Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 17 listopada 2013

"Piłkarze winni!"
orzekł Twitter

fot. bialoczerwoni.com
Polski twitter wczoraj wrzał po wypowiedziach Mateusza Klicha i Jarosława Fojuta. Czy faktycznie obydwaj panowie nie popisali się? Czy faktycznie kibice mają prawo gwizdać na reprezentację i czy to piłkarze są winni porażek reprezentacji?

Śledziłem dyskusje obydwu piłkarzy z kibicami z narastającym zainteresowaniem, ale i pewnym poczuciem zażenowania. Bicie piany - oto, co mi przychodziło do głowy. Rozmowy nikomu niepotrzebne i nie prowadzące do żadnego konkretnego działania. Rzecz jasna, już pojawiają się teksty broniące obydwu piłkarzy. W jednym z nich znalazłem sformułowanie, że "kibic ma prawo być niezadowolony, ale kadra narodowa to dobro wspólne i gwizdanie na jej meczu to obciach". Bzdura. Nie o to chodzi.

Mateusz Klich stwierdził, że po takim meczu należałoby wydać 40000 zakazów stadionowych. Palnął głupotę, bo kibic ma prawo zarówno klaskać, jak i gwizdać. To nie ulega wątpliwości. Tym bardziej, że od lat walczyliśmy, by na meczach reprezentacji byli ludzie, którzy oglądają mecz, a nie prowadzą doping. Ale rozumiem, o co chodziło w tej (niestety bardzo emocjonalnej) wypowiedzi. Polska reprezentacja jako zespół ma (oprócz oczywistych braków technicznych) spory problem mentalny - o ile zwycięstwa budują atmosferę i poprawiają pewność siebie, o tyle porażki ją obniżają. A pewność siebie to jeden z kluczowych czynników odpowiadających za wygrywanie. W obecnej sytuacji ciężko o przełamanie, a zachowanie kibiców z pewnością nie pomoże.

Poza tym, ocenianie meczów po ich końcowym wyniku nijak się ma do faktycznej jakości zespołu. Mecz z Danią jest gremialnie oceniany bardzo dobrze, tymczasem wtedy rozegraliśmy fatalną pierwszą połowę i tylko przez kawałek drugiej prezentowaliśmy się przyzwoicie. Co prawda udało się tę formę pokazać jeszcze w meczu z Czarnogórą, ale na tym się skończyło. Natomiast mecz ze Słowacją wydaje się niemal tragedią, podczas gdy gra była w dużej mierze podobna. Tym bardziej, że zabrakło Klicha, który, swoją drogą, był jednym z elementów, które poprawiły grę w dwóch wspomnianych spotkaniach.

Powtarzającym się argumentem jest hasło o "braku zaangażowania". Jest wyjątkowo głupie i niesamowicie sztampowe. W każdym meczu jeden piłkarz będzie bardziej zmotywowany, inny gorzej, jednemu będzie się bardziej chciało, innego ktoś na początku kopnie w kostkę (Stoch nadepnął Mierzejewskiego podczas wślizgu tego drugiego) i będzie mu się mniej chciało. Ale czy to brak zaangażowania powoduje, że piłkarzom piłka odskakuje na dwa metry, a obrońca gubi napastnika? Czy mistrzami świata i Europy są ci, którzy wykonywali najwięcej wślizgów? Nie, są nimi ci, którzy najlepiej grali w piłkę (Grecja to odosobniony przypadek).

Innym standardowym hasłem jest: "należy wywalić gwiazdeczki i wziąć młodych chłopaków z Ekstraklasy albo 1. ligi". Myślę, że ten przypadek nie wymaga objaśniania, występ Olkowskiego czy Kamińskiego powinien dać do myślenia.

Ostatnio pojawiło się też zdanie: "a w Bośni to jakie mają warunki do uprawiania sportu?". Cóż, jak my w 2001 roku wygrywaliśmy grupę eliminacyjną, to Bośnia skończyła na przedostatnim miejscu w 5-zespołowej grupie. Można powiedzieć, że zamieniliśmy się rolami.

Do moich ulubionych wyrażeń należy "jak to możliwe, żeby w 40-milionowym kraju nie było 11 porządnych piłkarzy?". Tutaj z pomocą przychodzi wikipedia. W Polsce liczba zarejestrowanych piłkarzy wynosi 934 tysiące, w Holandii 1 mln 260 tysięcy, w Niemczech 3 mln 587 tysięcy. Czy trzeba coś dodawać?

Tym sposobem przechodzimy do wypowiedzi Jarka Fojuta, która była równie oburzająca dla części kibiców. Zawodnik norweskiego Tromso stwierdził, że to nie piłkarze są winni obecnej sytuacji. Z miejsca pojawiły się oburzone protesty, porównywanie do księży, którzy nie są winni pedofilii, a co gorsza, wypominanie Fojutowi, że właśnie spadł ze swoim zespołem do drugiej ligi (ciekawe, jak nisko w oczach polskiego kibica musi być Harry Redknapp, który wiosną spadł do drugiej ligi z QPR). Oczywiście, zrzucanie winy na innych należy do polskiej specjalności, ale mimo wszystko nie wydaje mi się, by o to chodziło Fojutowi, tym bardziej, że na reprezentację patrzy z boku. Warto jednak przypomnieć parę sytuacji. Gdy dobrych kilka lat temu Rafał Stec z Gazety Wyborczej porównywał polskich piłkarzy do serbskich, z ogromną korzyścią dla tych drugich, Jerzy Engel przekonywał, że to nieprawda i że polscy piłkarze są równie dobrze wyszkoleni. Gdy za kadencji Laty Antoni Piechniczek podczas wywiadu był spytany o coś podobnego, przekonywał, że polscy zawodnicy są bardzo dobrzy, a najlepszym dowodem jest to, że Józef Młynarczyk trafił do Porto, a Zbigniew Boniek do Juventusu. Najwyraźniej polscy kibice święcie wierzą tym panom - a potem dziwią się, że przegrywamy ze Słowacją, a Legia z Apollonem Limassol.

Nie rozumiem też, czemu to Lewandowski i Błaszczykowski są najbardziej winni. Co z tymi, którzy byli uznawani za wybitnie utalentowanych, a potem zakończyli karierę przed trzydziestką, rozegrali całą karierę w Ekstraklasie bez większych sukcesów lub też nawet do niej nie trafili, nie mówiąc o graniu dla reprezentacji? Czemu za winnych uznajemy tych, którzy osiągnęli to minimum przyzwoitości? Odpowiedź jest prosta - bo grają obecnie w reprezentacji, a ona przegrywa. Podobnie skończył Krzysztof Warzycha, w Grecji szanowany o wiele bardziej niż w Polsce. Absurd.

Każdy piłkarz może być winny za konkretne spotkanie, w którym grał, i kibic ma święte prawo na niego gwizdać i narzekać. Ale w naszym przypadku problem jest znacznie poważniejszy i nie sprowadza się do tego, czy ktoś pobiegł w dobrą czy w złą stronę. Poza tym, jeśli to zawodnicy są winni, to rozwiązanie wydaje się proste: należy ich odstawić i wziąć nowych. Tak zrobił Nawałka, choćby na pozycjach w obronie. Pomogło?

Jednostkowe sukcesy polskich zespołów są bardziej dziełem przypadku oraz szczególnego wysiłku ze strony całego zespołu (czyli piłkarzy, trenerów i działaczy). Trudno uznać je za efekt dobrego funkcjonowania systemu szkolenia, a tak naprawdę na tym opierają się wszystkie przypadki poprawy poziomu gry. Nie porównujmy się do Brazylii, gdzie cudowni chłopcy rodzą się na plażach (a potem czasem trafiają do Europy i nie umieją najprostszych rzeczy, jak w przypadku Robinho). Nie porównujmy się do Francji, gdzie krytyka reprezentacji jest na podobnym poziomie, ale jednak od naszych sukcesów (które nie były w dodatku mistrzostwem świata i Europy) minęło znacznie więcej lat. Porównujmy się do Szkocji lub Austrii. Tam jest nasze miejsce.

A co każdy z nas może zrobić, by tę sytuację poprawić? Posłać syna do szkółki piłkarskiej, niech tworzy nową rzeczywistość i zdobywa świat. Jemu z pewnością nie zabraknie zaangażowania. Nie zapomnijmy tylko zapowiedzieć mu, że za każdy mecz bez dwóch goli na koncie czeka go lanie, żeby był właściwie zmotywowany i walczył jak trzeba. Tylko czy starczy nam dzieci?

PS. Swoją drogą, sytuacja Polski przypomina odrobinę tę z Francji, a sytuacja Lewandowskiego przypomina tę Benzemy. Obydwaj są krytykowani przez kibiców reprezentacji za mniej więcej to samo (słaba skuteczność, gra zbyt daleko od bramki, gwiazdorzenie i brak zaangażowania), obydwaj grają w klubie dobrze (Benzema) lub znakomicie (Lewandowski). A czy Podolski w Bayernie grał równie dobrze jak w reprezentacji? Tę wyliczankę można by jeszcze pociągnąć...

PS2. Piłkarze są jak najbardziej winni w kontekście, o którym Jarek Fojut zapewne nie myślał, a niestety jest on wszechobecny. W rozmowie z serwisem Legia Net Daniel Łukasik tłumaczy, dlaczego nie trenuje indywidualnie rzutów wolnych: - Może warto byłoby dorzucić do swojego warsztatu dodatkowy atut w postaci rzutów wolnych bezpośrednich? - pyta dziennikarz. - Pewnie, że byłoby warto, ale nie zawsze da się zostać po zajęciach i poćwiczyć. Kiedy mamy mecze co trzy dni, to trener woli byśmy szybko zeszli do szatni i odpoczęli. - Dlaczego w Legii nie ma obecnie zwyczaju zostawania po treningach i wielokrotnego ćwiczenia uderzeń na bramkę tak, jak kiedyś robił to wirtuoz w tym elemencie Leszek Pisz? - Trudno mi powiedzieć... Po części pewnie z tego powodu, o którym wspomniałem, a po części pewnie brakuje nam chęci, by znaleźć bramkarza, zgadać się i razem popracować - mówi Łukasik. Jak widać, nie kończą się starania, by bronienie polskich piłkarzy było syzyfową pracą. Dawid Jankowiak
comments powered by Disqus
facebook