Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 26 listopada 2013

Pellegrini i jego formacja

fot. goal.com
Gdy Pellegrini o włos przegrywał grę o finał Ligi Mistrzów z Arsenalem, nie mógł wiedzieć, że za kilka lat będzie z tym samym Arsenalem rozgrywał mecze dwa razy w ciągu sezonu. Przez ten czas jego ulubiony sposób gry lekko ewoluował, ale nie na tyle, by nie móc zobaczyć tamtego Villarrealu w obecnej inkarnacji Manchesteru City.

Praca w Villarreal była pierwszą Pellegriniego w Europie, ale dzięki niej wywalczył sobie bilet do grona trenerów z wyższej półki, zastępując w niej choćby ustępującego rodaka, Hectora Cupera. Prowadząc zespół z tego małego hiszpańskiego miasteczka miał do dyspozycji przez ponad 3 sezony piłkarza z najwyższej półki, choć też z ustępującej już epoki - Juana Romana Riquelme. Argentyńczyk jest wzorcem tzw. klasycznej dziesiątki, piłkarza, który w swej oryginalnej formie już w zasadzie nie istnieje, kreatywnego pomocnika skupionego wyłącznie na grze ofensywnej, bez wielkich walorów siłowych i szybkościowych, ale z wybitną wizją gry, brylantową techniką i - co za tym idzie - świetnym podaniem. Riqeuelme nie spełnił oczekiwań w Barcelonie, ale Pellegrini wiedział, co z nim zrobić. Jako jeden z pierwszych postanowił tego wybitnego ofensywnego pomocnika ustawić na skrzydle. Wyjaśnienie było proste - w tym sektorze boiska Riquelme miał więcej miejsca i nie był zaraz po otrzymaniu piłki narażony na ostre ataki defensywnych pomocników drużyny przeciwnej. Nie zabierał też miejsca ani żadnemu z dwóch napastników, którzy mogli wymiennie wycofywać się i rozgrywać piłkę w trójkątach, ani żadnemu z defensywnych pomocników, którzy zabezpieczali linię obrony.

Ze względu na preferencje Riquelme system przypominał mocno brazylijskie 4-2-2-2, ale po lewej stronie pomocy często grał Juan Sorin, argentyński Gattuso, maszyna do pożerania kilometrów, piłkarz o żelaznych płucach, biegający po całym boisku, ale generalnie trzymający się bliżej linii niż Riquelme. Tym samym Argentyńczyk miał obok siebie trzech pomocników pracujących na niego, a przed sobą dwóch napastników, którym mógł posyłać podania. W ten sposób Villarreal dotarł do półfinału Ligi Mistrzów 2005/2006, gdzie - zgodnie z narracją o wielkich bohaterach upadających tuż przed szczytem - przegrał w dwumeczu 0-1, a w ostatniej minucie rewanżu karnego nie wykorzystał właśnie Riquelme.

W następnych sezonach udział Riquelme w projekcie Pellegriniego z różnych powodów się zmniejszał, za to znaleźli się nowi kandydaci do tego samego systemu: najpierw Robert Pires, który przyszedł właśnie z Arsenalu, a już rok później Santi Cazorla, który po roku spędzonym w Huelvie z miejsca wszedł w buty Riquelme. Francuz i Hiszpan znakomicie rozumieli zamysł Pellegriniego (zresztą Pires w Arsenalu grał dość podobnie), ale tak ogromnego sukcesu nie udało się już powtórzyć. Cazorla rozwinął się jednak na tyle, że po transferze Malagi grywał nawet na pozycji nr 8.



W Manchesterze Pellegrini korzysta z tego samego systemu, ale ma do czynienia z nieco lepszymi piłkarzami (za to można argumentować, że nie ma do dyspozycji tak genialnego zawodnika jak Riquelme). Czasy się jednak zmieniły i teraz zawężanie pola gry jest często neutralizowane przez wąską i zwartą grę przeciwnika, który również często korzysta z dwóch defensywnych pomocników. Stąd sięgnięcie po Jesusa Navasa, który pomimo swoich wad dobrze rozciąga pole gry, a dzięki swojej szybkości i dryblingowi jest również znaczącym zagrożeniem przy grze z kontrataku. W ataku widać nieco wyraźniejszy podział ról, który był już obecny w Villarreal przy duecie Rossi-Llorente: jeden z napastników gra jako klasyczna dziewiątka, choć nie stroni od schodzenia do skrzydła (Negredo), drugi ma więcej swobody i łączy pomoc z atakiem, ale gra raczej jako 9,5 niż klasyczna 10. Stąd ustawienie można opisywać jako 4-4-1-1, ale też i jako 4-2-2-2.

Nieco inaczej grają też defensywni pomocnicy. W Hiszpani Pellegrini głównie dbał o to, by pilnowali strefy środkowej i asekurowali bocznych obrońców, którzy mieli rozciągać grę. Tutaj mają nieco większą swobodę, a boczni obrońcy atakują nieco rozważniej i z dalszych pozycji. Szybki Clichy ustawiony po lewej jest równoważony przez równie szybkiego Navasa po prawej - widoczna jest lekka asymetria. W środku pomocnicy wymieniają się w ofensywnych wejściach, choć częściej to Fernandinho jest tym asekurującym. Na pozycję dziesiątki najczęściej jednak zbiega lewy pomocnik - identycznie jak w Villarreal, lecz z drugiej strony boiska.



Biorąc pod uwagę dostępny skład, Pellegrini ma oczywiście ogromne możliwości w zakresie modyfikacji tego systemu i korzystania z kilku jego wariantów. Generalnie korzysta jednak ze sprawdzonych metod, a choć nie ma do dyspozycji genialnego rozgrywającego (choć Silva jest bliski tego miana), to posiada jednak w składzie napastnika, jakiego nigdy nie prowadził, mianowicie Sergio Aguero. Jego indywidualna klasa często przesądza o wynikach meczów, więc Pellegrini może jeszcze wrócić do trochę bardziej zachowawczego ustawienia w środku pomocy, licząc na to, że Aguero w pojedynkę będzie wygrywał mecze. Być może jednak to zrównoważone nastawienie jest najlepszym wyborem - przekonuje o tym ostatni mecz, w którym Manchester City grał elastycznie, a asysty notowali zarówno piłkarze grający przy liniach bocznych, jak i środkowi pomocnicy - w Villarreal to było raczej rzadszym zjawiskiem.

Stara miłość nie rdzewieje, a zatem i Pellegrini trzyma się 4-2-2-2, choć próbuje je udoskonalać. Po nie do końca udanym pobycie w Realu znowu ma do dyspozycji świetny zespół - czy jest szansa na powtórzenie osiągnięć z 2006 roku? Dawid Jankowiak
comments powered by Disqus
facebook