Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 7 sierpnia 2013

Niemiecka tradycja i pechowe kiełbaski

fot. bundesliga.de
Choć za oknem słońce aż parzy, a wakacje trwają w najlepsze, dzisiejszym tematem przewodnim będzie nauka i szkoła. Żeby jednak nie było zbyt sztywno, udamy się też w podróż do miejsca, gdzie pechowcom ich niefart wynagradza się kiełbaskami pierwszego sortu. I to w ilościach większych niż liczba bundesligowców poległych na starcie rozgrywek o Puchar Niemiec.

*

Na osądy, czy Henrik Mchitarjan faktycznie jest piłkarskim geniuszem, przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Póki co możemy podziwiać jego geniusz poza boiskiem: biegła znajomość pięciu języków obcych, równolegle z piłkarską prowadzona kariera naukowa, którą zresztą Ormianin chce kontynuować i po przeprowadzce do Dortmundu. Nauczyciela języka i lokalnych tradycji przydzielono mu pierwszorzędnego, bo samego Kevina Großkreutza. Shinji Kagawa przekonuje, że po setkach godzin spędzonych z ulubieńcem dortmundzkiej publiki, przyśpiewki kibicowskie ekipy z Zagłębia Ruhry ma wciąż w małym palcu. Jeśli jednak do Mchitarjana nie przemówią metody dydaktyczne nowego współlokatora, języka może uczyć się razem z bohaterami "Ulicy Sezamkowej", co bardzo chwalił sobie Koreańczyk Koo. A jeśli chciałby podszkolić elementy piłkraskiego rzemiosła, np. rzuty wolne, to wzorem Hakana Çalhanoğlu warto podpatrywać na YouTube mistrza w tym fachu, Juninho Pernambucano. Turek aż siedem z 17 bramek w dotychczasowej karierze zdobył właśnie bezpośrednio z rzutów wolnych. A wszystko to ponoć dzięki poglądowym filmom Brazylijczyka. Co ciekawe, Çalhanoğlu nie wierzy, by sztuka ta była trudniejsza w Bundeslidze niż w trzeciej lidze. Ronny i Arango chętnie przyjmą wyzwanie.



*

Zupełnie inna lekcja przydałaby się za to Szabolcsowi Husztiemu. Węgier długimi tygodniami pauzował po niefortunnie wykonanym rzucie karnym jeszcze w lutym, a po zaleczeniu urazu wrócił napakowany jak kabanos. Z West Bromem o mały włos nie wyleciał z boiska, przeciwko Kasmipasie wywołał przepychankę na murawie, a na zakończenie pucharowego meczu z Viktorią Hamburg razem z Mikem Keyserem skoczyli sobie do gardeł, aż nabuzowaną dwójkę rozdzielać musiał Leon Andreasen. W sobotę ze strony Husztiego można więc liczyć na fajerwerki. Jeśli nie będzie bramek bądź asyst, to może chociaż jakaś boruta.

*

Wraz z obniżającą się średnią wieku zawodników Bundesligi istotnym elementem całej futbolowej machiny nad Łabą staje się szkoła. Gdy młodziutki Julian Draxler strzelał swojego pierwszego dla Schalke gola i jednocześnie wprowadzał zespół "Königsblauen" do półfinału Pucharu Niemiec w styczniu 2011 roku, było już grubo po godzinie 22. A jak wyczytał jeden z nauczycieli, osoba niepełnoletnia tak późno w świetle niemieckiego prawa pracować nie może. Klubowy kolega Draxlera, Leon Goretzka, przenosiny do Schalke motywował chęcią ukończenia rozpoczętej niedawno szkoły. Bohaterem podobnej historii jest Jonathan Tah, nastoletni stoper z Hamburga, któremu szkoła tak ułożyła plan, by popołudniami mógł trenować razem z zespołem. W niedzielę, mając niespełna 17 i pół roku, stał się najmłodszym debiutantem w historii HSV. A już w sobotę, wobec problemów zdrowotnych Johana Djourou, zadebiutować może i w Bundeslidze.

*

Niemieckie tradycje? Kiełbasa i piwo, religijne pochody, punktualność i polskie marzenia na drogach nawet w najmniejszych miasteczkach. A od niedawna również masowe wtopy pierwszoligowców już na starcie batalii o Puchar Niemiec. I chociaż wśród tryumfatorów z ostatnich lat znajdziemy nawet kopciuszka, a w finale już w tym wieku grywał i trzecioligowiec, to od pewnego czasu, dokładnie od trzech sezonów, pomór wśród przedstawicieli Bundesligi już w pierwszej rundzie rozgrywek jest niespotykany jak nigdy wcześniej. W obecnym stuleciu 38 ekip z niemieckich salonów już na starcie żegnało się z marzeniami o końcowym sukcesie, z czego aż 14 w ostatnich trzech latach. Stawce przewodzi Werder, który skompromitował się za każdym razem, a niewiele lepiej radzi sobie Norymberga. W trwającej edycji padło co prawda tylko czterech pierwszoligowców (rok wcześniej aż sześciu), ale Hertha i Fryburg wymęczyły w dogrywce, a Schalke zanim trafiło do siatki, oddając zresztą pierwszy strzał w meczu, dwukrotnie bezradnie patrzyło, jak rywale obijają im bramkę. Wydawać się może, że wreszcie rozgrywki pucharowe stają się pełne niespodzianek, ale jak uczy najnowsza historia niemieckiej edycji, tylko do czasu. I im dalej w las, tym drzew coraz mniej.

*

Kiełbasa. W Niemczech to słowo-symbol, również i w Bundeslidze. Kiełbasa jest wszechobecna na niemieckich trybunach, a w dwóch z trzech największych klubów ligi za sznurki pociągają zresztą wędliniarze-pasjonaci, stojący na czele mniejszych lub większych przedsiębiorstw. Najsłynniejsza futbolowa kiełbasa nie pochodzi jednak z masarni Tönniesa czy Hoeneßa. "Pechowa kiełbasa" jest od roku przyznawana przez Niemieckie Muzeum Kiełbasy Turyngijskiej zespołowi, który w poprzedzającym sezonie w sumie najczęściej obtłukiwał bramkę rywali, tracił gole w doliczonym czasie i wbijał samobóje. Oprócz pamiątkowej statuetki szczęśliwcy pechowcy otrzymują też czek na 1000 kiełbasek. Tegoroczne kiełbaski pocieszenia trafiły do rąk brzuchów kibiców Fryburga. Czym jest jednak Liga Mistrzów przy takim specjale? Dotychczas kiełbaskami z Turyngii mogli zachwycać się kibice Herthy oraz znany amator tego przysmaku, Jürgen Klopp.

Marcin Olton
comments powered by Disqus
facebook