Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 20 września 2013

Nijaki start Legii

fot. www.pogonszczecin.pl
Legia zaczęła fazę grupową Ligi Europy nijako – ani dobrze, ani też szczególnie źle. Porażkę z Lazio można było zakładać już po losowaniu, ale po tym letnim meczu pozostaje niedosyt i wrażenie, że w Rzymie nie trzeba było dużo, by ugrać coś konkretnego.

To był przyzwoity mecz mistrzów Polski. Legia zagrała najlepsze spotkanie w tegorocznej przygodzie z europejskimi pucharami. Drużyna Jana Urbana wreszcie dobrze weszła w mecz, grała pewniej, spokojniej i była lepiej zorganizowana niż w poprzednich meczach. Zupełnie inne były jednak okoliczności niż w meczach eliminacji Ligi Mistrzów. Stawka meczu z Lazio była zdecydowanie mniejsza, a atmosfera nieporównywalnie mniej napięta niż przed spotkaniami ze Steauą. Także rywale podchodzili do gry z innym nastawieniem – byli mniej zdeterminowani od Rumunów, skoncentrowani przede wszystkim na zbliżających się derbach Rzymu, na które Vladimir Petković oszczędzał kilku czołowych zawodników. Co prawda Federico Marchetti po meczu mówił, że Lazio skupiło się tylko i wyłącznie na walce z Legią, ale wydaje się, że więcej było w jego słowach kurtuazji niż zgody z rzeczywistością.

Legia zaczęła obiecująco, miała świetną okazję na objęcie prowadzenia, ale – mam wrażenie – mecz toczył się na warunkach narzuconych przez Lazio. Rzymianie kontrolowali mecz, który rozwijał się tak, jakby przed rozpoczęciem został dokładnie zaprogramowany. Włosi rozpędzali się bardzo wolno, grali ekonomicznie, próbując wygrać z Legią jak najmniejszym nakładem sił. Co gorsza nie potrzebowali do tego zbyt dużo jakości. Wystarczyło, że na moment podkręcili tempo gry, strzelili gola i mogli spokojnie pilnować zwycięstwa.



Mistrzowie Polski mieli zbyt mało argumentów, żeby odmienić losy meczu po stracie gola. Legia starała się atakować, niby utrzymywała się przy piłce, potrafiła wymienić kilka podań, ale nie było w tym błysku. Jej ataki były dość mozolne, łatwe do powstrzymania, a Urban miał w ofensywnie zbyt dużo słabych ogniw. Po kontuzji Wladimera Dwaliszwiliego trener Legii został tylko z jednym napastnikiem. Marek Saganowski po raz kolejny boleśnie przekonał się, że poziom międzynarodowy to dla niego już zbyt wysokie progi. Doświadczony napastnik może jeszcze sporo dać Legii w Ekstraklasie, przyda się w meczach ze słabszymi rywalami we wstępnych fazach europejskich pucharów, ale przeciwko poważniejszym rywalom niewiele wnosi do gry. Rozczarował też Henrik Ojaama, z którego gry w ofensywie było bardzo mało pożytku.

Na pocieszenie dla Legii – i być może też reprezentacji – rośnie Jakub Rzeźniczak. Legia szukała stopera, próbowała na tej pozycji różnych wariantów, a okazało się, że miała go cały czas pod ręką, tyle że schowanego na prawej obronie. Plus dla Urbana, że znalazł tam Rzeźniczaka i postawił na niego w środku defensywy.

W sumie mecz do szybkiego zapomnienia. Szkoda straconych punktów, ale z punktu widzenia Legii najważniejsze rzeczy w tej grupie dopiero będą się działy. Bartosz Wlaźlak
comments powered by Disqus
facebook