Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 3 sierpnia 2014

Ostatni test Gerarda Pique?

fot. marca.com
Sposób, w jaki Luis Enrique zabiera się do wzmacniania linii obrony Barcelony, sugeruje, że w wizji Asturyjczyka liderem defensywy jest Gerard Pique. Patrząc z perspektywy ostatnich lat, jest to decyzja odważna i bardzo ryzykowna.

Barcelona kupiła Jeremy'ego Mathieu i teraz sposobi się, żeby do zestawu dokupić Vermaelena, Vertonghena albo Aggera. Jeśliby z puli katalońskich stoperów wyłączyć Javiera Mascherano (media zaklinają się, że będzie on grał w tym sezonie w pomocy), to otrzymalibyśmy obraz, w którym działacze klubu kupują stoperów numer cztery oraz dwa łamane na trzy. Gdyby parę miesięcy temu zapytać, jakich środkowych obrońców powinna kupić Barcelona, pewnie większość powiedziałaby, że numer jeden i numer cztery. Numer jeden, żeby odgonić panujący w tej formacji chaos, a numer cztery, żeby jeszcze mocniej rozognić rywalizację.

Decyzje pionu sportowego Barcelony są bardzo na rękę Gerardowi Pique, którego pozycja w klubie w ostatnim czasie zmienia się odwrotnie proporcjonalnie do prezentowanej formy.

Dziedzictwo Tarzana

Pique ma talent – to trzeba zaznaczyć na wstępie. Ma talent, dzięki któremu mógłby być najlepszym stoperem świata, a przynajmniej stoperem, który do takiego miana pretenduje. Talent na miarę Thiago Silvy, Sergio Ramosa, Vincenta Kompany'ego. To, co różni Katalończyka od wymienionej trójki, jest to, że oni, mimo okresowych spadków formy, generalnie trzymają poziom. Z Gerardem jest odwrotnie, on zazwyczaj gra przeciętnie, ale od czasu do czasu rozgrywa mecz, który sprawia, że zapominamy o jego głupich eskapadach, złych decyzjach i błędach taktycznych. Wielkim szczęściem Pique jest to, że spotkania wybitne przydarzają mu się zazwyczaj przy okazji starć w największymi rywalami – takie mecze się pamięta, zapadają one w pamięć i wypaczają obraz obrońcy. Obrońcy, który na dobrą sprawę miejsce w jedenastce Barcelony powinien stracić trzy lata temu.

Ale wtedy jeszcze u swojego boku miał Puyola, który potrafił zapanować nad samobójczymi zapędami kolegi i trzymać go w ryzach. – Podczas pewnego meczu gra była wstrzymana, kogoś znosili z boiska, a on coś do mnie krzyczał. „Uspokój się, wygrywamy 4:0 i zostały trzy minuty” powiedziałem. „No i co z tego! Skup się! Znam cię” odpowiedział – Pique przytacza tę anegdotę jako zabawną historyjkę i przykład charakteru Puyola, chociaż tak naprawdę jest to historia o charakterze jego samego. Gerard wspomina też inną sytuację, gdy Puyol pojawił się na boisku po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją i na słowa młodszego kolegi o tym, że ten za nim tęsknił, odpowiedział „Zamknij się, do cholery, i skoncentruj się na grze”.

Gdy rzymski wódz dostępował zaszczytu triumfalnego wjazdu do Wiecznego miasta, razem z nim w rydwanie jechał niewolnik, który co chwila mówił mu, żeby pamiętał o tym, że jest tylko człowiekiem. Pique też potrzebuje kogoś takiego, kogoś, kto będzie mu ciągle przypominał o tym, żeby był skupiony, żeby nie zajmował się głupotami. Takim kimś był Puyol. Takim kimś nie będzie ani Bartra, ani Mathieu.

Bezkrólewie

Problem z obroną Barcelony jest taki, jak problem z atakiem. Obie formacje w zeszłym sezonie działały słabo, często popełniały błędy, ale wszystko trzymało się kupy, bo na koniec albo Valdes, albo Messi z Iniestą wyczyniali cuda. O ile atak powinien w najbliższym czasie spokojnie radzić sobie z wyzwaniami, o tyle obrona, pozbawiona Valdesa (albo nawet Pinto – obaj cieszyli się wielkim szacunkiem kolegów i potrafili nad nimi panować) może nie działać zbyt płynnie. Barcelona potrzebuje w obronie lidera. Pique liderem nie jest – on najlepsze mecze w karierze rozgrywał albo u boku agresywnego i władczego Puyola, albo u boku równie dominującego Sergio Ramosa. Marc Bartra ma charakter jeszcze słabszy od Pique, od lat, żeby dać sobie radę z presją grania dla Barcy, pracuje z psychologiem. Nie za dobrze radzi sobie z odpowiedzialnością, nie ma zdolności przywódczych. Mathieu na razie jest w Katalonii ciałem obcym, a Mascherano to znów (prawdopodobnie) pomocnik.

Trudno zrozumieć powtarzającą się w każdym oknie transferowym decyzję Zubizarrety i jego kompanów o tym, żeby odpuścić walkę o topowego stopera. Jasne, za jego usługi trzeba by zapłacić ciężarówką pieniędzy, ale rynek jest taki, jaki jest, topowych środkowych obrońców jest raptem kilku i czasami po prostu trzeba przepłacić, żeby mieć to, co potrzeba. Barcelona nie jest biedna. Można było aktywować klauzulę Javiego Martineza (który z miejsca stałby się stoperem numer jeden), można było obsypać Silvio Berlusconiego banknotami i zabrać do domu Thiago Silvę. Za odpowiednią sumę ciągle dostępny jest Mehdi Benatia. Hummels pewnie też. Niemiec ma podobne wady, co Pique, ale przynajmniej nie brakuje mu charakteru i talentów przywódczych.

Cesarz Pique

Porównania Gerarda Pique do Franza Beckenbauera były dopuszczalne w okolicach roku 2009. Potem zaczęły być wątpliwe, przeszły przez fazę śmieszności, a teraz są najzwyczajniej dziwne. Jedyne, co łączy Katalończyka z Niemcem, to status cesarza-jednowładcy. Pique ma szczęście, że przyszło mu grać w Barcelonie w okresie, w którym ma ona tak słabo obsadzoną pozycję środkowego obrońcy – gdybyśmy zrobili teraz ranking najlepszych stoperów La Liga, żaden z nich nie byłby barcelonistą. To sytuacja zupełnie bezprecedensowa. Obaj stoperzy Atletico są tak bardzo lepsi od Pique i Bartry, że można odnieść wrażenie, że uprawiają inną dyscyplinę. Ramos, Pepe i Varane z miejsca zostaliby na Camp Nou liderami defensywy, a i Nacho powalczyłby o wyjściową jedenastkę.

Jeśli Pique nie zagra sezonu na poziomie tych, podczas których u boku miał Puyola i Abidala, jeśli nie zacznie grać tak, jak przystało na 27-latka, jeśli nie weźmie na swoje barki ciężaru liderowania, to chyba za rok będziemy musieli zacząć zastanawiać się nie nad tym, kupno jakiego stopera zagwarantuje jak najpełniejsze wykorzystanie talentów Gerarda, ale jaki stoper najlepiej Katalończyka zastąpi. Defensor powiedział ostatnio, że zdaje sobie sprawę ze swojej sytuacji i zapewnił, że zrobi wszystko, żeby wrócić na szczyt. Trudno nie odnieść wrażenia, że na razie bliżej jest mu do szczytu kariery celebryckiej albo nawet pokerowej niż do szczytu futbolowych umiejętności.

Rozpalony w ostatnich latach ogromny sentyment wobec wychowanków La Masii już niedługo może okazać się największym hamulcem w rozwoju Barcelony. Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook