Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 4 listopada 2014

Niezagrożony

fot. skysports.com
Wygrywając trzy mecze z rzędu, Alan Pardew wcale nie odpędził od siebie widma zwolnienia z posady menedżera Newcastle United. Mimo doniosłych protestów ze strony kibiców tak naprawdę ani przez chwilę nie musiał bowiem czuć się poważnie zagrożony. Mike Ashley zupełnie nie liczy się z opinią fanów. A inwestując w klub i stając się jego właścicielem, pewnie doskonale wiedział, co robi.


Newcastle to wyjątkowe spośród największych angielskich miast. W odróżnieniu od Manchesteru, Liverpoolu, Birmingham czy Leeds jest siedzibą tylko jednego, dużego, profesjonalnego klubu sportowego. Wyjątkowi są również kibice United. To ludzie nadzwyczaj krewcy, pełni pasji, która łatwo potrafi przerodzić się w nienawiść. Do historii Premier League przeszła scena z dwójką rozwścieczonych fanów "Srok" wykrzykujących obelgi pod adresem ówczesnego menedżera klubu, Sama Allardyce'a. Tymczasem byli zawodnicy Newcastle - niezależnie od tego, w jakich okolicznościach zdecydowali się odejść - muszą najczęściej przygotować się na pokaźną dawkę wyzwisk w swoją stronę, gdy tylko znowu postawią stopę na murawie St. James' Park w barwach jakiegokolwiek innego zespołu. Tam wyjątkowo nie akceptują braku lojalności.

Bez wpływu

Kibice Newcastle należą jednak zarazem do najmniej wpływowych w kraju. Można odnieść wrażenie, że na przestrzeni ostatnich kilku lat bez przerwy protestują. Wspólnie okazywali niezadowolenie po zwolnieniach menedżerów (Kevina Keegana i Chrisa Hughtona) oraz tymczasowej zmianie nazwy ich stadionu. Domagali się zerwania kontrowersyjnej umowy sponsorskiej z firmą Wonga. Prowadzą długotrwałe kampanie przeciwko właścicielowi czy wreszcie obecnemu szkoleniowcowi. Co osiągnęli? Za każdym razem dokładnie nic. Keegan i Hughton nie wrócili na stanowisko. St. James' Park odzyskało swoje imię dopiero, gdy Ashley uznał to za stosowne. Fanów w koszulkach z logiem Wongi można spotkać wszędzie. A co najważniejsze, na domowe mecze regularnie przychodzi po 50 tysięcy kibiców. Podczas środowego spotkania Pucharu Ligi na Etihad Stadium sektor gości również wypełnił się w imponującej liczbie.

W żadnym innym angielskim klubie siła oddziaływania fanów nie jest tak niska. Kilka lat temu to de facto kibice doprowadzili do rozstania z Liverpoolem Roya Hodgsona. Latem ubiegłego roku stanowcza reakcja fanów Boltonu doprowadziła do zerwania umowy sponsorskiej z konkurentem Wongi, firmą Quick Quid. Sięgając nieco dalej w przeszłość, grupę kibiców Manchesteru United na tyle oburzyło przejęcie klubu przez rodzinę Glazerów, że rozpoczęli od podstaw budowę nowego klubu. Nawet w Blackburn, gdzie drużynę długo prowadził znienawidzony przez własnych fanów Steve Kean, średnia frekwencja zmniejszyła się po spadku z Premier League o jedną trzecią. (W Newcastle w sezonie 2009/10 zaledwie o kilkanaście procent.)

Tajemniczy cynik

Czy Ashley jest po prostu tak nieugięty? Wcale niekoniecznie. Kij ma dwa końce. Można dojść do wniosku, że ten bezlitosny, stosujący drastyczne, obliczone wyłącznie na zysk metody (ponad 90% pracowników Sports Direct zatrudnia na tak zwanych umowach śmieciowych) magnat finansowy postanowił zainwestować właśnie w Newcastle nie bez kozery. Nigdzie indziej ten cyniczny, przeniesiony prosto z jego działań biznesowych sposób prowadzenia klubu nie uszedłby mu na sucho. Kibice każdego innego klubu potrafiliby skutecznie wywrzeć presję. Lub zagłosowaliby nogami.

Nie sposób zresztą stwierdzić, co tak naprawdę knuje jeden z kilkunastu najbogatszych Brytyjczyków. Inwestując 135 milionów funtów, z pewnością liczył, że po kilku latach sprzeda Newcastle United z zyskiem. Na razie chętnego nabywcy na horyzoncie nie widać. Sam Ashley początkowo bratał się z kibicami. Zwolnił Allardyce'a i zastąpił go ubóstwianym nad rzeką Tyne Keeganem. Regularnie oglądał mecze z wysokości trybun, wśród fanów. Nawet gdy to przestało być możliwe, zespół prowadzony przez Pardew zajął piąte miejsce w lidze, korzystając z kontrowersyjnej, acz innowacyjnej polityki transferowej. Teraz Ashley niemal całkowicie usunął się w cień, przy okazji pozyskując kolejne akcje we w bólach odradzającym się Glasgow Rangers. Co chodzi mu po głowie (poza niepohamowaną żądzą zysku)? Nie wiadomo.

Pewne jest jedno. Kibice Newcastle mogą wspólnie maszerować, wywieszać transparenty i skandować Pardew Out do woli. Ich zdanie nie ma żadnego znaczenia. Ashley pewnie spogląda na kolejną falę protestem z pobłażliwym uśmiechem. Przecież tak czy owak koszulkę kupią, na stadion przyjdą, a na wyjazd pojadą. A Pardew? Jego zwolni wtedy, gdy sam będzie miał na to ochotę. Wojciech Falenta
comments powered by Disqus
facebook