Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 26 stycznia 2014

Pieniądze spełniają marzenia

fot. ligue1.com
Operuje nieprzyzwoicie wielkimi pieniędzmi. Zburzyło równowagę rozgrywek Ligue 1. Miażdży kolejnych rywali pod względem wyszkolenia technicznego. Ale Paris Saint-Germain tworzy również spektakl. I spełnia marzenia. Tak jak w ten weekend w Guingamp.

- Nie znam tam nikogo i nikt nie zna mnie - mówił jesienią ubiegłego roku w wywiadzie dla tygodnika „France Football” światowej sławy kreator mody i prezes Paris Saint-Germain w latach 1974-1978, Daniel Hechter. [Na Parc des Princes] - Zajmuję miejsce trzy rzędy za [obecnym, Nasserem Al-Khelaifim] prezesem. Widzę, jak podaje rękę ludziom dookoła siebie. My się nie witamy, nie znamy się. On nie wie, kim jestem.

Wielki biznes

W taki sposób człowiek, który wyprowadził klub ze stolicy Francji z trzeciej do pierwszej klasy rozgrywkowej kilka dekad temu, ukazał współczesne funkcjonowanie swojego PSG. Tak działa wielka korporacja. Nie ma w niej miejsca na historię i sentymenty. - Dzisiejsze Paris-SG to 300-350 pracowników. Gdy zaczynaliśmy, było nas czterdziestu, łącznie z zawodnikami.

Mimo dającej się wyczuć nostalgii Hechter powstrzymał się od krytyki katarskich właścicieli klubu. Zwrócił jednak uwagę na coś tak zapominanego, a jakże istotnego. - Piłka nożna stała się tym, czym się stała, ale ciągle sprawia, że ludzie marzą. Cały czas jest więcej federacji w FIFA niż krajów w ONZ, więcej kibiców niż ludzi w kościołach czy meczetach. A gdy dzieciaki rozmawiają o futbolu, nie robią głupot.

Inna rzeczywistość

Najnowszy, opublikowany w minionym tygodniu przez Grupę Biznesu w Sporcie firmy Deloitte raport Football Money League sklasyfikował Paris Saint-Germain na piątym miejscu wśród najbogatszych klubów piłkarskich na świecie. Przychody mistrzów Francji osiągnęły w poprzednim sezonie kwotę blisko 400 milionów euro. To blisko dwa razy tyle co dwanaście miesięcy wcześniej. Wtedy PSG zajęło w rankingu dziesiątą pozycję. Dwa lata temu nie znalazło się nawet w pierwszej dwudziestce.

Nigdy wcześniej – to siedemnasta edycja raportu – żaden francuski klub nie wszedł do wielkiej piątki. Drugi pod względem generowanych przychodów nad Sekwaną Olympique Marsylia zanotował w ubiegłych rozgrywkach wpływy ledwo przekraczające 100 milionów euro. Przez lata dominujący w Ligue 1 Olympique Lyon wypadł poza pierwszą trzydziestkę najbogatszych klubów. [Monako grało jeszcze w poprzednim sezonie w drugiej klasie rozgrywkowej we Francji.]

Nic dziwnego, że paryżanie górują nad ligowymi konkurentami. To prawda, że nie notują takiej serii zwycięstw jak Bayern Monachium w Bundeslidze. Różnica w wyszkoleniu technicznym pomiędzy poszczególnymi zawodnikami PSG a ich rywalami bywa jednak porażająca. Od początku października tylko Lille nie wyjechało z Parc des Princes z bagażem kilku goli. Paryż tworzy spektakl. Tyle, że jednostronny i rozstrzygany grubo przed czasem.

Spełniane marzenia

Z drugiej strony, dominacja jednego klubu niesie też za sobą pozytywy. Jaka jest największa wada amerykańskiego modelu sportu, opartego na założeniu równowagi sił pomiędzy konkurentami? Zabija on jedną z jego esencji - niespodzianki. W Ligue 1 co kilka tygodni dochodzi obecnie do przysłowiowego starcia kopciuszka z faworytem. Konkretnie za każdym razem, gdy Paris Saint-Germain mierzy się z którymś spośród mniejszych ligowych graczy.

Najbardziej skrajny przykład takiego meczu zaobserwowano wczorajszego popołudnia. Mistrzowie Francji wybrali się na obiekt beniaminka, En Avant de Guingamp. Licząca niespełna osiem tysięcy (!) mieszkańców miejscowość w Bretanii szykowała się do tego spotkania od... maja ubiegłego roku, gdy klub wywalczył awans do Ligue 1. - Po to tu [w Ligue 1] jesteśmy - przyznawali przed pierwszym gwizdkiem zawodnicy gospodarzy.

To było święto całego Guingamp. Zachodziło wszystko to, do czego odwoływał się Hechter. Ludzi nie było ani w kościołach, ani w sklepach. Wszyscy podążali na Stade du Roudourou. Dokładnie 17 623 kibiców. To nic nowego. Samych posiadaczy karnetów jest tam więcej niż... mieszkańców. Ultrasi przygotowali oprawę. - Chłopi wrócili (fr. Les paysans sont de retour) - śpiewali już godzinę przed rozpoczęciem meczu. Dzieciaki nie robiły głupot, tylko z wypiekami na twarzach oglądały z bliska rozgrzewających się Zlatana Ibrahimovicia czy Edinsona Cavaniego. Inni robili zdjęcia gwiazdom. Wszyscy spełniali swoje marzenia. Ich miasteczko znalazło się w centrum uwagi. Światowej klasy piłkarze zjechali do Guingamp.

Niezapomniany spektakl

Była również historia Christophe’a Kerbrata. Ten 27-letni środkowy obrońca jeszcze dwa lata temu występował na poziomie amatorskim. Teraz stanął na boisku naprzeciwko Ibrahimovicia. I nie pozwolił mu strzelić gola. Guingamp broniło się na suchej (fatalnej) murawie nie dzielnie, a w sposób świetnie zorganizowany. Wracający skrzydłowi całkowicie wyeliminowali zagrożenie płynące w ataku ze strony bocznych obrońców PSG, Maxwella i Gregory’ego van der Wiela. Czwórka obrońców grała bardzo blisko siebie. Mimo ogromnej przewagi w posiadaniu piłki Paryż stworzył sobie przez 90 minut zaledwie... dwie (!) podbramkowe okazje. A gdy na sześć minut przed końcem po kapitalnie bitym rzucie rożnym przez Rachida Aliaouiego i główce Mustaphy Yatabaré gospodarze wyszli na prowadzenie, było blisko sensacji.

Ostatecznie gwiazdy zdołały wyrównać. Kibice Guingamp doświadczyli zawodu, ale przede wszystkim dumy, emocji i wspaniałego przeżycia. Byli częścią niezapomnianego spektaklu z udziałem swoich pupili.

Bo piłka nożna w dalszym ciągu sprawia, że ludzie marzą. I te marzenia – przynajmniej po części – urzeczywistnia. Nawet dzięki wielkim korporacjom. Wojciech Falenta
comments powered by Disqus
facebook