Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
czwartek, 21 listopada 2013

Pazdan innowacją Nawałki

fot. Bartłomiej Wójtowicz/slasknet.com
To równie dobrze mógł być mecz Plymouth ze Scunthorpe, a nie reprezentacyjne granie. Fatalna murawa, zryta w niektórych miejscach do tego stopnia, że przypomniała b-klasowe kretowisko i niekoniecznie arenę ostatnich Mistrzostw Europy. Toporny styl dwóch drużyn nie zniechęcił ani kibiców, ani trenerów, ani samych piłkarzy - zgodnie z tym co powiedział później Adam Nawałka, na końcu tego ciemnego, długiego tunelu właśnie coś się zaświeciło.

Chociaż w przekonaniu znakomitej większości kibiców Polska Myśl Szkoleniowa to tylko fałsz wymyślony przez samych zainteresowanych, by tłumaczyć niewytłumaczalne klęski, wpadki, mecze rodzimych drużyn, trenerzy zasługują na większe uznanie. Franciszek Smuda eksperymentował z nowoczesną wersją 4-3-3 pozbawioną jakiegokolwiek pressingu i ściśniętą w środku pola do granic możliwości. Waldemar Fornalik postanowił nawet kontynuować szkołę poprzednika i do perfekcji opanował wgniatanie przeciwnika w jego fotel i bramkę w pierwszej tercji każdego ważnego spotkania. Z kolei Adam Nawałka podszedł do sprawy bardziej personalnie.

Nie chodzi o dawanie szans piłkarzom Górnika Zabrze, wypuszczanie Łukasza Teodorczyka dla zdobycia sobie przychylności Poznania, próba z wystawieniem Kuby Błaszczykowskiego za plecami znów irytująco przeciętnego Roberta Lewandowskiego. To nawet nie alternatywne korzystanie z futbolowych dobrodziejstw różnych ustawień z których jeszcze żadne nie widziało innowacji Nawałki, czyli kończenia spotkania bez jednego pomocnika, z dwoma napastnikami i ośmioma obrońcami. Czyżby nowy selekcjoner reprezentacji Polski był prawdziwym hipsterem wśród trenerów tego świata?

W latach trzydziestych i czterdziestych poprzedniego wieku, Karl Rappan prowadząc reprezentację Szwajcarii znalazł innowatorski sposób na zatrzymywanie lepszych rywali - cofając jednego z obrońców do gry za linią defensywy otrzymał system bezpieczniejszy, bo człowiek ten czyścił wszelkie zagrożenie. Oczywiście istotny był cały system, sprawnie poruszający się w formacjach piłkarze, odpowiedzialność za swoje strefy i ciężka praca zespołu. "Szwajcarski rygiel" stał się sławny, bo to na nim inspirowali się później Włosi tworząc catenaccio.

Adam Nawałka poszedł dalej. W czasach, gdy nie warto rezygnować z prób łapania rywali na spalonych, gdy to wyżej ustawieni bramkarze spełniają rolę klasycznych stoperów, gdy nawet obrona składająca się z trzech defensorów musi grać w linii, selekcjoner reprezentacji Polski chciał zapanować nad środkiem pola. Na scenę wkroczył więc Michał Pazdan - "trzeci stoper" w 4-2-3-1.

Zawodnik uniwersalny, pirania Beenhakkera, piłkarz-destrukcja, obrońca Jagiellonii, którego selekcjoner postanowił przywrócić dla środka pola. Jednak nie wolno używać stwierdzenia "defensywny pomocnik", bo przecież Michał Pazdan pomocnikiem nie jest. To piłkarz, który przestrzeń w środku pola atakuje wślizgiem, "szczupakiem", czyszcząc zagrożenie efektownym przewrotem, wywrotem i wyskokiem. Gra na jeden kontakt, który służy wyłącznie do przeniesienia ciężaru gry w przeciwległy koniec boiska - czołem, wolejem, piszczelem, kolanem.

Nade wszystko pomocnicy starają się piłkę odebrać, gdy Pazdan jest od jej wybijania. Udoskonala zasadę, że piłka może przejść, ale przeciwnik nigdy - on w wyjątkowy dla siebie sposób potrafi powstrzymać naraz futbolówkę i rywala, likwidując zagrożenie. Gdy w finale Mistrzostw Świata w 2010 roku Nigel De Jong kopniakiem karate powalił Xabiego Alonso, zapanowało powszechne oburzenie, zwłaszcza, że Holender nie został należycie ukarany. Tymczasem nic nie mówi się o tym ataku w kontekście rywala, raczej artysty niż porównywalnego destruktora. De Jong mógłby przynajmniej spróbować tego na kimś o podobnej opinii.

A wczoraj Michał Pazdan zamachnął się na Jonathana Waltersa, znanego rugbystę z Premier League, ludzki taran, odpowiedź Stoke City na miniaturowych pomocników rywali. To było światełko w tunelu, pokazanie Irlandczykom miejsca w szeregu, zrównanie ich z poziomem poznańskiej piaskownicy. Gdy wydawało się, że Polska będzie rozstawiana po kątach na międzynarodowej scenie jeszcze przez lata, Michał Pazdan pierwszy dał sygnał do odwrócenia tych niemiłych ról. Waltersa przyłożył do murawy, inny oberwał łokciem, ktoś nadział się na wślizg.

"Destruktor Nawałki", "trzeci/wysunięty stoper" czy z zagranicznego "Pazdan role" - nieważne. Polska reprezentacja może kończy 2013 roku bez gola, bez rozgrywającego i wciąż bezkrytycznie do samej siebie, ale jest nadzieja na przyszłość. Może zostanie zrozumiana i doceniana dopiero po odczytaniu dzisiejszych gazet w multimedialnej bibliotece w roku 2123, ale i Karla Rappana z początku krytykowano, by docenić innowację, gdy spróbowali jego rozwiązań więksi. Może i nie trzeba będzie czekać stulecia, a już na przyszłorocznym Mundialu obejrzymy Del Bosque, Bento, Hodgsona, Loewa i Scolariego, którzy używają swoich Pazdanów - piłkarzy przestrzeń atakujących wślizgiem?

Pamiętajcie, gdzie to wszystko się zaczęło. Był to przenikliwie zimny wtorkowy wieczór w Poznaniu, na nierównej murawie, przy dwóch przeciętnych drużynach i na oczach trzydziestu tysięcy widzów. Michał Pazdan ponownie wślizgiem wszedł na poziom międzynarodowy... Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook