Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 21 lipca 2014

Niemcy u progu dominacji

fot. skysports.com
Joachim Löw mówi, że Niemcy w najbliższych latach zdominują reprezentacyjny futbol. Ze złotym medalem mistrzostw świata na szyi takie rzeczy mówi się łatwo. Tym bardziej, że okoliczności są sprzyjające.

Trudno znaleźć odpowiednie słowo do opisania obecnej pozycji reprezentacji Niemiec w światowej czołówce. Powiedzieć, że jest mocna, to tak naprawdę nie powiedzieć nic. Że się w niej liczy – też za mało. Że będzie głównym faworytem kolejnych turniejów – już bliżej, ale nie do końca o to chodzi. Nie można też jeszcze mówić o dominacji Niemców, ta przecież wymaga stworzenia złotej dynastii, choćby takiej jak ta hiszpańska, którą obalono na mundialu w Brazylii. Na razie mamy jej zapowiedź. Tylko albo aż – zależy jak się na to spojrzy.

Tylko, bo Niemcy ciągle mają mocarstwowe ambicje, od lat kończą wielkie turnieje w strefie medalowej, ciągle są blisko trofeów, ale na razie musieli się zadowalać – z ich punktu widzenia – zaledwie czymś w rodzaju nagród pocieszenia. Kilkanaście lat temu, na początku tego serialu, to jeszcze cieszyło, lecz z biegiem czasu stało się niewystarczające. Radość zaczęła przegrywać z rozczarowaniem. Po kolejnych turniejach pozostawała zadra, że znów było blisko, ale jeszcze raz nie udało się wziąć pełnej puli.

Aż, bo reprezentacja wreszcie wdrapała się na szczyt świata i ma przed sobą wspaniałe perspektywy. Niemcy doczekali się młodej, ale już bardzo doświadczonej drużyny, na której sukcesy pracuje mądry trener, silna liga i wydajne szkolenie młodzieży. To nie musi być gwarancja kolejnych zwycięstw – takich w sporcie nikt nie udziela. Niemieckie sukcesy mają jednak bardzo silne podstawy, są efektem działania całego systemu, a nie przypadku. Ordung muss sein. To uprawdopodabnia kolejne triumfy.

Jedno jest pewne – w ostatnich latach nie było drugiej tak regularnej reprezentacji. Francuzi kończyli XX wiek jako mistrzowie świata i Europy, a dosłownie przed chwilą zakończyła się złota epoka reprezentacji Hiszpanii, jednak te sukcesy skumulowały się w najwyżej trzech turniejach i były pozbawione medalowej obstawy.

Niemcy na podium wielkich turniejów stoją od kilkunastu lat. W XXI wieku nie dostali się do strefy medalowej tylko raz – podczas fatalnych dla nich mistrzostw Europy w 2004 roku. Pozostałe sześć startów kończyli na podium. Przy okazji zwycięstwa na mundialu w Brazylii ustanowili nowy rekord – zdobyli medal na czwartych mistrzostwach świata z rzędu. Bez kontekstu to osiągnięcie jest może mało istotne, sucha statystyka ginie w radości z sukcesu, lecz bardzo dobrze pokazuje na jak wysokim poziomie Niemcy ustabilizowali się w ostatnich latach. Tak długa obecność w czołówce to wydarzenie bez precedensu. Nikt wcześniej nie mógł pochwalić się tak efektowną passą.

Ta seria to historia zmian. Z pierwszego z czterech mundialowych medali, wicemistrzostwa świata w 2002 roku, pozostał już tylko szyld, barwy i Oliver Bierhoff, który wtedy był rezerwowym napastnikiem reprezentacji, a dzisiaj jest jej menedżerem. Poza tym zmieniło się wszystko – od trenera, przez zawodników i styl gry, po atmosferę wokół reprezentacji. Siermiężni kiedyś Niemcy zyskali atrakcyjne oblicze. Może dlatego kadrę z mundialu w 2002 roku traktuje się jako osobny byt, nie łączy z obecnymi sukcesami, nawet jako prolog i tło tej opowieści. Rewolucja zaczęła się dwa lata później, kiedy selekcjonerem został Jürgen Klinsmann. To punkt zwrotny w dziejach reprezentacji Niemiec. Kadencja Klinsmanna trwała tylko dwa lata, ale jest powszechnie uznawana za zaczyn jej obecnych sukcesów.

Ewolucja trwa cały czas. Na różnych płaszczyznach. Z reprezentacji, która zajęła trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 2010 roku na mundial do Brazylii pojechało tylko 11 piłkarzy. Od Euro 2012 zmieniło się trochę mniej – w kadrze zostało 16 zawodników. Niektórzy wypadli z niej na skutek kontuzji, innych wyparli lepsi, dzięki czemu w drużynie ciągle pojawiała się świeża krew. Hierarchia była ustalona, lecz skład nie był zaimpregnowany na zmiany. I tak będzie nadal. Kilku zawodników zechce wrócić do reprezentacji, pojawią się nowi kandydaci do gry, a ktoś przestanie w niej grać. Stagnacja raczej jej nie zabije.

Ruch w drużynie było też widać w trakcie samych mistrzostw. Joachim Löw mieszał w składzie, przestawiał zawodników na inne pozycje i zmieniał ustawienie. Wszystko przyniosło pożądany efekt. Niemcy byli najbardziej kompletną drużyną na całym turnieju. Świetnie ułożony zespół z kilkoma wiodącymi indywidualnościami – Manuelem Neuerem, Philippem Lahmem, Tonim Kroosem, czy Thomasem Müllerem. A jeśli już pojawiały się braki, to Löw dobrze je klajstrował. Nie miał lewego obrońcy, postawił w tym miejscu stopera Benedikta Höwedesa, który odwdzięczył się dość bezpieczną, ale solidną grą.

I jeśli w futbolu naprawdę można mówić o zasłużonych zwycięstwach, to taka właśnie była wygrana Niemców. Byli najlepsi na przestrzeni całego turnieju, byli też lepsi w finale. Kilka razy zagrali imponująco – 7:1 z Brazylią to nie tylko historia wielkiej hańby, ale także popis umiejętności, demonstracja siły i trudne do pojęcia zwycięstwa, które będzie wspominane do końca świata.

A przecież z Niemcami znowu miało być coś nie tak: nie potrafili wygrywać, nie byli zwycięzcami, a ich moment przeminął gdzieś między mundialem w RPA a polsko-ukraińskimi mistrzostwami Europy. Nic z tych rzeczy.

Zwycięstwo na mundialu może być początkiem złotej epoki Niemiec. Gdy Joachim Löw mówił, że jego drużyna zdominuje reprezentacyjny futbol nawet w przypadku porażki z Argentyną, brzmiało to jeszcze jako szykowanie gruntu pod ewentualne niepowodzenie. Kolejne pocieszenie na wypadek porażki. Po finale mówi o tym już z dużą pewnością, ale ze złotym medalem na szyi podobne deklaracje łatwiej przechodzą przez gardło, a człowiek jest bardziej przekonywający. Zwłaszcza że koniunktura jest sprzyjająca i za panowaniem Niemców w najbliższych latach przemawia bardzo dużo. Bartosz Wlaźlak
comments powered by Disqus
facebook