Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 19 maja 2014

Pierwotny strach taktyczny

foto: slasknet.com
Jego piłkarze wygrywają, drużyna pewnie kroczy do mistrzostwa kraju pomimo niewielkiego utrudnienia stworzonego przez reformę i podział punktów. Jeśli jednak Henning Berg podłapał już trochę języka polskiego i sprawdził, co w telewizji o jego Legii gadają to uśmiech na jego twarzy nie zagości - prędzej wyraz zdziwienia.

Oto w trakcie niedzielnej transmisji z wygranego meczu Legii nad Górnikiem Kazimierz Węgrzyn raz po raz narzekał, że tej Legii brakuje napastnika. Radoviciowi zabrakło centymetrów, by wepchnąć piłkę do siatki z najbliższej odległości? Wina braku napastnika. Kucharczyk zamiast "pod ladę" przyłożył z pięciu metrów w poprzeczkę? Wina braku napastnika. Strzał Dudy został wprawnym wślizgiem zablokowany? Wina braku napastnika.

Gdyby tylko sympatyczny komentator Canal+ był odosobniony to sprawę można by puścić mimo uszu, ale tuż po spotkaniu, już w ligowym studiu Extra to Grzegorz Mielcarski formułował te same uwagi. Punktując zmarnowane sytuacje z meczu Legii w którym strzeliła ona trzy gole, były snajper kręcił głową i wskazywał na brak napastnika. Sa i Saganowski na ławce, Dwaliszwili poza składem, a panoszący się w Ekstraklasie Norweg uparcie trzyma się sześciu pomocników w składzie.

Oczywiście liczby bronią Berga, tabela już bardziej wymowna być nie może, również fakt, że w zdecydowanej większości spotkań gra systemem - ulegnijmy na moment Węgrzynowi i Mielcarskiemu - 4-6-0 się sprawdza i nie sprawia Legii problemów. Sytuacje są stwarzane, gole padają, indywidualnie Duda, Żyro czy Radović również się spełniają. Umiejętna rotacja "czwartym ofensywnym pomocnikiem" - w tych rolach Kucharczyk, Ojamaa czy raczej wyłącznie w teorii (bo zdaje się być ciągle kontuzjowany) Kosecki - i wstawianie do składu napastnika w chwilach najwyższej potrzeby lub całkowitego luzu uczyniły całą Legię drużyną lepszą.

Przede wszystkim - drużyną lepiej funkcjonującą, lepiej przemieszczającą się po boisku, wymieniającą pozycje i przy tym (co jest w Ekstraklasie naprawdę sporym osiągnięciem) rzadko pozwalającą się wciągnąć w chaotyczne wymiany. Owszem, Legia miewa przestoje, chwile spowolnienia, ale te i tak w skali Ekstraklasowej są rzadkie, też nie wpływające tak bardzo na wynik. Po części jest to efekt niemałej przepaści między indywidualnymi umiejętnościami piłkarzy Berga i całą resztą, ale też wynika to z faktu, że Norweg potrafi je najlepiej wykorzystać. Współpraca i wymienność pozycji Dudy z Radoviciem konfunduje obrońców rywali, a skrzydłowi schodzący raz do linii, raz do środka od zawsze byli mocną stroną Legii. Od czasu, gdy gra zespołu nie jest sprowadzana do dośrodkowań Brzyskiego czy Bereszyńskiego na pewnego Gruzina, a szukaniu prostopadłych podań, indywidualnych akcji i angażowaniu środkowych pomocników klub z Warszawy pewniej kroczy do mistrzostwa. Dużo pewniej.

Jeśli więc racjonalne argumenty bronią systemu preferowanego przez Henninga Berga, ciekawszym zagadnieniem wydaje się być powód dla którego gra 4-6-0 ani Węgrzynowi, ani Mielcarskiemu nie leży. Popularni, charakterystyczni i lubiani eksperci oczywiście są sadzani w komentatorskich dziuplach czy telewizyjnych studiach, by z publiką dzielić się własnymi opiniami to jednak skądś ta niechęć musi wynikać. Daleko będąc od krytyki ich piłkarskich karier - wręcz uważając, że obaj ze swoich talentów wycisnęli najwięcej jak się dało - sądzę, że mimo wszystko mają one olbrzymi wpływ na to, jakie wyroki ostatnio wygłaszają.

Kazimierz Węgrzyn był jednym z najtwardziej grających obrońców jakich Ekstraklasa widziała, stoper, którego pełne poświęcenia wślizgi czy interwencje zjednywały sobie sympatię kibiców. Łokciami rozbijał napastników, kontrolował ich lekkimi szarpnięciami za koszulkę, czasem "delikatnym" nadepnięciem lub faulem starał się ich onieśmielić. Węgrzyn był liderem i przede wszystkim takim zawodnikiem, którego zawsze chce się mieć po swojej stronie.

Z kolei Grzegorz Mielcarski był napastnikiem, który walki z takimi obrońcami jak Węgrzyn nie unikał. Co więcej, często wychodził z niej zwycięsko, angażując uwagę defensorów, gdy to koledzy strzelali. On głową strącał dalekie piłki do pomocników, on też był celem dośrodkowań, choć rewelacyjnym snajperem nigdy nie był - ledwie raz w karierze przekraczając w całym sezonie barierę dziesięciu goli.

Krótko mówiąc - Kazimierz Węgrzyn zawsze potrzebował napastnika-rywala z którym mógłby walczyć. Bez niego, grając przeciwko dzisiejszej Legii, byłby zgubiony, nie wiedziałby, czy za Radoviciem podążyć z kryciem, czy może pilnować swojej pozycji. Bez tak wielu okazji do wygrania pojedynków główkowych musiałby ograniczyć się do krzyków i wskazówek, może też faulowania sprytniejszych i zwinniejszych przeciwników niż tych z którymi zwykle miał do czynienia. Także gra w takiej Legii byłaby problemem - komu miałby dostarczać piłki ten obrońca nie słynący nigdy ze świetnego wprowadzenia jej do gry, jak nie wysokiemu napastnikowi?

Z kolei Grzegorz Mielcarski absolutnie może nie rozumieć, jak zespół może nie potrzebować napastnika takiego jak on - wysokiego, silnego, dobrze grającego głową, nawet jeśli nigdy nie najskuteczniejszego. Jemu przecież w karierze trenerzy zawsze wmawiali przydatność liczoną nie w golach, ale wygranych pojedynkach właśnie. Czy Radović lub Duda potrafiliby w tej roli występować? Czy trochę więcej wzrostu w ataku by się całej Legii nie przydało? Tymczasem tak naprawdę Mielcarski-zawodnik w drużynie Berga miałby co najwyżej taką samą rację bytu jak Sa, Dwaliszwili czy Saganowski właśnie - frustrującego i mało mobilnego gościa, który czeka na dośrodkowania (Gruzin), piłkarza grającego głównie tyłem do bramki (Portugalczyk) lub wyłącznie super-rezerwowego bazującego na doświadczeniu (Polak).

Raz jeszcze należy podkreślić - to nie jest zarzut do żadnego z nich. Może nawet jest cień szansy, że nie ma to żadnego wpływu na ich opinie. Jak jednak inaczej tłumaczyć tę niechęć, gdy przecież zarówno Węgrzyn, jak i Mielcarski są obecni razem z nami, gdy oglądamy mecze drużyn, których trenerzy takie same decyzje podejmują, nieraz z pozytywnym skutkiem? Przywołując również krytykę Wojciecha Stawowego, czy nie jest to kolejna oznaka po prostu strachu przed nieznanym?

