Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 19 marca 2014

Olympiakos zwęszył krew

fot. skysports.com
Ich właścicielem jest magnat żeglugowy, niedawno oskarżony o wręczanie łapówek i ustawianie meczów. Ich trenerem jest jedna z piłkarskich legend Realu, która wypatrzyła w jego rezerwach 18-letniego wówczas Juana Matę. To grecki klub odmienny od pozostałych. Kryzys finansowy w ogóle się go nie ima, nie ma u siebie konkurencji, pierwsze skrzypce odgrywają w nim obcokrajowcy, a teraz pozostaje im jedynie dokonać egzekucji na Old Trafford.

Hegemon z Hellady

W sobotę zapewnił sobie tytuł mistrzowski – na pięć kolejek przed końcem rozgrywek, z 18-punktową przewagą nad wiceliderem. Na własnym podwórku jest bezkonkurencyjny - w ostatnich osiemnastu sezonach ligę wygrywał szesnastokrotnie. W tym roku zwyciężył w 11 z 13 spotkań, tylko raz uznając wyższość rywali – porażka 1-2 z PAOK Saloniki na wyjeździe.

Na arenie europejskiej po dominacji w tamtejszej Superleague w ogóle nie ma śladu. Do ćwierćfinału Champions League ekipa z Pireusu dotarła jeden jedyny raz, przed wiekami, przed piętnastu laty. Ale z angielskimi drużynami na swoim stadionie przegrywa rzadko, ostatnio 11 wiosen temu. Przyzwyczaiła raczej swoich kibiców do wygranych, pokonując przeciwników z Anglii trzykrotnie z rzędu, lecz jej pojedynki na wyspach to już zupełnie inna historia. Poniosła porażki we wszystkich dotychczasowych meczach, tracąc dwadzieścia goli, zdobywając zaledwie trzy. Warto jednak wspomnieć, że w trzech ostatnich spotkaniach ani razu nie uległa różnicą trzech bramek.

„Czerwone Diabły” tymczasem zostały ograne przez grecki zespół w europejskich pucharach po raz pierwszy w swych dziejach. Uległy klubowi z rozgrywek zdławionych i wywróconych do góry nogami przez kryzys finansowy. To z tego powodu do drugiej ligi osunął się wieloletni potentat – AEK Ateny. Z takich samych pobudek swój upadek zaliczył kolejny zasłużony greckiej sceny futbolowej – Iraklis. United nie sprostało drużynie z ubożejącej z roku na rok i coraz mizerniejszej ligi, gdzie Olympiakos nie ma po prostu żadnej konkurencji.

Jego zwycięstwo sprzed dwóch tygodni jest tym bardziej zadziwiające, że w niedawnych okienkach transferowych raczej się osłabiał niż wzmacniał. Zimą stracił swoich dwóch kluczowych graczy – najskuteczniejszego strzelca Konstantinosa Mitroglou oraz błyskotliwego lewoskrzydłowego Vladimíra Weissa. Jeszcze wcześniej pozbył się solidnego obrońcy Vasilisa Torosidisa oraz etatowego obecnie napastnika Evertonu, Kevina Mirallasa.

Tych poważnych ubytków na boisku nie widać, gdyż na ich miejsce wskakują inni. Aktualnie jedną z największych rewelacji ekipy z Pireusu i jednym z jej najjaśniejszych punktów w starciu z United był wypożyczony z Arsenalu Joel Campbell. Zawodnik rokrocznie zsyłany na wypożyczenia do różnych lig, zachwycił Wengera ponoć tak bardzo, że ten po sezonie chce go mieć z powrotem w Londynie. A nad całą tą międzynarodową zgrają – jedynie siedmiu Greków w 26-osobowej kadrze – pieczę sprawuje Hiszpan Míchel.

Zemsta po latach

Legenda Realu, którego barw jako futbolista bronił przez czternaście lat. Legenda, która w trenerce do niedawna nie osiągnęła niczego wartego zapamiętania. Wyleciał po sezonie pracy z Rayo Vallecano. Wytrwał jeden rok jako opiekun rezerw „Królewskich”, które spuścił do niższej ligi. A trzeba podkreślić, że pod jego okiem dojrzewali w nich m. in. Juan Mata, Alvaro Negredo, Roberto Soldado oraz Javi Garcia. Czym zresztą Hiszpan chwali się do dziś: Spadliśmy z ligi, ale 15 albo więcej piłkarzy robi obecnie kariery w dobrych klubach, niektórzy w Madrycie – opowiadał na łamach „The Independent”.

Dłużej wytrzymał jedynie w Getafe, potem przyszedł epizod w Sevilli, a prawdziwe sukcesy odnosi dopiero teraz. Olympiakos doprowadził właśnie do drugiego tytułu mistrzowskiego, po drodze sięgnął jeszcze po krajowy puchar, lecz tamtejsi fani nigdy nie zapomną mu domowego triumfu nad Manchesterem.



To swego rodzaju paradoks, że Míchel przez tyle lat występów na boiskach nigdy nie rywalizował z angielskimi drużynami. Na jego najlepszy okres w karierze przypadło jednak wykluczenie z europejskich pucharów dla ekip z Anglii. Spotkał się za to z zespołem Alexa Fergusona i nie było to spotkanie przyjemne. W 1983 roku Real podejmował w finale Pucharze Zdobywców Pucharów szkockie Aberdeen i przegrał po dogrywce 1-2: „To był prawdopodobnie pierwszy raz, kiedy go przekląłem. Już wtedy wygrywanie było dla niego czymś naturalnym" – wspominał Fergusona w wywiadzie dla „The Independent”.

Dziś może wychwalać pod niebiosa, to że Szkota w szatni United już nie ma, który do blamażu w Grecji po prostu by nie dopuścił, i czuć błogą satysfakcję z zemsty wymierzonej po latach. Manchester Sir Alexa a Manchester Moyesa to nie tylko dwa różne światy, to dwie bardzo odległe galaktyki. Co dziwniejsze, odnajdziemy w nich niemal identyczne elementy składowe, te same gwiazdy, lecz ich układ za czasów Fergusona był dla każdego związanego z „Czerwonymi Diabłami” dużo korzystniejszy. Wtedy w klubie działało niemal wszystko, aktualnie nie działa nic – począwszy od defensywy, przez utrzymanie się przy piłce i stosowanie pressingu, po same akcje ofensywne.

Domek z kart

W całym tym wachlarzu błędów Moyesa i wad obecnego Manchesteru najbardziej zdumiewający jest bałagan, jaki prezentują jego zawodnicy na murawie i ich zadziwiająca wręcz nieporadność. Coś, co nie miałoby racji bytu za czasów Szkota. Teraz zaś, za panowania Moyesa, kibice nie poznają swojej drużyny.

To uderzające, jak United zmienił się w ciągu tych kilkunastu miesięcy, odkąd za sterami nie ma Sir Alexa. Rok temu, w połowie lutego, plasowali się na pierwszej pozycji w lidze z dwunastopunktową przewagą na wiceliderem, awansowali do ćwierćfinału FA Cup rozbijając Fulham i wywieźli remis z Santiago Bernabéu. Dziś przeżywają sezon o jakim chcieliby jak najszybciej zapomnieć.

A przecież porównując kadry z ubiegłego i aktualnego sezonu, dostrzeglibyśmy ledwo namacalne zmiany. Bawiąc się w grę „znajdź różnicę”, wskazalibyśmy na raptem trzy nazwiska – wyciągniętego z rezerw Januzaja, sprowadzonego latem Fellainiego oraz kupionego zimą Matę. Szukając zaś różnic w postawie i sposobie gry Manchesteru obu menedżerów, ujrzelibyśmy kompletnie dwa odmienne zespoły.

Sympatycy raz po raz przeżywają koszmary, jakich nigdy za panowania Szkota nie doświadczyli. Pierwsza od 1984 roku porażka ze Stoke, pierwsza w historii przegrana na własnym stadionie ze Swansea, Newcastle, które zdobyło tam trzy punkty, a wcześniej dokonało tego przed czterdziestu laty, Everton z kolei przed dwudziestu, a West Bromwich ostatni raz w 1978 – „Czerwone Diabły” Moyesa biją niechlubny rekord za niechlubnym rekordem. W dodatku za każdym razem prezentują fatalny styl, tylko jeden celny strzał w Pireusie, który nie pozostawia żadnych złudzeń i jakichkolwiek nadziei.

W świecie Franka Underwooda, głównego bohatera znakomitego „House of Cards”, panuje tylko jedna zasada – poluj lub bądź upolowanym. Manchester w bieżącym sezonie zgubił gdzieś tożsamość myśliwego i doprowadził do niespodziewanej zamiany miejsc – myśliwy stał się ofiarą. I któż mógłby pomyśleć, że na polowanie wybiorą się nawet gospodarze w Pireusie. Olympiakos zwęszył już krew i nie pozostaje mu nic innego, jak tylko uśmiercenie ofiary. Kamil Kaźmierczak
comments powered by Disqus
facebook