Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 3 sierpnia 2013

Nie każdy jest Fabregasem

fot. marca.com
We wrześniu minie dziesięć lat od transferu Cesca Fabregasa do Arsenalu. Katalończyk wyznaczył kierunek, którym później w pogoni za wielką karierą podążyły dziesiątki jego młodych rodaków. Na palcach jednej ręki można policzyć takich, którzy się nie rozczarowali.

Wyspy Brytyjskie bardzo długo były dla hiszpańskich piłkarzy terenami tak odległymi i abstrakcyjnymi, jak Narnia albo Śródziemie. Niemożliwe wydawało się, że można tam grać, odnosić sukcesy i wyrabiać sobie markę. Przenosiny młodego Cesca Fabregasa do Londynu były – chociaż wtedy jeszcze nikt o tym nie wiedział – zapowiedzią zmiany trendu. Nastoletni Katalończyk wyznaczył drogę swoim rodakom, a przy okazji wielu z nich mocno skrzywdził. Bo nie każdy jest Fabregasem.

Luki w prawie

Obecnie sytuacja jest bardzo prosta. Hiszpańskie kluby mogą oferować kontrakty zawodowe młodym piłkarzom tylko wtedy, gdy mają oni skończone 17 lat. W wypadku graczy nieposiadających hiszpańskiego obywatelstwa ta granica przesuwa się jeszcze o rok. W praktyce każdy gracz akademii Barcelony, Celty Vigo, Alcorconu czy Leganes do momentu ukończenia siedemnastego roku życia jest wolnym zawodnikiem, który w każdej chwili może odejść, a klub kupujący zobowiązany jest zapłacić tylko rekompensatę z tytułu szkolenia, co w wielu przypadków oznacza wydatek nieporównywalnie mniejszy niż rynkowa wartość piłkarza.

Kluby Premier League mogą oferować kontrakty zawodowe już szesnastolatkom, co stawia ich w znacznie bardziej komfortowej sytuacji niż drużyny z innych krajów. Bo przecież kontrakt zawodowy to nie jakiś formalny świstek papieru. To większe zarobki, to stabilizacja, to komfort psychiczny. Ograniczone wymogami prawa hiszpańskie kluby nie mogą oferować juniorom pensji, jakie są w stanie zapewnić kluby angielskie. Najzdolniejsi nastolatkowie z La Masii dostają miesięcznie kilkanaście tysięcy euro. Po przenosinach na Wyspy bez trudu są w stanie swoje zarobki zwiększyć kilkukrotnie. To dlatego tak wielu zawodników w wieku 16 lat ucieka ze szkółek hiszpańskich klubów. Barcelona wystąpiła niedawno z formalną prośbą o zamknięcie tej luki w prawie i ochronę interesów rodzimych klubów, które cierpią z powodu łupieżczych najazdów Anglików. Odpowiedzi na skargi Katalończyków nie ma, a nawet jeśli się ona pojawi, to nie ma co oczekiwać cudów. W końcu z tymi samymi problemami radzić muszą sobie na przykład Włosi.

Nie warto iść na łatwiznę

Skoro już wiemy, że Anglicy nie mają wielkich problemów z wyciąganiem z hiszpańskich szkółek najzdolniejszych zawodników, warto przyjrzeć się temu, jak z tego przywileju korzystają. Na różnych szczeblach rozgrywek młodzieżowych Premier League występuje obecnie dwudziestu Hiszpanów. Wśród nich ośmiu zostało sprowadzonych bezpośrednio z Barcelony, jeden miał za sobą występy w La Masii, a dwóch kolejnych to Katalończycy terminujący w innych klubach. To wszystko następstwa transferów Cesca i Pique, a także wybitnego pokolenia wychowanków, którzy w koszulach Blaugrany podbijają obecnie świat.

Te czynniki sprawiły, że angielskie kluby marzą głównie o chłopakach z akademii mistrzów Hiszpanii. W Arsenalu jest czterech młodych podwładnych króla Juana Carlosa i wszyscy piłkarskiego rzemiosła uczyli się w stolicy Katalonii. Chłopców z tego regionu mają też inne kluby Premier League. W Chelsea jest Josimar, w Liverpoolu Canos, w Tottenhamie Ceballos, w Blackburn Hugo. Sława akademii klubu z Camp Nou jest wielka i w pełni zasłużona, ale to, co robią angielskie kluby, to objaw skrajnego wręcz lenistwa. W młodzieżowych ekipach Premier League gra tylko jeden chłopak z niebywale wydajnej cantery Realu Madryt. Nie ma żadnego Baska, a przecież to Baskowie dostarczyli do reprezentacji Hiszpanii historycznie zdecydowanie najwięcej piłkarzy. Nie ma nikogo z rozkwitającej szkółki Atletico, nikogo z aragońskiego Tajonaru…

Siła hiszpańskich akademii piłkarskich wbrew pozorom nie opiera się na czułym doglądaniu, by sześciolatkowie w ciągu kilkunastu lat nauki przerodzili się w gwiazdy piłki. To są przypadku sporadyczne. Ekipy takie jak Real Madryt młodych talentów szukają w mniejszych drużynach często w czwartej lidze. Połowa ekipy U-18 Los Blancos jest w klubie od co najwyżej dwóch lat. To o czymś świadczy.