Henning Berg przecież nie jest innowatorem w tej kwestii - co najwyżej jest pragmatykiem. Zdając sobie sprawę z wieku Saganowskiego, nieprzygotowania Sa czy ograniczeń Dwaliszwiliego on po prostu rezygnuje z mało efektywnych jego zdaniem rozwiązań. Nie ma ochoty "czekać na przełamanie" wybranego z tej trójki napastnika, patrzeć jak bezproduktywnymi godzinami "wchodzi w rytm meczowy", jak, choć jeszcze bez efektu, "stara się i walczy". Po co, gdy są zawodnicy lepsi technicznie, bardziej kreatywni, z podobną skutecznością, znacznie większym wachlarzem zagrań i dający drużynie więcej możliwości?

Węgrzyn z Mielcarskim nie są staną się nagle złymi ekspertami, bo w Legii najchętniej w każdym meczu widzieliby napastnika. Jednak ich brak przekonania połączony z niemałą wiedzą na temat futbolu z najwyższej półki sygnalizuje pewną obawę przed oglądaniem czegoś w ich pojęciu trudniejszego, bardziej skomplikowanego i mniej sprawdzonego na boiskach Ekstraklasy. Przecież - w ich mniemaniu - łatwiej byłoby po prostu ustawić piłkarzy w dwóch szeregach "czwórek", z duetem "mały-duży" w ataku i grać szybko, efektywnie, z zacięciem.

Czy wnika to z niewiedzy (nie sądzę), czy z nieufności (bardziej, choć w umiejętności Berga czy jego piłkarzy?), Kazimierz Węgrzyn i Grzegorz Mielcarski w tej konkretnej kwestii perfekcyjnie uosabiają naszą narodowy, piłkarski strach - skoro ograniczenia są doskonale znane, wyrażane przez lata staczania się na ubocze futbolowej Europy, jak nagle możemy oczekiwać, że tak kombinując i tak wiele zmieniając losy polskich klubów odwrócimy? Szkoda czasu na ryzyko, szkoda tej corocznej szansy - ledwie kilku meczów eliminacyjnych - w Lidze Mistrzów, by kombinować, czy silić się na szpanowanie wariacjami 4-3-3 czy 4-6-0. Pomocników wszędzie na boisku upychać może ktoś taki jak Pep Guardiola, a nie Henning Berg!

Gdyby to jednak tyczyło się tylko Legii, można byłoby machnąć ręką. Jednak po Stawowym i jego innym (co już wiemy - niekoniecznie lepszym) pomyśle na Cracovię, krytyce szkoleniowców kilku drużyn starających się uczyć pressingu (bo ryzykują, odsłaniają obronę itd.) jest to kolejny taki przykład powątpiewania w sens sprawdzania granic taktycznych możliwości i elastyczności polskiego piłkarza.

Niech argumentami będzie litania utartych frazesów stanowiących obraz naszego futbolu. Instruujemy: "Niech grają prosto", "bez ryzyka błędu", wedle "schematów z podręcznika", "czyhając na swoją szansę" "za podwójną gardą", "pokazując dobrą organizację" i "wyrachowanie", "zaangażowanie oraz walkę"! Argumentujemy: "patrzcie na Cracovię, która trenera zmieniła - wszystko, co Stawowy skomplikował Hajdo uprościł do absolutnego piłkarskiego minimum i wyszło z tego utrzymanie". Dodajemy: "To nie jest ten etap sezonu, by eksperymentować". Wskazujemy: "Stawka jest zbyt duża". Ostrzegamy: "Przecież pod wpływem emocji mogą popełnić błąd".

Wszystko to wynika ze strachu. Im dłużej piłkarz Ekstraklasy ma piłkę, tym gorzej dla niego, tym większa szansa, że coś zepsuje. Im więcej ma obowiązków czy swobody, tym większe ryzyko, że w czymś nawali. Im więcej szkoleniowiec czerpie od najlepszych, tym większe prawdopodobieństwo, że za pół roku go już tu nie będzie. Jeśli ten prymitywny strach taktyczny nas nie opuści nadal dyktując nam opinie, Polska pozostanie krajem kopiącym w sposób najprostszy, a tylko wzdychającym do tych, co naprawdę w piłkę grają. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook