Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 19 maja 2014

Odzyskany pierwiastek szaleństwa Fergusona

foto: skysports.com
Chociaż ostatnio był to najgorzej utrzymywany w tajemnicy sekret angielskiego futbolu, zakontraktowanie Louisa van Gaala w Manchesterze United wciąż wydaje się niemałą sensacją. Sam fakt, że w niecały rok po ostatnim meczu pod wodzą sir Aleksa Fergusona nastąpił odwrót od jego wyboru następcy skłania do refleksji - stąd dla kibiców "Czerwonych Diabłów" pocieszający może być fakt, że szkockiego szaleńca wreszcie zastąpił jego holenderski odpowiednik.

Warto w tym momencie przypomnieć, że nie tylko brak znaczących sukcesów różnił Moyesa od Fergusona, który mimo wszystko starał się przedstawiać młodszego kolegę jako "naturalnego następcę" w Manchesterze United - co oczywiście znaczy, że oczekiwał kontynuacji jego pracy, odzwierciedlenia charakterystycznego stylu zachowania i gry. Nie tylko w tym względzie były menedżer Evertonu zawiódł.

Od momentu zwolnienia powstało wiele list taktycznych czy personalnych niedociągnięć okresu pracy Davida Moyesa na Old Trafford, ale zawsze na czele znajdowało się stwierdzenie, że Szkot "stracił szatnie". Wypadałoby jednak zapytać, czy kiedykolwiek udało się mu zdobyć szacunek byłych podopiecznych Fergusona. Skoro nie miał zbyt wielu argumentów we własnym CV, by im zaimponować, dodatkowo publicznie przyznając, że na spotkanie na którym Fergusona miał go mianować na swojego następcę jechał przerażony. Gdy już dowiedział się o tej decyzji nie tylko nie mógł nic zrobić, ale też... zbladł. Był i czuł się niczym jeden z piłkarzy, których Ferguson w takich indywidualnych rozmowach zwykł rugać.

Zresztą David Moyes nie jest osobą, która łatwo wybucha, wchodzi w otwarty konflikt z piłkarzami. Na Goodison Park zbudował rodzinną atmosferę i tylko raz stracił do zawodników cierpliwość w Evertonie, zaraz na początku swojej pracy. Jednak Ferguson przez lata wyrabiał sobie szacunek twardymi decyzjami - na początku wyrzucając piłkarzy, którzy nadużywali alkoholu, później pozbywając się gwiazd, w ulubieńców trybun kopiąc butami, susząc głowy każdemu, kto nie realizował jego założeń lub nie spełniał oczekiwań.

A Moyes? Po zwolnieniu Szkota jedna z gazet donosiła, że jego asystent wśród piłkarzy miał przezwisko "odp...... się", bo tak zwykle odzywał się do, jakby nie było, gwiazd światowego formatu. Z kolei gdy Moyes chciał wprowadzić dyscyplinę to karał piłkarzy za to, że sfotografowano ich na kolacji w mieście, gdy... mieli wolne od treningów. Pomijając już sam fakt, że jednego z nich wtajemniczył w cele transferowe Manchesteru United, byle tylko utrzymać go w składzie. Tak nie zbudował sobie szacunku w szatni.

Jednak to nie David Moyes jest bohaterem dnia w piłkarskiej Anglii, lecz Louis van Gaal. On jest stworzony z tej samej gliny, co sir Alex Ferguson. - Istotą procesu budowania drużyny jest przygotowanie ludzi do czekającej ich walki - mówił na potrzeby książki "Menedżerowie" Sam Allardyce, jeden z tych, który uczęszczał na wykłady szkockiego szkoleniowca i jego ma za wzór - Nazywamy to "zarządzaniem szaleństwem".

A Louis van Gaal jest szalony. Jeden mały aspekt, który nie przypadnie mu do gustu jest dla niego prowokacją do starcia i pokazania własnej wyższości - niekoniecznie w samej konfrontacji, ale przez odwagę i chęć jej podjęcia. Gdy jeszcze prowadził AZ Alkmaar i gościł w studiu holenderskiej TV przy okazji meczów Ligi Mistrzów, prowadzący zaanonsował następny program z innymi ekspertami, van Gaal oburzył się, powiedział, że tego dnia ma akurat wolne i on powinien tam być - po czym ostentacyjnie wyszedł. W ostatnich dniach już na zgrupowaniu reprezentacji "Oranje" raz dowcipkując chętnie rozmawiał z angielskimi dziennikarzami, by następnego dnia na konferencji karcić ich za próby pytań o jego kontrakt z Manchesterem United.

Kolejną historią może być ta o złapaniu i podniesieniu Luki Toniego za kołnierz, gdy ten jako jedyny z całej grupy siedział w momencie wejścia Holendra na salę obiadową. Ściąganie spodni i pokazywanie drużynie własnej "męskości", przewracanie juniorów, by uzmysłowić im, że jeszcze są za słabi na swoje ambicje (w tej roli wystąpił Gerard Pique!), krzyczenie na dziennikarzy, wyrzucanie piłkarzy za udzielone wywiady czy publiczne ich krytykowanie - kariera van Gaala była pod tym względem wyjątkowo spektakularna, wybuchowa. Zupełnie jak Fergusona, prawda?

Dlatego też Ryan Giggs może odnaleźć się w roli jego asystenta - tego, który będzie go wstrzymywał w razie potrzeby, będzie w tym duecie "dobrym gliną", znającym piłkarzy. Po tym jak w sztabie Moyesa czuł się odizolowany, niepotrzebny i niedopasowany teraz, po zakończeniu wielkiej kariery piłkarskiej, może się uczyć i przygotowywać do otworzenia już pełnowymiarowego trenerskiego rozdziału w swojej kolejnej autobiografii.

Bo w kontekście zatrudnienia van Gaala nie sposób nie zapomnieć o... futbolu. Wersji nowocześniejszej, wciąż ofensywnej, mieszającej ideały Fergusona z najlepszymi wzorcami szkoły holenderskiej. Nadal bezczelnej i znów z charakterem swojego menedżera, który chełpi się talentem do wprowadzania młodzieży. Zresztą porównując ostatni sezon starego Szkota z jego następcą powszechnie stwierdzono, że największą różnicą był tajemniczy "czynnik Fergusona" - bo przecież skład w sporej mierze pozostał ten sam. Do tej pory niezidentyfikowany i nieokreślony może w następnym sezonie okazać się tym, co wyróżnia również van Gaala. Szaleństwo, odwaga, bezczelność i wielka ambicja - czyżby Freguson wreszcie doczekał się prawdziwego następcy? Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook