Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Oczekiwanie

fot. skysports.com
Początek sezonu to czas, gdy trenerzy wprowadzają, szukają i czekają – nowych zawodników, optymalnego zestawienia, aż bohaterowie finałów mistrzostw świata osiągną wymaganą dyspozycję fizyczną. Miniony tydzień był pełen eksperymentów. Zaskoczył Guardiola. Próbował Ancelotti. Sprawdzał Simeone. Oczekiwali Wenger i van Gaal. Debiutował Luis Enrique. Każdy z różnym skutkiem. I wynikami.


Społeczny kontrast

Angielską piłką nożną wstrząsnął w ostatnich dniach skandal z udziałem byłego menedżera Cardiff City, Malky'ego Mackaya. To pobudka lub przypomnienie dla całego środowiska. Futbol na Wyspach przeszedł długą drogę od czasów Justina Fashanu, ale osoby czarnoskóre, pochodzenia żydowskiego, geje czy kobiety ciągle bywają w nim dyskryminowane. Piłkarskie szatnie przepełnione są niesmacznymi żartami, wynikającymi z mocno zakorzenionego podłoża społeczno-kulturowego.

Mackay zapłacił za swoje, wyciekłe do prasy, oburzające/niestosowne/nieprzemyślane/prymitywne wiadomości tekstowe, dodatkowo pogorszone szokującymi oświadczeniami Stowarzyszenia Ligowych Menedżerów oraz samego szkoleniowca, utratą propozycji powrotu do zawodu z Crystal Palace. Jego były współpracownik, Iain Moody, zrezygnował z posady dyrektora sportowego w tym samym klubie. Czy to kolejny ważny krok na drodze do edukacji całej branży piłki nożnej? A może po prostu smutny obraz rzeczywistości, z którym należy się pogodzić?

Tymczasem w Niemczech - gdzie były reprezentant kraju, Thomas Hitzlsperger, przyznał się na początku roku do bycia gejem - inaugurację 52. sezonu Bundesligi poprzedziła zacna uroczystość. Na płycie boiska przed meczem z Wolfsburgiem Bayern Monachium uhonorował każdego z mistrzów świata przywdziewających jego barwy bukietem kwiatów. Wśród nich Jérôme'a Boatenga, najlepiej uosabiającego ewolucję społeczno-kulturową, jaka dokonała się w kraju naszych zachodnich sąsiadów na przestrzeni minionych kilkunastu lat. Letni sukces na stadionach Brazylii to przecież efekt nie tylko świetnego systemu szkolenia młodzieży czy pełnej harmonii współpracy na linii Niemiecki Związek Piłki Nożnej - spółka zarządzająca rozgrywkami ligowymi - kluby. To również rezultat otwarcia się na mniejszości kulturowe: zasymilowanych w kraju potomków tureckich, polskich czy tunezyjskich imigrantów, odgrywających kluczowe role w narodowym zespole.

Jakby mało było kontrastów pomiędzy Anglią a Niemcami, siedzibami dwóch najbogatszych lig piłkarskich na świecie, ten na starcie nowych rozgrywek nie mógł być bardziej uderzający.

Pułapka Guardioli?

Podobnie jak na początku ubiegłego sezonu Pep Guardiola wynajduje Bayern na nowo. Kontuzja Javiego Martineza postawiła znak zapytania przy stałym przejściu na grę innym niż stosowanym zazwyczaj do tej pory systemem. Spotkanie z Wolfsburgiem mistrzowie Niemiec rzeczywiście rozpoczęli w 3-4-3 (3-4-1-2), choć to ustawiony najbliżej prawej strony z trójki środkowych obrońców, Philipp Lahm, a nie cofnięty skrzydłowy, Arjen Robben, był odpowiedzialny za bronienie bocznego sektora boiska.

Po pierwszym kwadransie Robben przesunął się jednak wyżej, a ustawienie Bayernu przybrało kształt standardowego 4-4-2. Holender poprowadził drużynę do zwycięstwa w klasyczny dla siebie sposób. Najpierw ograł rywala na skrzydle i wyłożył piłkę jak na tacy Muellerowi. Następnie odebrał futbolówkę i po szybkiej kombinacji z Niemcem oraz Robertem Lewandowskim podwyższył na 2:0. Czy Guardiola celowo postanowił zmylić przeciwnika, stosując pułapkę w otwierających mecz piętnastu minutach? I co przygotuje na kolejne spotkania?



Średnie pozycje* zawodników Bayernu w meczu z Wolfsburgiem potwierdzają zastosowanie systemu 4-4-2 z wysoko operującym Robbenem na prawym oraz wąsko ustawionym Mario Goetze na lewym skrzydle.

Poszukiwania Ancelottiego

Carlo Ancelotti potrzebował niemal pełnych rozgrywek, aby wypracować optymalne, zrównoważone zestawienie swojego zespołu w poprzednim sezonie. Sięgający po Ligę Mistrzów Real Madryt bronił się w prostym 4-4-2, a kluczową rolę odgrywał w nim Ángel Di María - znakomicie łączący linię pomocy z atakiem. Teraz coroczne, letnie transfery zmuszają włoskiego szkoleniowca do szukania rozwiązań na nowo.

W przegranym dwumeczu Superpucharu Hiszpanii Real powrócił do ustawienia 4-3-3. Środek pola stanowili Xabi Alonso, Luka Modrić i Toni Kroos - pomocnicy o różnej charakterystyce, ale w przeważającej mierze podający. W spotkaniu rewanżowym bardzo wysoko operowali boczni obrońcy. Boczni napastnicy grali zatem węziej, szukając miejsca pomiędzy liniami i kombinacji pomiędzy sobą na małej przestrzeni przeciwko broniącemu się głęboko i blisko siebie formacjami Atlético Madryt. W pierwszej połowie w takim układzie znacznie lepiej czuł się schodzący z lewej strony do środka pod nieobecność Cristano Ronaldo James Rodríguez. Tylko jak sprawić, by obaj panowie występowali z pożytkiem dla zespołu? Razem z Kroosem? I Balem? Poszukiwania odpowiedniego wariantu rozpoczęte.

Kontynuacja Simeone

Odmienne wyzwanie od Ancelottiego ma przed sobą Diego Simeone. Pierwszy trener Atlético też wprowadza do drużyny nowych zawodników, ale sprowadzonych pod system gry. Miguel Moyà i Guilherme Siqueira zastępują na razie, odpowiednio: Thibauta Courtois i Filipe Luisa. Najważniejsze zmiany zaszły jednak z przodu. W rewanżowym meczu z Realem duet napastników sformowali Antoine Griezmann i Mario Mandzukić, którzy potrzebowali kilkudziesięciu sekund, by przesądzić o kolejnym trofeum dla stołecznego klubu.

Francuz i Chorwat doskonale wpisują się w filozofię gry Simeone. Obaj bardzo ciężko pracują bez piłki oraz dobrze czują się w przejściu z obrony do ataku. Griezmann oferuje szybkość i wysokie umiejętności techniczne, podczas gdy Mandžukić zapewnia wzrost i siłę fizyczną w ofensywnej tercji boiska. Ich współpraca będzie kluczowa dla dalszego rozwoju zespołu mistrzów Hiszpanii.

Oczekiwanie Wengera...

Znowu to samo - oglądając wyjazdowe spotkanie Arsenalu z Evertonem, wniosek nasuwał się automatycznie. Kanonierzy znowu przegrywali na boisku jednego z bezpośrednich konkurentów i powielali błędy z przeszłości. Everton był lepszy technicznie i taktycznie. Arsenal miał problem z przeniesieniem ciężaru gry w okolice pola karnego przeciwnika. Ustawiony na skrzydle Mesut Oezil odpuścił Seamusa Colemana przy pierwszym golu dla gospodarzy. Środkowi obrońcy podejmowali odmienne i/lub pochopne decyzje przy pierwszym i drugim. Ile można, panie Wenger?

Arsenal jednak wrócił. Rywale opadli z sił, a londyńczycy wykazali się cierpliwością, do której w końcówce dodali jakość. Różnicę zrobił wprowadzony na murawę w przerwie w miejsce Alexisa Sancheza Olivier Giroud. W drugiej połowie Arsenal miał na kim oprzeć grę w ataku i zmuszany do dośrodkowań przez wąsko broniący Everton drugi weekend z rzędu dopiął swego rzutem na taśmę. Po meczu Arsène Wenger - jak nie on - nie zwalał części odpowiedzialności na sędziów, koncentrując się na duchu zespołu. Ten charakter będzie musiał przeprowadzić Kanonierów przez resztę miesiąca, zanim kluczowi zawodnicy (Giroud, Oezil, Alexis, Kościelny, Mertesacker) osiągną optymalną formę fizyczną. Czy we wrześniu zobaczymy ten prawdziwy, wzmocniony Arsenal?



Tablica Oliviera Giroud z drugiej połowy meczu z Evertonem. Pięć strzałów, z czego dwa celne i jeden zakończony golem, oraz kilkanaście celnych podań na połowie rywala. Przed przerwą Alexis Sánchez nie dotknął piłki w polu karnym przeciwnika ani razu.

... i van Gaala

Prawdopodobnie jeszcze dłużej trzeba będzie poczekać na taką drużynę Manchesteru United, nad jaką pracuje Louis van Gaal. W Sunderlandzie Czerwone Diabły zdobyły pierwszy punkt pod wodzą Holendra, ale po raz kolejny zaprezentowały się słabo. Sam szkoleniowiec zwrócił uwagę na niewłaściwe decyzje w posiadaniu piłki oraz brak kreatywnych podań. Zawodnicy wspólnie uczą się gry w systemie 3-4-1-2. Na boisko powrócili Luis Antonio Valencia i Robin van Persie. Bliski finalizacji jest transfer Di Maríi. Czas powinien działać na korzyść United. Tyle, że przy każdym następnym negatywnym wyniku presja będzie tylko rosnąć.



Szanse stworzone** przez Manchesteru United z gry na Stadium of Light - ani jednego otwierającego podania!

Pożyteczny debiut

Podobnie jak na Old Trafford, nowością powiało także na Camp Nou w trenerskim debiucie Luisa Enrique. Wyjściową jedenastkę Barcelony wypełniły nowe twarze: Claudio Bravo, Jérémy Mathieu i Ivan Rakitić oraz wychowankowie Munir i powracający z wypożyczenia Rafinha. Na samej murawie długo nie działo się nic szczególnego. Gospodarze całkowicie zdominowali broniące się de facto w ustawieniu 6-3-1 Elche, ale mieli problemy z penetracją szeregów przeciwnika. Barça, a zwłaszcza Sergio Busquets, błyszczała za to w przejściu z ataku do obrony i to właśnie przechwyt defensywnego pomocnika w ofensywnej tercji boiska okazał się asystą przy golu dobrze dysponowanego Leo Messiego na 1:0.

Chwilę później, tuż przed przerwą, temu samemu Busquetsowi przydarzył się jednak fatalny błąd, skutkujący czerwoną kartką dla Javiera Mascherano. W rezultacie Barcelona otrzymała szansę przetestowania wariantu gry w dziesiątkę. Marc Bartra zastąpił ustawionego na prawym skrzydle Rafinhę. System gry przyjął kształt najpierw 3-4-2, a następnie 4-4-1, podczas gdy nieco przypadkowy gol Munira załatwił sprawę rozstrzygnięcia zaraz po zmianie stron. Niewykluczone, że Enrique nieoczekiwanie wyciągnął z tego meczu więcej, niż mógł się spodziewać.

*źródło: WhoScored.com
**źródło: FourFourTwo Stats Zone Wojciech Falenta
comments powered by Disqus
facebook