Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
czwartek, 10 lipca 2014

Nowa trauma Brazylii

David Luiz po meczu z Niemcami. / fot. goal.com
Brazylia wreszcie uwolniła się od traumy Maracanazo, porażki ze skromniejszym Urugwajem w decydującym meczu mundialu w 1950 roku, ale udało się to tylko dzięki jeszcze większej katastrofie. Teraz cały kraj będzie wspominać hańbę z Belo Horizonte – jak głupio brzmi nazwa tego miasta po laniu od reprezentacji Niemiec, gdzie tu niby te ładne widoki – która zakończyła marzenia o zdobyciu szóstego mistrzostwa świata.


Ponad pół wieku temu na Maracanie zapadła najgłośniejsza cisza w historii futbolu. Dwieście tysięcy ludzi przeżywało w milczeniu porażkę Brazylii z Urugwajem, która stała się narodową tragedią, stworzyła własny mit i ciągle o sobie przypomina. Nawet kolorem reprezentacyjnego stroju. Brazylia po Maracanazo przeklęła białe koszulki, uznała je za pechowe i zamieniła na żółte, w których gra do dziś.

Przesądy były widoczne nawet w mundialowej drabince, którą skonstruowano w taki sposób, żeby gospodarze zagrali na Maracanie dopiero w finale i w nim rozprawili się z upiorami z przeszłości. Nie zagrają, nie rozprawią się. Mają nową traumę, którą można tylko próbować rozbroić śmiechem, szyderstwem i lekceważeniem.

Futbol się zmienił, stał się mniej romantyczny, czasy sprzyjają raczej tworzeniu internetowych memów, a nie mitów, lecz Brazylia po klęsce z Niemcami musi czuć się bardziej upokorzona, niż po przegranym meczu z Urugwajem. Tamta porażka była bolesna, raniła głęboko, ale pozostawała tylko porażką. Teraz Brazylia musi się zmierzyć z poniżeniem jakiego na tym poziomie nikt nie doświadczył, wstydem na cały świat. Została ośmieszona. W dodatku będzie trzeba znieść grającą w finale mundialu Argentynę. A kto wie, może też przeżyć jej święto na Maracanie.

Historyczne 1:7 z Niemcami będzie już przypominane do końca świata. Pewnie powstaną książki, teraz książki sportowe powstają o wszystkim, na pewno ktoś nakręci kiedyś film dokumentalny o tych wydarzeniach, Brazylia każdym mundialem będzie musiała rehabilitować się za tę katastrofę, a kolejni gospodarze mundiali będą straszeni jej przykładem. Na razie wydawane są tylko gazety, okładki niektórych z nich wyglądają jak nekrologi.

Brazylia była nieprzekonująca od początku mundialu, ślizgała się przez kolejne rundy fazy pucharowej, posiadała mało wyraziste atuty. Porażka była oczekiwana, wisiała nad tą drużyną od początku turnieju, lecz nikt nie mógł przypuszczać, że gospodarze zostaną aż tak wychłostani. Siedem goli i więcej w jednym meczu na ostatnich mundialach traciły egzotyczne reprezentacje Korei Północnej, Arabii Saudyjskiej i Salwadoru, które na mistrzostwa jeździły w roli chłopców do bicia. Poważnym drużynom tak dotkliwe porażki na wielkich turniejach się nie zdarzały. Czasami traciły nawet cztery gole, to jeszcze by uszło, lecz siedem strzałów wpada do jednej bramki bardzo rzadko nawet w meczu drużyn o bardzo zróżnicowanej klasie. Gdy grało ze sobą dwóch faworytów dużego turnieju, nie zdarzyło się w pojedynczym meczu nigdy wcześniej. To najlepiej pokazuje rozmiary brazylijskiej klęski.

Oczywiście, Brazylijczykom nie wychodziło nic, Niemcom – wszystko. Gdyby tylko rozgrywający wspaniałą partię Toni Kroos chciał na stadionie w Belo Horizonte zamienić wodę w wino, to niechybnie by mu się to udało. Niemcy grali płynnie, momentami finezyjnie, z dużą swobodą, choć trzeba zaznaczyć, że dostali sporo luzu od sparaliżowanych rozwojem wypadków gospodarzy. Kolejne gole strzelali z dużą łatwością, zupełnie jakby atakowali bramkę bronioną przez topornego Thiago Cionka, a nie piłkarzy Bayernu, PSG, czy Realu. Gdyby nie zdecydowali się odpuścić – tak mówił Mats Hummels, to następny policzek – znęcaliby się nad Brazylijczykami jeszcze okrutniej. Wystarczyło, że Canarinhos i ich kibice musieli cierpieć przez godzinę – jedni snując się po boisku i dogrywając przegrany mecz, drudzy patrząc na tę katastrofę.

Jej symbolem stał się Fred. Niemrawy napastnik jest łatwym celem, chociaż trudno winić go za wynik meczu z Niemcami. Na swoje nieszczęście znalazł się w złym miejscu i bardzo złym czasie. Nie jest przecież odpowiedzialny za chaos w defensywie, bierną grę obrońców i szkolne błędy pomocników, którzy łatwo tracili piłkę pod naporem niemieckiego pressingu. Nie jest też winien tego, że w ojczyźnie wybitnych atakujących – przecież Brazylia kiedyś była napastnikiem – nie ma teraz poważnych piłkarzy na tę pozycję. Fred był tylko najlepszy wśród bandy przeciętniaków i teraz będzie zbierał razy za to, że nie grał na mundialu jak Ronaldo. Pamięć o pięknej przeszłości i konfrontacja jej z niewyraźną teraźniejszością wywołała frustrację.

Największymi brazylijskimi wygranymi meczu z Niemcami są nieobecni. Widzieliśmy na tym turnieju solidną obronę z Thiago Silvą, widzieliśmy też kompletny rozkład drużyny, gdy kapitan osierocił drużynę. Ofensywa Brazylii nie istniała bez Neymara, który na tym mundialu był najbardziej wartościowym atakującym w talii Luiza Felipe Scolariego. Można spekulować, co by było, gdyby obaj zagrali w tym meczu, pewnie skończyłoby się na wniosku, że byłoby lepiej. Po przegranych meczach, zwłaszcza w podobny sposób, takie rozważania zawsze służą do docenienia nieobecnych i podkreślenia ich pozytywnego wpływu na grę i wyniki drużyny.

Przed mundialem Scolari mówił, że Brazylia jest siedem kroków od mistrzostwa świata. Po mundialu pozostanie pamięć o siedmiu golach wstydu, które przykryją nawet możliwy brązowy medal. Nie o niego przecież Brazylijczycy grali na swoim mundialu. Big Phil i jego ekipa przeżyli big fail. Bartosz Wlaźlak
comments powered by Disqus
facebook