Barcelona jest specyficzna

W wywiadzie dla Guardiana Xavi powiedział kiedyś, że dla trenerów La Masii gra na jeden kontakt to za mało. – Charly Rexach często krzyczał, że to ma być pół kontaktu – wspominał Katalończyk. Barcelońskie wychowanie piłkarskie jest na tyle specyficzne, że juniorom bardzo trudno później przestawić się na granie w innym systemie. Wyjęci z cieplarnianych warunków często sobie nie radzą, nie prezentują poziomu, do jakiego przyzwyczaili, nie osiągają pełni możliwości. Jeśli przez pięć lat codziennie słyszy się, że każde przetrzymanie piłki jest grzechem śmiertelnym, to potem trudno nauczyć się piłkę kopać na inną modłę.

Fran Merida przychodził do Arsenalu jako wielki talent. Teraz gra w Atletico Paranaense. Dani Pacheco zalicza jedno wypożyczenie za drugim i chociaż ciągle są ludzie, którzy wierzą, że może osiągnąć poziom wystarczający do grania w Liverpoolu, prawda jest taka, że chłopak prezentuje poziom co najwyżej Segunda Division. Coraz mniej ludzi wierzy, że Ignasi Miquel będzie w stanie przebić się do pierwszego składu Arsenalu. Przykłady można mnożyć.

Zupełnie inaczej wygląda sprawa z Hiszpanami kupowanymi z innych klubów. Najlepszym z wychowanych nad Ebro młodzików jest teraz prawdopodobnie mediapunta Manchesteru City, Denis Suarez. Ściągnięty z Celty Galisyjczyk ma duże szanse, żeby za parę lat osiągnąć poziom Davida Silvy. Dobrą miarą jego talentu jest to, że zakontraktować bardzo mocno chce go Barcelona. Klubowy kolega Denisa, Jose Pozo, został sprowadzony z rezerw Realu Madryt i na razie rozwija się w tempie, które wskazuje, że Królewscy za parę lat będą starali się go odkupić. Suso, wypożyczony do Almerii z Liverpoolu pomocnik, to kolejny dobry przykład transferu przemyślanego. The Reds znaleźli go w malutkim Cadizie.

To nie przypadek, że najlepiej zapowiadający się młodzi Hiszpanie w Premier League nie wychowali się w La Masii. Częściowo wpływ na taki stan rzeczy ma fakt, że Katalończycy generalnie nie chcą odchodzić z Barcelony. Jeśli decydują się na transfer, to niemal zawsze istnieje jakieś drugie dno. Albo obawiają się, że stracą szansę na grę, albo chcą dużo zarabiać, albo wpadli w konflikt z kolegami. Gdy Cesc opuszczał Camp Nou, klub był w rozsypce. Wtedy ucieczka była logiczna. Teraz najlepsi nie mają powodów do opuszczania ekipy.

Czas na zmiany

W ostatnich latach angielskie kluby przekonały się, że pokłady talentu są w Hiszpanii naprawdę wielkie i nie ograniczają się do wartych setki milionów euro kadr Realu i Barcelony. Transfery z mniejszych klubów okazały się strzałami w dziesiątkę. Teraz czas na to, żeby działacze zrozumieli, że La Masia to nie jedyna fabryka juniorów nad Ebro. Niedawno bardzo głośno było o tym, że trzej juniorzy z Barcelony podpisali kontrakty na wyspach. O Pleguezuelo, Canos i Josimara biła się niemal cała czołówka Premier League, o każdym z nich napisano po kilkanaście artykułów, każdego przeanalizowano. Ostatecznie pierwszy wylądował w Arsenalu, drugi w Liverpoolu, a trzeci w Chelsea.

W tym samym czasie Manchester City przez nikogo nie niepokojony spokojnie zakontraktował trzech nastolatków: po jednym z Deportivo, Sportingu i Espanyolu. I nikt tego nie zauważył, nikt się tym nie przejął. Bo ani Jose Angelino, ani Pablo Maffeo, ani Manu Garcia nie mają nic wspólnego z La Masią. Mają za to spory talent – dwóch z nich to młodzieżowi reprezentanci Hiszpanii. Napakowane znającymi rynek Primera Division ludźmi City robi to, na czym tak dobrze wychodzą od lat giganci La Liga. Analizuje reprezentacje młodzieżowe na poziomie U-16 i U-17 i wybiera najlepszych zawodników.

Jeśli Arsenal i spółka chcą naprawdę skorzystać z tytanicznej pracy wykonywanej przez hiszpańskich trenerów młodzieży, muszą zrozumieć jedną rzecz – piłkarze tacy jak Cesc Fabregas nie są do kupienia co rok, co dwa, ani nawet co pięć lat. Ściągnięcie zawodnika z takim talentem w tak młodym wieku z tak wielkiego klubu to wydarzenie, które prawdopodobnie się już nie powtórzy. Kanonierzy mogą próbować w nieskończoność, mogą kupować kolejnych Miqueli, Bellerinów, Toralów, ale szanse na to, że któryś z nich okaże się Fabregasem, są minimalne. Znacznie bardziej możliwe, że ostatecznie zamiast Cesca dostanie się Frana Meridę. Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook