Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 25 maja 2013

Niedoceniony pan Jupp

fot. bundesliga.de
O rozpoznawalność i uznanie toczy boje od 32 sezonów - paskudnie długich, naznaczonych nieustanną walką o swoją pozycję i wrycie się w świadomość ogółu jako trener wielki. Dziś mu się wreszcie uda?

Na zakończenie swojej trenerskiej drogi w Monachium stworzył prawdziwe dzieło sztuki. Zespół pozbawiony jakichkolwiek defektów i słabych punktów, podbijający największe stadiony piłkarskiej Europy z przesadnie dużą łatwością i nadzwyczajną uległością rywali, pewnie kroczący po najważniejsze trofea. I jeśli Heynckesowi się uda, to do historii piłki kopanej przejdzie wreszcie doceniony. Doceniony, ale dopiero na emeryturze.

Człowiek cienia

Niedocenienie to motyw przewodni w karierze Heynckesa, przewijający się przez caluteńką jego przygodę z futbolem, bombardujący go zewsząd i pojawiający się w najmniej oczekiwanych momentach. Przez przeszło trzy dekady zawsze tkwił na uboczu i znajdował się w cieniu innych.

Już samo dorównanie swej boiskowej legendzie zajęło Niemcowi szmat czasu. Jako zimnokrwisty snajper bezlitośnie rozstrzeliwał przeciwników na murawach Bundesligi, łącznie strzelając 243 gole. Na pierwsze zaś sukcesy w roli szkoleniowca czekał prawie dekadę. Kiedy w końcu one przyszły i dwukrotnie sięgnął po mistrzostwo z Bayernem na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w następnym sezonie utracił status nietykalnego i został zwolniony. Uli Hoeness uznał później, że to był jego życiowy błąd.

Trenerskie dzieje Heynckesa wypełnione są takimi właśnie chwilowymi wzlotami i bolesnymi, niespodziewanymi upadkami. Gdy jakąś drużynę prowadził do sporych osiągnięć, lada moment tracił posadę. Nie tylko w Monachium błyskawicznie po znaczących triumfach trafił na bruk, podobnie było także w Madrycie. Z Realem zdobył puchar Ligi Mistrzów i chwilę potem wyleciał z klubu.

Kariera Niemca to nieustanne zwroty akcji. Wyrzucony z Bayernu, po kompletnie nieudanym epizodzie z Eintrachtem, odbudował się w odległej Teneryfie, gdzie miejscową ekipę doprowadził do półfinału Pucharu UEFA. Wygrywając Champions League z „Królewskimi” w 1998 roku stał na samym szczycie, z którego spadł równie szybko, jak się na niego wdrapał. Po niedawnej, totalnej klapie w Borussi Moenchengladbach, zmartwychwstał po raz kolejny, ładując akumulatory w Leverkusen i ponownie – tym razem w Monachium - wędrując na szczyt futbolowego świata.

Jednak nawet teraz, kiedy tworzy w Bawarii dzieło swojego życia, demony przeszłości nie dają mu spokoju. Odkąd władze klubu w styczniu tego roku ogłosiły, że Josep Guardiola przejmie zespół wraz z nowym sezonem, wszyscy jakby przestali się interesować Bayernem Heynckesa i zastanawiać się jaki będzie Bayern Guardioli. Dopiero wielkie triumfy w Turynie i Barcelonie przywróciły niemieckiemu szkoleniowcowi należną uwagę.

Życzenie śmierci

Niemiec przez lata wielokrotnie upadał po to, by powstać z kolan i odrodzić się jeszcze silniejszym. Nieudane przygody, przeplatał bardziej udanymi. Nie powiodło mu się z Eintrachtem, oczarował maleńką Teneryfę, nie zyskał uznania w Schalke 04 Gelsenkirchen, solidności nabrał w Bayerze Leverkusen. Dowodząc Borussią Mönchengladbach upadł najboleśniej, zanotował serię 14 meczów bez zwycięstwa i wpakował drużynę do strefy spadkowej. Od lokalnych kibiców otrzymywał wówczas listy z pogróżkami i życzeniami śmierci. Wraz z żoną potrzebowali specjalnej ochrony. Wtedy, w 2007 roku, zrezygnował z futbolu.

Gdy odszedł, wydawał się menedżerem skończonym. Od paru sezonów jego kariera przypominała pasmo nieszczęść i porażek, którymi kopał sobie piłkarski grób. Heynckes tymczasem, ku zaskoczeniu wszystkich, powrócił do świata żywych, w dodatku mocniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.

