużynę z właściwego i pożądanego rytmu gry.

O spotkaniu pierwszej reprezentacji z Mołdawią (1:1) napisano już wiele. Grzegorz Krychowiak mówi, że atmosfera w kadrze nie jest najlepsza. Ciężko jednak o inną wszak, Polacy się „przełamali” i stracili punkty z tym rywalem po raz pierwszy w historii pięciu spotkań. Waldemar Fornalik wyznał, że był zaskoczony tym, że mieliśmy aż tyle sytuacji do zdobycia bramki. Jak widać nie potrafimy wykorzystać nawet takich niespodzianek. A w oczy raziła nieregularność współpracy pomiędzy naszymi topowymi piłkarzami. Zbigniew Boniek przed meczem stwierdził, że nie wyobraża sobie straty punktów z tym rywalem. Powiedział też, że rozmawiał z Waldemarem Fornalikiem przez półtorej godziny. Podobno prezes postawił nawet selekcjonerowi ultimatum. Teraz jednak twierdzi, że będzie się przyglądał, jak trener wytrzyma presję i da mu szansę na dokończenie eliminacji.

Co teraz będzie?

Kolejne stracone szanse pucharowe naszych drużyn, kolejne przyśpiewki „nic się nie stało”, kolejne mecze kadr młodzieżowych bez postępu. Tak obecnie wygląda nasza rzeczywistość. Wydawałoby się, że po zmianie prezesa sytuacja się nieco zmieni. Jednak to była na razie mrzonka, bo zmiana lekarza nie uleczyła choroby. Jeżeli na „górze” we władzach związku panuje sytuacja w miarę przejrzysta, to w lokalnych, niektórych związkach piłkarskich wciąż jest nieustabilizowana. Poszczególne funkcje sprawują ludzie, którzy parę lat temu dostali się w ich struktury na niekoniecznie jasnych zasadach i tkwią w nich po dzień dzisiejszy.

Naprawiając kadrę A, trzeba zacząć od podstaw, od drużyn młodzieżowych, zaglądając do struktur wszystkich organów zarządzających polską piłką. Nie chodzi tu o właściwych trenerów, bo czasem wyniki nie są zależne tylko od nich. Ważny jest komfort pracy, granie w otwarte karty na jasnych zasadach. infrastrukturę mamy obecnie na bardzo wysokim poziomie. A ironia tkwi w tym, że lepsze rezultaty osiągaliśmy, gdy idealne boiska były mniej powszechne, a kibice siedzieli na ławkach, zamiast plastikowych krzesełek. Taki stadiony, jak Narodowy w Chorzowie czy stary, usypany stadion Lecha z jupiterami z odchodzącą farbą, budzą u mnie - a pewnie nie tylko u mnie - duży sentyment.

Należy również kontrolować piłkę klubową, żeby tacy ludzie, jak Ireneusz Król nie mieli prawa wstępu do polskiej piłki. Dość również z tworami, które po zdobyciu sukcesów (Dyskobolia Groclin Grodzisk Wlkp.) są zwijane przez właścicieli (Zbigniew Drzymałą), a licencje odsprzedawane.

Sytuacja w polskiej piłce jest niezdrowa. Chociaż zjawisko korupcji zostało na razie wyplenione, to i tak dosięgają nas inne problemy, czysto sportowe. Szukanie winnych takiej sytuacji jest obecnie bez sensu, bo jednego winnego nie ma. Trzeba po prostu robić swoje. Działacze mają działać, trenerzy trenować, a piłkarze grać. Recepta jest prosta do bólu, ale na razie zostaje nam sam ból.

Przy obecnym stanie rzeczy na największy sukces polskiej piłki zaczyna wyglądać przyznanie Warszawie finału Ligi Europy. To swoisty paradoks - kraj, który od wielu lat nie potrafi zorganizować systemowego szkolenia, staje się mistrzem w organizacji imprez. Szkoda tylko, że teraz nasi piłkarze będą musieli prosić o bilety również dla siebie - bo dziś sportowo na żadną nie są w stanie się zakwalifikować. Radosław Patkowski
comments powered by Disqus
facebook