Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 5 października 2013

Najdroższy angielski pacjent

fot. skysports.com
Jest duży, silny, dysponuje mocnym strzałem lewą nogą, bardzo dobrze gra głową i dla dwóch klubów stanowi rekord transferowy. Kto to jest? Nie, nie jeden z najlepszych napastników na świecie. Po prostu Andy Carroll, którego jednak zawsze ktoś uwielbia.

Istnieje wiele różnych absurdów, ale przypadek Anglika jest wyjątkowo interesujący. Wystarczyło mu bowiem pół roku dobrej gry w Newcastle, aby przekonać kilka wpływowych osób do tego, że może być świetnym materiałem na maszynkę do strzelania goli. Jak już wiemy, nie do końca tak jest, ale Carroll wcale nie zaliczył bolesnego upadku. Nadal jest ceniony, choć z Merseyside musiał się przenieść do stolicy, gdzie podobno występuje w West Hamie. Podobno, bo większość czasu spędza nie na boisku, ale w gabinetach lekarskich. Pomimo tego jego sytuacja, przynajmniej finansowa, zbytnio na tym nie ucierpiała.

Każdy z nas chociaż raz w życiu zastanawiał się, co by zrobił, gdyby udało mu się wygrać na loterii. Za kilkadziesiąt milionów można kupić piękną willę, trzy jachty, pięć apartamentów w najróżniejszych zakątkach świata czy dziesięć ekskluzywnych samochodów. O dziwo, było jednak kiedyś takich dwóch z Liverpoolu, którzy za 35 milionów funtów zdecydowali się na Andy'ego Carrolla, chcąc szybko uzupełnić lukę po sprzedanym - za równie kosmiczne pieniądze - do Chelsea Fernando Torresie. Ciężko określić, co tamtego pamiętnego styczniowego dnia spożywali Kenny Dalglish wraz z Damienem Comollim, ale na pewno nie wpłynęło to na ich racjonalne myślenie. Właśnie od tego się wszystko zaczęło.

Udane momenty Carrolla na Anfield łatwo policzyć na palcach jednej ręki, a Brendan Rodgers doskonale o tym wiedział, obejmując stanowisko menedżera the Reds latem 2012 roku. Dla porównania - Andy w 58 występach w barwach Liverpoolu zdobył 11 goli, a obecny partner Luisa Suareza z ataku, Daniel Sturridge, w 24 spotkaniach trafił do siatki już... 18 razy. Nowy szkoleniowiec wówczas zdawał sobie sprawę, że na tej pozycji potrzebuje zawodnika zupełnie innego pokroju, dlatego też szybko wykreślił go z listy swoich planów, przez co Carroll musiał sobie poszukać nowego klubu. Żaden problem. W mgnieniu oka zgłosił się Sam Allardyce, dla którego rosły snajper wydaje się wciąż prawdziwym rarytasem. Gdy rok temu najpierw go wypożyczono, menedżer Młotów nie krył wielkiego podekscytowania. - Myślę, że to wspaniały wyczyn dla klubu. Mamy nadzieję, że Andy odpłaci się dobrą grą za wiarę, którą w nim pokładamy - mówił zaraz po ogłoszeniu transakcji.



No właśnie, czy rzeczywiście się odpłacił? Jako że po sezonie 2012/13 West Ham wykupił Carrolla z Liverpoolu za niemalże 20 milionów - wliczając różnego rodzaju bonusy - to wydaje się, że owszem. 26 meczów, 7 bramek, 4 asysty i 81 oddanych strzałów. Wynik, rzecz jasna, nie powala na kolana, ale warto zwrócić uwagę na fakt, że napastnik co jakiś czas borykał się z kontuzjami. Allardyce liczył, iż pech w następnej kampanii minie. Niestety tak też się nie stało. Carroll cały okres przygotowawczy poświęcił na rehabilitację urazu ścięgna Achillesa, ale zaraz po powrocie do treningów, kontuzja się... odnowiła.

- Nie jesteśmy zawiedzeni, a zdruzgotani, ponieważ przeszliśmy proces 16 tygodni, w których specjaliści radzili nam jak zapobiec nawrotowi, gdy Andy wyleczy już ten uraz. Specjalista powiedział, że jest 5% szans na to, że Achilles znów może się uszkodzić i Andy jest niestety w tym pechowym przedziale - tak zareagował na tę wieść Allardyce.

Użycie słowa „zdruzgotani” w kontekście nieobecności Andy'ego może wydawać się nieco śmieszne, ale dla West Hamu jest to smutna rzeczywistość. Młoty zarówno w zeszłym sezonie, jak i obecnie bez Carrolla tracą dużo na wartości, gdyż Modibo Maiga nie potrafi sprostać oczekiwaniom gry na środku ataku. Albo inaczej - ekipa Allardyce'a czy to z Andym w składzie, czy bez niego, nie zmienia swojego stylu opartego na licznych dośrodkowaniach, co przynosi między innymi takie efekty jak z Newcastle na St James' Park, gdzie na 23 wrzutki, zaledwie 4 dotarły do adresata. Carroll, który w poprzednim sezonie wygrywał pojedynki główkowe z 65% skutecznością (224 na 345) jest więc kluczowym elementem niezbyt skomplikowanej filozofii Big Sama. Doskonale o tym wie zresztą jego najlepszy kumpel z boiska, Kevin Nolan. - Brakuje nam go, ponieważ nie może robić tego, co kocha i czym żyje. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej. Wszyscy służymy mu pomocą, jeśli tylko jej potrzebuje. Ale to duży chłopak z wielkimi barkami, dlatego w najbliższych miesiącach zdoła się podnieść - powiedział.



Kiedy od Carrolla odwrócił się Rodgers, uśmiechnął się do niego Allardyce. Podobnie postępuje selekcjoner reprezentacji Anglii Roy Hodgson, powołując go do kadry praktycznie zawsze, gdy zawodnik jest zdrowy. Nie jest to wielkim zaskoczeniem, bo jeśli spojrzymy na obecny styl gry Synów Albionu, to rzeczywiście bliżej im do West Hamu niż Liverpoolu. Dzięki temu, mimo zamknięcia przed nim furtki na Anfield, na Upton Park i w kadrze dalej utrzymuje wysoki status, przez co może liczyć na ewentualny występ na Mundialu w Brazylii. A przecież niewielu jest graczy, którzy cały czas będąc w orbicie zainteresowań selekcjonera, w ciągu trzech lat zaliczyli zaledwie dziewięć meczów w kadrze.

Na powrót Andy'ego musimy jeszcze trochę poczekać, ale kiedy już ten moment nastąpi, na twarzy fanów Młotów i przede wszystkim ich menedżera pojawi się uśmiech. Carroll nie jest i nigdy nie będzie magikiem pokroju Suareza, ma jednak to szczęście, że otaczają go ludzie, którzy naprawdę w niego wierzą. I choć wiara może nie zawsze przenosi góry, to może sprawić, że pewien wielkolud z angielskim paszportem zacznie wreszcie spłacać pieniądze, jakie na niego wydano. Oskar Szumer
comments powered by Disqus
facebook