Dwuletnia wyrwa w trenerskim CV okazała się zbawienna. Przerwa w trenerce pozwoliła mu zupełnie zmienić styl pracy. Niemiec nabrał dystansu, stał się bardziej opanowany i zrelaksowany. Częściej zdejmował presję z zawodników niż kategorycznie wymagał, dbał o to, aby ci po prostu cieszyli się grą.

Niegdyś był typowym nerwusem, wyładowującym swoją złość na graczach. Piłkarskim dyktatorem, nieznoszącym sprzeciwu, stosującym ciężki reżim treningowy i oczekującym totalnego podporządkowania i poświęcenia. Ronald Reng, autor biografii Roberta Enke, mówił: Kiedy znajdował się pod presją, często tracił panowanie nad sobą i wrzeszczał na zawodników.

To właśnie konflikt z graczami był jednym z głównych powodów jego zwolnienia z Realu Madryt. Drugim, równie istotnym, było niezadowolenie ówczesnego prezydenta „Królewskich” z czwartego miejsca w lidze. Dowodząc Eintrachtem Frankfurt skłócił się z trzema najlepszymi zawodnikami klubu. Anthony Yeboah i Maurizio Gaudino odeszli, a Jay-Jay Okochą został, bo swojego zwierzchnika przeprosił.

Heynckes odżył, pełniąc funkcję awaryjnego trenera Bawarczyków (poprowadził ich w pięciu spotkaniach po dymisji Jürgena Klinsmanna), a następnie głównodowodzącego Bayeru Leverkusen. Dwa lata temu przybył do Monachium, gdzie odmienił oblicze zespołu na tyle diametralnie, że jego asystent Hermann Gerland - przez lata pracujący w Bayernie jako drugi szkoleniowiec i współpracujący z najprzeróżniejszymi menadżerami - nazwał go „zbawicielem”.

Monachijskie magnum opus


Bayern Heynckesa bije rekord za rekordem. Wygrał pierwsze osiem meczów w lidze, mistrzem Bundesligi został na początku kwietnia, na sześć kolejek przed końcem zmagań. W ogóle w tym sezonie z boiska gracze Bayernu schodzili pokonani zaledwie trzykrotnie. Porażkę z BATE Borysów można uznać wypadkiem przy pracy, przegraną z Arsenalem Londyn zlekceważeniem rywala po wyjazdowym zwycięstwie 3-1, a jedyną ligową wpadkę zaliczyli u siebie z Bayerem Leverkusen, tracąc bramkę w 87 minucie meczu.

Dominacja zespołu przerasta piłkarskie wyobrażenie. Na 51 pojedynków tego sezonu wygrał 43 i strzelił 144 gole. Bawarczycy uzyskali największą liczbę punktów w historii Bundesligi, uzbierali także najwięcej punktów na wiosnę. Ustanowili rekordową przewagę nad drugą drużyną, która wyniosła 25 oczek. Ponadto przegrywali najrzadziej i stracili najmniej bramek w dziejach niemieckich rozgrywek. Zanotowali rekordową serię zwycięstw z rzędu – 14. Zdobywali bramki w każdym ligowym spotkaniu, od pierwszej do ostatniej kolejki przewodzili stawce.

Łącznie Bayern ustanowił 25 nowych rekordów. Karl-Heinz Rummenigge stwierdził żartobliwie: - Pobiliśmy nawet rekord ustanawiania rekordów.

Jeżeli w futbolu istnieje pojęcie ideału, to Bayern w aktualnym sezonie dosłownie się o niego otarł.

Koniec wieńczy dzieło

Świat zna wielu geniuszy, niedocenionych za życia, zyskujących sławę dopiero po śmierci, jak chociażby mistrz malarstwa Vincent Van Gogh czy wybitny pisarz fantasy J. R. R. Tolkien. Jupp Heynckes futbolowym geniuszem raczej nie jest, ale jego życiowy paradoks polega na tym, że doceniony zostanie najprawdopodobniej po przejściu na emeryturę.

Nie należy on do najwybitniejszych trenerów w historii futbolu, nie ustawimy Niemca w panteonie najjaśniejszych sław tej dyscypliny, bo w jego karierze zbyt dużo było ciemnych kart wypełnionych niepowodzeniami i za mało rozświetlonych blaskiem wygrywanych trofeów. Ale na piłkarski spoczynek być może będzie mógł odejść w glorii, opromieniony zdobyciem potrójnej korony, która zwieńczy jego dzieło życia zapoczątkowane kilkanaście miesięcy temu. Tej sztuki nie dokonał nawet sam Alex Ferguson. Kamil Kaźmierczak
comments powered by Disqus
facebook