Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 17 marca 2013

Ofiary sukcesu, którego nie było

fot. Matthias Holthus
Gdy w maju ubiegłego roku drużyna Marcelo Bielsy szykowała się do spotkań mogących przypieczętować historyczny dla drużyny sezon, w Bilbao myślano przede wszystkim o narodzinach nowej piłkarskiej potęgi. A ściślej o jej odrodzeniu.

Szalona temporada sezonu 2011/12 zdawała się zwiastować powrót ukształtowanego w dziejach hiszpańskiego futbolu ładu, według którego dwóm ligowym potęgom dzielnie wtórowała ekipa z Kraju Basków. Wznoszony jednocześnie w bezpośrednim sąsiedztwie wiekowego San Mames nowy obiekt miał przyjąć drużynę zwycięzców gotowych do dalszego wygrywania. Wyraźna tożsamość Los Leones, wyrosła na tradycji zatrudniania wyłącznie zawodników z regionu, postrzegana była jako gwarant trwałości projektu, który w niedalekiej przyszłości mógłby przyjąć charakter baskijskiego galacticos. Któż mógł przypuszczać, że wyczekiwane pojedynki zapoczątkują obracanie wniwecz tych pięknych wizji, polityka klubu względem zawodników zacznie przypominać stosunek niewolniczy, a przenosiny na nowy obiekt będą jedyną nadzieją na lepsze jutro?

Współczesny świat nie lubi porażek i słabości. Upadek Athleticu był zjawiskiem nie mniej gwałtownym niż ich nieukończony marsz na szczyt. Jest jednak wydarzeniem po wielokroć mniej medialnym od kilku chwil chwały, jakich doświadczyli zawodnicy z La Cathedral. Gdy grający z rozmachem Baskowie zaczęli z nonszalancją rozprawiać się z takimi firmami współczesnego futbolu jak Manchester United i Schalke, na ich styl zachorowała większość piłkarskiej Europy.

Nic dziwnego. Najlepsza wersja podopiecznych Bielsy uosabiała w sobie to, co we współczesnej piłce hiszpańskiej najefektowniejsze, jednocześnie wyzbywszy się tego, co jest drużynom ze wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego poczytywane za wady. Zjawiskowe wyszkolenie techniczne i bliską telepatii naturalność w grze wzajemnej zawodnicy z San Mames serwowali w mniej zmanierowanej taktycznymi schematami formie. A wszystko to w tempie allegro i szybciej. Nierzadko takie usposobienie miało tyleż twórczy, co destrukcyjny charakter. Dopóki jednak rzeczona wada kłuła w oczy w traktowanych niejako po macoszemu meczach ligowych, nikt nie widział potrzeby reagowania. Bilbao funkcjonowało jak solidna komercyjna stacja telewizyjna, kładąc w ramówce nacisk na zapewniającą wysoką oglądalność, nieprzewidywalną rozrywkę, mniej interesujące programy zostawiając swym najzagorzalszym sympatykom. Niestety zamiast dobrej zabawy na lata projekt „Athletic” okazał się rewelacją o charakterze one-hit wonder.

Jakąkolwiek analizę obecnego upadku poprzedzić należy rachunkiem sumienia za poprzedni sezon. Czy przywołane na wstępie mecze o wszystko mogły potoczyć się inaczej, czyniąc z Bilbao największych wygranych tamtego sezonu? Chyba nie. Ligowa indolencja była objawem zmęczenia materiału, nowotworem, który i tak późno dał przerzuty na inne sfery funkcjonowania drużyny. Czy wobec tego ortodoksyjny baskijski projekt ma jakąś granicę, której nigdy nie przekroczy? To pytanie zadawane było często już w czasach hossy Athleticu. Uważam, że tak; przeciwne twierdzenie mogłoby być bronione absurdalnym argumentem, jakoby w Baskonii mieli się rodzić sami najdoskonalsi piłkarze. A jak wiemy, nawet ci tak wychwalani współcześnie Katalończycy mają swoje braki i potrzebują (coraz częstszych) posiłków z zewnątrz. Jakkolwiek widzę przeszkody, których nacjonalistyczna wizja klubu nie przeskoczy, uważam że poprzedni sezon był wciąż daleki od wyznaczenia kresu możliwości wojowniczych Basków. Uporaliśmy się z założeniami ogólnymi, czas na rozpatrzenie przypadku in concreto.

Łatwo jest dostrzec problem Los Leones, trudniej określić winowajców i znaleźć przyczynę. W tak osobliwym tworze, jakim jest Athletic, wszystkie elementy muszą ze sobą współgrać, by razem móc stanowić piękną całość. Na tej samej zasadzie rozkłada się odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenia. Gdzie w takim układzie czegoś zabrakło?

Szaleni zawodnicy...

