Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 15 maja 2013

Piłkarz na łasce Pana

fot. marca.com
Należy do młodzieżowej grupy "Szaleni dla Jezusa", ale tym razem o jego losie zadecyduje przywódca nie religijny, a finansowy. Radamel Falcao, choć jako dziecko marzył o grze dla Realu Madryt, oddalił się od transferu do "Królewskich". Popychany przez fundusz inwestycyjny mierzy w inną koronę i zapewne zostanie "księciem Monako".

Nie spotkałem jeszcze osoby, która na wieść o tym transferze nie popukałaby się w czoło. Powstaje pytanie, o co tu chodzi? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to podobno zwykle chodzi o pieniądze. Bzdura. Kevin Spacey, jako senator Francis Underwood, w jednym z odcinków serialu "House of Cards", przekonuje w narratorskim wywodzie - Pieniądze to podmiejska willa w Sarasocie, która zaczyna się rozpadać po 10 latach. Władza jest starym, kamiennym budynkiem, który stoi przez całe wieki. Nie umiem szanować kogoś,kto nie dostrzega tej różnicy. Wedle powyższej definicji na szacunek serialowego lwa rządowych gabinetów nie zasługuje spora liczba europejskich klubów.

Jeśli ktoś dalej uważa transfer snajpera Atletico za niemożliwy, to przypomnę inną nieprawdopodobną wizję, która stała się faktem, a z kazusem Kolumbijczyka jest powiązana - utrzymanie w lidze Realu Saragossa w sezonie 2011/2012. Sprawa tak podejrzana, że do dziś przez wielu tłumaczona zabiegami korupcyjnymi. Nim te zarzuty znajdą swoje potwierdzenie, minie trochę czasu. Całkiem jasne jest natomiast to, w jaki sposób nieposiadająca środków (za to posiadająca długi) drużyna z Aragonii skompletowała kadrę na walkę o byt w La Liga, sprowadzając m.in Roberto Jiméneza, Juana Carlosa czy Rubena Micaela. Historie El Tigre i Los Blanquillos łączą się w punkcie tzw. TPO (third party ownership), czyli w temacie piłkarzy będących własnością osoby trzeciej.

Wykorzystywanie tej instytucji w futbolu to nic innego, jak efekt luki w regulacjach FIFA, która przekonuje, że stara się walczyć z nadużyciami na rynku transferowym, a w praktyce zdarza jej się takowym służyć. Kazuistyka przypadku jest bogata (choćby sprawa Teveza i Mascherano), lokalnie problem jest identyfikowany i gdzieniegdzie (Francja, Anglia) walczy się z nim. Jednak w innych rejonach, jak np. w Portugalii, cały piłkarski biznes kręci się na tym procederze.

W najprostszej formie całość stosunku wygląda tak: owa osoba trzecia (inwestor prywatny lub firma) pełni rolę dobrego wujka, który zgłasza się z pomocą do klubu, który bardzo chce, ale nie bardzo może. Taka dobroduszność w stylu Providentu. Podmiot zewnętrzny partycypuje w kosztach sprowadzenia zawodnika do klubu, czasem (jak w np. w przypadku wspomnianego Roberto Jiméneza) pokrywając lwią część transakcji, w zamian zyskując na własność odpowiadający poczynionemu wkładowi procent praw do piłkarza.

"Obdarowany" klub zyskuje dobro doczesne. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, tanim kosztem otrzymuje prawo użytkowania danego produktu (piłkarza). Wygląda to na papierze nieźle, ale w praktyce jest to ta underwoodowska willa w Sarasocie, czyli zysk ekonomiczny. Trwały, stary budynek, czyli faktyczna władza nad losami piłkarza (który tak nawiasem, wikłając się w taki układ skazuje się na przedmiotowe traktowanie) wędruje do rąk sponsora transakcji, który na każdym następnym transferze zyskuje swego rodzaju prowizję i, co ważniejsze, o każdym takim ruchu zawodnika decyduje. Co naturalne, niekoniecznie kierując się jego dobrem w takim stopniu, jak dobrem własnym.

I jesteśmy już prawie w domu. Falcao w tę, bądź co bądź przykrą intrygę, uwikłał się w czasie, gdy jeszcze nie mierzył tak wysoko, a atrakcyjną wydawała mu się gra dla Porto. Jego przybycie na Półwysep Iberyjski w około 50% zasponsorowała firma Doyen Sports, za którą stoi m.in. znany agent piłkarski Jorge Mendes. Ta sama firma własnymi siłami wypchnęła go do madryckiego Atletico. Jakim cudem bowiem klub, który urządowi skarbowemu krewny jest około 200 mln euro, płaci nagle mniej więcej 1/5 tej sumy za zawodnika? W rzeczywistości dla Los Colchoneros ciężar tego transferu wyniósł 18 mln euro, co więcej, płatne w dwóch ratach, z pokryciem których klub Enrique Cerezo i tak miał problem. Ale prezydent klubu dalej robił dobrą minę do złej gry i przekonywał środowisko, że są wyłącznym właścicielem El Tigre.

Nadszedł jednak czas, w którym drużyna znad rzeki Manzanares jest na Falcao za krótka. Formuła pomocy potrzebującym się wyczerpała, Kolumbijczyk stał się gwiazdą i czas nakręcić nowy biznes. Tym razem taki, który przyniesie najbardziej zainteresowanym (Doyen Sports) konkretny zysk. Listę potencjalnych kontrahentów ograniczają nie tylko względy ekonomiczne, czyli wysoka tygodniówka i suma odstępnego, ale także skomplikowana sytuacja prawna byłego zawodnika Porto. To drugie z gry wyklucza angielskie kolosy, dla których negocjacje z osobami trzecimi to grząski grunt.

Na polu bitwy zostaje ostatecznie w zasadzie tylko AS Monaco, hojnie dotowane od niedawna przez Dmitrija Rybołowlewa, a dodatkowo funkcjonujące w podatkowym raju (pytanie, jak długo jeszcze). Mimo sporych pieniędzy jakie kręcą się wokół drużyny, jeśli transfer dojdzie do skutku, Radamel nie zrobi ledwie mikrokroku w przód, jak miało to miejsce w przypadku przejścia do drużyny Rojiblancos - da susa do tyłu. A latka lecą.

Szkoda by było w tym wszystkim samego zawodnika, gdyby nie fakt, że sam na ten cyrograf kiedyś przystał. Są piłkarze, którzy nie myślą w ogóle, są tacy, którym zwoje mózgowe odpalają dopiero, gdy schodzą z boiska, są bestie, który nigdy nie tracą zdrowego rozsądku, a Falcao to taki tragiczny bohater, który na boisku niejednego zadziwi swą błyskotliwością, ale poza nim lekkomyślnie wdepnie w niezły placek. I nie będzie to babcina szarlotka. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook