Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 1 listopada 2013

Niewierny jak piłkarz

fot. bundesliga.de
Mówi się, że cykl drużyny powinien trwać około czterech lat, a później konieczna jest zmiana głównych bohaterów. Przeciętny piłkarz spędza w jednym klubie niecałe dwa i pół sezonu (tak przynajmniej wynika z wyliczeń, które prezentuję niżej). Dla kibica, który wspiera swoją drużynę od dziesięciu lat, oznacza to 48 różnych piłkarzy w samej tylko wyjściowej jedenastce drużyny. To także co dwa sezony nowe gwiazdy, z którymi na nowo musi się utożsamiać i piłkarze, z którymi musi się żegnać. Piszę o tym, jak trudno pozostać wiernym kibicem... ze statystycznego punktu widzenia.



Gry z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Dwie drużyny, jedna w żółto-niebieskim stroju, druga w biało-czerwonym. Wielkie piksele, ledwo widoczne kończyny. I ta radość z Brazylia-Polska w finale mistrzostw świata. A to wszystko bez ani jednego piłkarza, który byłby wymieniony z imienia i nazwiska. Nie przeszkadzało. Dziś konkretne nazwiska i składy to niekiedy sedno rozrywki oraz zainteresowania piłką nożną. To obrazuje jak wielką uwagę przykładamy do tego, jakimi zawodnikami dysponuje ulubiona drużyna. Chcemy mieć swoich idoli i śledzić ich życie. Czytamy biografie, plotki i wpisy na serwisach społecznościowych. Zależy nam, aby ci najlepsi byli w klubie na długo. Składy zmieniają się jednak w zawrotnym tempie, a dzisiejsi zwycięzcy za jakiś czas mogą być już tylko wspomnieniem wielkiej drużyny. Obecnie piłkarz gra w jednym klubie przeciętnie przez dwa lata, trzy miesiące i 22 dni. Cieszysz się z nowego transferu? Musisz mieć dużo szczęścia, aby zawodnik był tu jeszcze po dwóch sezonach.



Publikuję wyniki mojej analizy, którą sporządziłem na podstawie stażu obecnie występujących zawodników z wszystkich klubów edycji 2013/14 Ligi Mistrzów (dane na dzień rozpoczęcia sezonu). W zależności od zespołu przeciętny staż piłkarza w klubie waha się od 1,19 roku (Olympiakos) do 4,71 (Manchester United). Tak duże rozbieżności wynikają z odmiennych modeli zarządzania zespołem. Tam, gdzie w większym stopniu stawia się na wychowanków, rotacja jest mniejsza i przeciętny staż w klubie większy. Oprócz tego kolosalne znaczenie ma cykl budowy, w jakim dana drużyna się znajduje. Te dopiero przejęte przez nowego trenera, których kręgosłup dopiero się wykształca, stoją na nowo przybyłych piłkarzach (staż bliski 0). Tam, gdzie już kolejny sezon kontynuuje się wcześniej obraną drogę, te same nazwiska pojawiają się w raportach meczowych w kolejnych latach.

Kibic, który wspiera swoją drużynę od lat, musi się godzić na ciągłe zmiany. Jeśli założymy, że kariera piłkarza trwa średnio od 18 do 35 roku życia, to przeciętnie zawodnik zaliczy aż siedem klubów w ciągu tych siedemnastu lat. Nic zatem dziwnego, że podziwia się tych, którzy transferowej karuzeli się oparli. Jak pisał Michał Okoński w swojej książce "Futbol jest okrutny", kiedy oglądasz swoją drużynę w finałowym meczu sprzed kilku lat, przy linii stoi inny trener, a na boisku główne role odgrywają inni zawodnicy. Dawne gwiazdy już rozjechały się po świecie, a twój klub tworzą już zupełnie inne osoby. Nie będę gołosłowny. Oto wyjściowa jedenastka Interu Mediolan w finale Ligi Mistrzów 22. maja 2010 roku: Júlio César (QPR), Maicon (Roma), Lucio (Sao Paulo), Walter Samuel, Christian Chivu, Javier Zanetti, Wesley Sneijder (Galatasaray), Esteban Cambiasso, Samuel Eto'o (Chelsea), Diego Milito, Goran Pandev (Napoli). Ponad połowa składu w ciągu trzech lat stała się rywalami Interu w walce o kolejne puchary.