Po pierwsze – brak tej samej euforii, która towarzyszyła występom Lwów przed rokiem i która zaprowadziła ich niemal na szczyt. Euforia, której najlepszą definicją była akcja Andoniego Iraoli z rewanżowego spotkania z Manchesterem United na San Mames. Prawy defensor z Bilbao zapomniał w tej sytuacji kim jest, na jakiej gra pozycji i jakie są jego ograniczenia, doprowadzając tym samym anglojęzycznego komentatora Raya Hudsona do niezapomnianej reakcji. Pełniący wówczas pod nieobecność Gurpegiego obowiązki kapitana zawodnik nie wykończył co prawda swojego rajdu celnym strzałem, ale w podręcznikowy sposób pokazał, że poza taktyką czy indywidualnymi umiejętnościami, w piłce można uzyskać przewagę nad rywalem dzięki uniwersalnemu, życiowemu atutowi, jakim są emocje. Temperamentu dzielnym Baskom nikt nie sprezentował, nikt ich tego nie nauczył. Te niemierzalne pokłady energii obudzili w nich fanatyczni (kiedy trzeba) kibice, a umacniał ten stan rzeczy Marcelo Bielsa, dając im wiarę we własne umiejętności.



...i nie mniej szalony trener

Nie wiadomo, jaki cel przyświecał przed poprzednim sezonem nowo wybranym władzom klubu z Bilbao w poszukiwaniu opiekuna drużyny, ale jeśli przeczesywali rynek trenerski w poszukiwaniu absolutnego przeciwieństwa abdykującego wraz z poprzednim zarządem Joaquina Caparrosa, to ciężko byłoby o bardziej trafiony wybór. Jednoosobową komórkę do kontaktów z mediami, człowieka z nadnaturalnym jak na sprawowaną profesję wyczuciem reklamy, zastąpiono osobą ekscentrycznego Argentyńczyka o bezsprzecznie introwertycznym usposobieniu, który nie tyle nie dba o sposób prezentowania własnego wizerunku w mediach, ile nie dba o niego w ogóle. Podczas gdy dla doświadczonego hiszpańskiego szkoleniowca świat Facebooka, Twittera czy blogosfera to naturalny habitat, El Loco to typ gotowy nawet do eleganckiej restauracji wkroczyć w klubowym dresie, prawdopodobnie bez świadomości popełniania modowego faux pas.

Przewagę nad swoim poprzednikiem Bielsa zyskał jednak na kluczowej płaszczyźnie w świecie futbolu – na piłkarskim boisku. Caparros dysponując zbliżonym potencjałem ludzkim wyhodował sobie zastęp rzemieślników. Drużyna autorstwa byłego szkoleniowca Deportivo czy Sevilli była może tworem bardziej zdyscyplinowanym, ale niezdolnym do dokonywania rzeczy doniosłych – w starciach z rywalami z wyższej półki szczytem ich możliwości było uniemożliwienie rywalowi grania w ulubiony przezeń sposób. Sympatycy medialnego Joaquina mogą oczywiście snuć teorie o tym, że podobnie jak wcześniej w Sevilli przygotował on grunt pod późniejsze osiągnięcia, ale taki sposób rozumowania będzie nosił znamiona myślenia życzeniowego.

Każdy zainteresowany obdarzony choćby minimalnie sprawnym zmysłem wzroku musiał dostrzec, że pod wodzą Argentyńczyka drużyna prezentuje zupełnie inną jakość. Urodzonego w Rosario szkoleniowca nie zraziła niemożność zaadoptowania w nowym klubie swego ulubionego ustawienia 3-3-1-3 i sprawnie przystosował się do typowego hiszpańskiego 4-3-3, nie odmówiwszy sobie jednak autorskich modyfikacji w zakresie tego modelu. Szybka selekcja personaliów pozwoliła mu rychło znaleźć wykonawców swojego planu. W tym celu przekwalifikował Javiego Martineza z defensywnego pomocnika na filar obrony, a jednym z kluczowych zawodników uczynił wybitnie wszechstronnego Oscara De Marcosa, którego od tej chwili nie sposób było zaklasyfikować do którejkolwiek z formacji. Nie bez znaczenia było powierzenie skrzydeł młodym wychowankom – Susaecie i Muniainowi. Dla obu gra w podstawowym składzie nie była pierwszyzną, ale dopiero za Bielsy, jako druga opcja w ataku dla często zmuszonego do gry tyłem do bramki Llorente, zaczęli oni stanowić o sile ekipy z San Mames.

Niestety aktualne rozgrywki pokazują drugie oblicze byłego selekcjonera Chile, a jego pseudonim przytaczany jest coraz częściej w pejoratywnym kontekście. W gruncie rzeczy El Loco wykonuje wciąż tę samą pracę – poszukuje. Efekty jego eksperymentów pozytywnie inspirują jednak tylko jednostki, a nie są w stanie skutecznie natchnąć ogółu. Mikel San Jose nadzwyczaj dobrze zareagował na przemianowanie na pozycję defensywnego pomocnika i nie dość, że przestał popełniać błędy, dzięki którym zapracował na etykietkę boiskowego fajtłapy, to zaczął stosunkowo regularnie kolekcjonować gole. Wartościowym odkryciem na przyszłość powinien też być środkowy defensor Aymerick Laporte. Te sukcesy wychowawcze nikogo jednak nie olśnią, dopóki kolektyw będzie prezentował taką mizerię jak obecnie, a jak sprawić, by maszyna znowu ruszyła, Bielsa nadal nie wie. Jakby tego było mało, drużynę wciąż prześladują urazy.