Przemijanie w piłce nożnej to jedna z największych bolączek kibica. Tak trudno godzić się z faktem, że Carles Puyol nie jest wieczny, a Robin van Persie nie gra już tam, gdzie miał być przeznaczony. Co zrobi wierny kibic, gdy jego ulubiony trener oraz zawodnicy opuszczą klub? Podążyć za idolami, czy za barwami? Jeśli kibicujesz klubowi ze swojego miasta, decyzja wydaje się prosta. Co jednak z kibicami drużyn zagranicznych, którzy takie dylematy przeżywają na co dzień? W świetle danych nie ma najmniejszej wątpliwości, że klub należy do kibiców, a nie do piłkarzy. Że piłkarze nie zrozumieją kibiców i vice versa. Że te światy, mimo że skupione na jednym stadionie, są od siebie oddalone o lata świetlne.



Jest promyk nadziei. Kiedy dalej analizowałem dane zawodników Ligi Mistrzów spostrzegłem, że staż w zespole także zależy od wartości rynkowej. Piłkarze warci powyżej 20 milionów euro zwykle nieco dłużej utrzymują się w klubie. Ich nie tak łatwo oddać, a i oni nie mają tak wielu miejsc, w których otrzymaliby podobne uposażenie i poziom sportowy. Doświadczeni zawodnicy to także ci, którzy więcej czasu są skłonni spędzić w jednym miejscu. Oni znają już smak gry w innych ligach, założyli rodziny oraz nie w smak im kolejne przeprowadzki. Więc o lojalność ulubieńców, tych najdroższych i tych najbardziej doświadczonych, nie trzeba się aż tak mocno bać. Ale niepewność jest wskazana.



Połowa z ponad ośmiuset przebadanych zawodników nie jest w swoim klubie dłużej niż przez jeden sezon. Obecny mistrz Ligi Mistrzów piłkarzy o stażu przynajmniej trzyletnim ma tylko dziesięciu. Cała reszta kadry to relatywnie nowe twarze, a za rok znów przecież kilku odejdzie, żeby nowi wypełnili ich miejsce w drużynie. Jak bronić się przed tym atakiem brutalnej rzeczywistości na kibicowską lojalność? Kobiety znalazły na to sposób. Moja żona, choć wcześniej nie interesowała się sportem, od kilku lat jakoś sama z siebie wyklarowała piłkarskie sympatie (i antypatie). I tak oto lubi kibicować drużynom, w których gra Steven Gerrard, Iker Casillas, Zlatan Ibrahimović oraz przeciwko tym, gdzie biega Cristiano Ronaldo. Sprowadzenie gry zespołowej do śledzenia postępów jednostek jest zagraniem w swojej prostocie genialnym. Ewentualne transfery nie mają większego znaczenia, a kibicowanie przypomina zainteresowanie sportami walki, F1 lub tenisem. Nadal wszystkie zalety kibicowskiego życia pozostają na swoim miejscu.

Moje uwielbienie do Borussii Dortmund wzięło się nie z patriotyzmu, ale zafascynowania proponowanym stylem gry i osobowością Jurgena Kloppa. To właśnie dzięki temu trenerowi bardziej zainteresowałem się Bundesligą i kibicuję Borussii. Gdy Klopp opuści Dortmund, być może podążę za nim ze swoimi futbolowymi sympatiami, bo na tyle cenię jego filozofię. Mimo że od niedawna wzdycham do Tottenhamu, kto wie, czy za kilka lat razem z Kloppem nie zaczniemy dbać także o wyniki Arsenalu? Dużo trudniejsza relacja łączy mnie z klubem, któremu jestem oddany od kilkunastu lat. Byłem z Barceloną nawet kiedy irytowała mnie swoją grą, filozofią i personaliami (zerwaliśmy tylko na kilka miesięcy, ale i tak sypialiśmy ze sobą). To jeden z tych związków, o których pisze Nick Hornby w książce "Fever pitch". Mimo cierpienia pozostajesz przy swoim klubie. Chociaż co kilka lat zmienia się on nie do poznania.

Może jednak zmiany są dobre? Oglądanie futbolu, który w każdym sezonie wyglądałby tak samo, przypomina obrazki z najnudniejszych apeli szkolnych lub mszy w kościele, na których nam nie zależało. Wiesz, jakie będzie kolejne słowo, ruch i jak się to wszystko skończy. Kiedy co roku drużynę zasilają nowe twarze, automatycznie pojawiają się nowe emocje, oczekiwania i potem nieuniknione nowe dylematy. Ligowa batalia jawi się jak kolejny sezon ulubionego serialu, który zawsze przynosi nowe wątki, nowych bohaterów i nowe zwroty akcji. Wierny kibic nawet wobec niekorzystnych zmian w klubie usiądzie do oglądania kolejnej inauguracji, naładowany nadzieją i energią na kolejny unikalny sezon, który nigdy się już nie powtórzy.

Michał Żuk, autor bloga Okno Transferowe
comments powered by Disqus
facebook