Kruche fundamenty

Wątła fizyczność baskijskich kopaczy to kolejna bolączka odciskająca piętno na tegorocznych rezultatach Los Leones. Problem ten nie pojawił się zresztą dziś – dlaczego więc daje o sobie znać dopiero teraz? Po części to efekt zmęczenia materiału. Nie stanowi odkrycia fakt, że Bielsa lubi się przywiązywać do sprawdzonych rozwiązań i kwestie personalne nie są tu żadnym wyjątkiem. Swoje once de gala eksploatował w minionej temporadzie do bólu, sprawiając między innymi, że Markel Susaeta grywał częściej nawet od Lionela Messiego. A przecież powszechnie wiadomo, że nie ma lepszego sposobu na poirytowanie Argentyńczyka niż wysłanie go na odpoczynek. To, że eksportowa „11” Basków na niemal każdy kluczowy mecz Ligi Europy była stawiana na nogi, stanowiło cud. Obecnej eskalacji urazów nie ma się więc co dziwić. Ubiegły rok dał się we znaki nie tylko tak chybotliwym konstrukcjom fizycznym jak Muniain, Iturraspe i Herrera, ale również chłopom na schwał – Llorente czy Amorebiecie.

San Mames czy Alcatraz?

Wspomniana dwójka stanęła zresztą, wspólnie z Javim Martinezem, w centrum ostatniego, największego posezonowego problemu Athletiku. Cały tercet, choć głęboko związany z klubem, swych korzeni nie wywodzi z samego Bilbao. Stąd obca im jest nierozerwalna więź z klubem, na którą trwale zachorowali Susaeta czy Ibai Gomez. Nic dziwnego, że medialny sukces postanowili wykorzystać jako katapultę do wielkiej kariery, względnie do zgarnięcia solidnej gotówki. Te wielkie plany boleśnie zderzyły się z wizją prezesa klubu Josu Urutti, który wyżej wymieniony zestaw za wszelką cenę postanowił zatrzymać na San Mames. Taki konflikt interesów nie mógł sprokurować niczego dobrego. Klubowe kasy zasiliła, co prawda okrągła suma za defensywnego pomocnika, ale w wyniku powstałego wokół zainteresowanych zamieszania ucierpiał przede wszystkim wizerunek drużyny. Bilbao przestało być ziemią obiecaną dla piłkarzy z baskijskim rodowodem. Ci klasowi – Mikel Rico, Benat Etxeberria, Raul Garcia czy Nacho Monreal – mimo sporego zainteresowania ze strony klubu, nie skusili się na przywdzianie koszulki w biało-czerwone pasy, być może z obawy przed podobnymi niewolniczymi praktykami. Sąsiedzi z San Sebastian także nie kwapią się do podróży do serca Kraju Basków, za wyjątkiem wojaży w ramach spotkań derbowych. W rezultacie jedynym sensownym nabytkiem podczas minionych okienek okazał się kompletnie wolny od przesądów Aritz Aduriz, który już trzeci raz wszedł do tej samej rzeki. Swoistym znakiem czasu jest fakt, że wakacje poprzedzające sezon 2013/2014 pracownicy klubu spędzą najprawdopodobniej na poszukiwaniach talentów w kadrach zespołów takich jak Eibar czy Barakaldo, kopiących w Segunda B. Sytuacja rodem z polskiego podwórka.

"Nigdy nie spadnie, Athletic nigdy nie spadnie..."?

To, gdzie zespół prowadzony przez Marcelo Bielsę znajduje się w rok po niemal historycznym sezonie, najlepiej oddają słowa wiceprezydenta klubu Jose Angela Corresa: „Mam nadzieje ze ten sezon skończy się jak najszybciej bo nie mogę doczekać się premiery nowego stadionu, który na pewno będzie osłodą po serii niepowodzeń”. Nowy stadion nie stworzy jednak z miejsca nowej drużyny. Niewykluczone, że kolejna przerwa w rozgrywkach przyniesie podobne problemy. Tym razem ich źródłem będą jednak nie wielkie ambicje i chęć rozwoju, ale frustracja, rozgoryczenie i bunt. Hiszpańskie boiska widziały już w ostatnich latach kilka pięknych katastrof. Celta Vigo, Deportivo czy Villarreal to przykłady obiecujących projektów, które z hukiem i bez ostrzeżenia stoczyły się do Segunda. Czy żegnając się po 100 latach z La Cathedral, Athletic po raz pierwszy w historii pożegna się także z La Liga?

Marcin Serocki Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook