Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 2 października 2013

Najbardziej wyrównana liga świata?

fot. MLSSoccer.com
Obrońca tytułu wygrywa mecz pięcioma bramkami, by trzy dni później przegrać z kretesem z jedną z najgorszych drużyn w lidze. To nie jest streszczenie sytuacji klubu w Football Managerze, ale przypadek jednego z klubów Major League Soccer. To sprawia, że kibice za Oceanem muszą przyzwyczaić się do częstszych palpitacji serca - sytuacja w tabeli tamtejszej ligi robi się coraz bardziej gorąca.

Gdyby połączyć tabele dwóch konferencji w jedną, po trzydziestu kolejkach pierwszą i szesnastą drużynę ligi dzieliłoby zaledwie 11 punktów. Tylko trzy kluby w liczącej dziewiętnaście ekip MLS straciły matematyczne szansę na udział w fazie play-off. Reszta do końca będzie walczyć o osiem miejsc premiowanych dalszą grą i walką o Puchar MLS. Takiego sezonu za Oceanem nie było już dawno.

By jeszcze bardziej zmobilizować kluby w sezonie zasadniczym, w 1999 roku wymyślono nowe trofeum - Supporters' Shield, które zgarnie klub z największym dorobkiem punktowym u progu play-offów. Na razie w tej klasyfikacji prowadzą New York Red Bulls, którzy wyprzedzają o zaledwie punkt Real Salt Lake i Seattle Sounders, wzmocnionych niedawno Clintem Dempseyem. Klub byłego zawodnika Tottenhamu rozegrał jednak dwa mecze mniej od wyżej notowanych rywali.

Andrew Wiebe z MLSSoccer.com porównał sytuację w tabeli Major League Soccer z tymi w ligach europejskich. Wnioski z tego badania są interesujące: czołowe dziesięć klubów z pięciu najsilniejszych rozgrywek europejskich zdobywa średnio dwa punkty na mecz. W sezonie 2012/2013 w Premier League najlepsza dziesiątka zanotowała 2,3 punktu na mecz, w La Liga 2,6, Bundeslidze 2,7, Serie A 2,3, a Ligue 1 2,2. W Stanach ta średnia wynosi zaledwie 1,7 punktu.

Kontrast jest zauważalny, jednak z pewnością nie jest spowodowany niższym poziomem sportowym, a bardziej wyrównanymi rozgrywkami. Można być pewnym, że owoce przynosi działalność władz Major League Soccer, polegająca na wprowadzeniu wszystkich mniej lub bardziej skomplikowanych zasad rządzących ligą. Te często mało przejrzyste dla zwykłego kibica wytyczne dotyczące limitu płac, dobierania piłkarzy do klubów i transferów sprawiły, że kadry klubów MLS stały się wyrównane pod kątem poziomu sportowego jak nigdy wcześniej.

Wystarczy wspomnieć, że pierwszeństwo w wybieraniu młodych piłkarzy w drafcie mają najsłabsze ekipy ostatniego sezonu. Zwycięzca wybiera ostatni. Limit płac, tzw. salary cap, skutecznie powstrzymał rzekę katarskich petrodolarów - każdy klub musi zamknąć się w określonym budżecie płacowym, do którego nie liczą się jednak wynagrodzenia tzw. designated players, czyli gwiazd zespołu i całej ligi. MLS dopłaca do płac najbardziej znanych piłkarzy, głównie po to, by ułatwić dopięcie transferu wobec wysokich wymagań piłkarzy przychodzących do Stanów z Europy. Doszło więc do tego, że w istniejącym od kilku lat Seattle Sounders grają m.in. Clint Dempsey, Obafemi Martins i Eddie Johnson, a jeszcze niedawno gwiazdą drużyny był grający obecnie w Sportingu CP Fredy Montero. Pomogło to wznieść się ponad bardziej doświadczone ekipy, w tym Los Angeles Galaxy, były klub Davida Beckhama, istniejący od początku istnienia Major League Soccer.

Liga stała się nieprzewidywalna. Bruce Arena, trener Los Angeles Galaxy, wielokrotnie narzekał na absurdalny terminarz. Terminy spotkań reprezentacji często zbiegają się z meczami ligowymi. W trakcie rozegranego niedawno turnieju o Złoty Puchar CONCACAF, którego gospodarzem były Stany Zjednoczone, na tamtejszych stadionach bez przeszkód rozgrywane kolejne ligowe kolejki. Arena wysyłał więc na kadrę Landona Donovana i Omara Gonzaleza, a więc największe gwiazdy zespołu, by zagrać w lidze składem, który w mękach dowiózł remis z przedostatnią drużyną ligi. Wpadki czołowych drużyn są na porządku dziennym, jednak najsolidniej na tle innych wyglądają Seattle Sounders. Dowodzeni przez doświadczonego trenera, grają atrakcyjnie i skutecznie, a co jest w tej lidze niezwykle ważne, dysponują najsilniejszą linią ataku. Nie przegrali meczu od wpadki w Houston 17 sierpnia i to wszystko przy kiepskiej postawie Clinta Dempseya.



Wielu komentatorów traktuje tak wyrównany poziom jako zaletę MLS, ale w dłuższej perspektywie nie może być to korzystna sytuacja. Liga, która aspiruje do grona najlepszych lig na świecie, powinna mieć wyraźnych liderów. Powinna mieć potęgi, które będą przyciągać piłkarzy z Europy i zacznie napędzać całą resztę. Jak widać, faworyzowanie kilku klubów z największych miast na niewiele się zdało - New York Red Bulls i Los Angeles Galaxy nie są w stanie przebić się przez dobrze zorganizowane ekipy z Portland czy Salt Lake. Jeżeli to jest liga z ambicjami, jedno pytanie powinno prześladować komisarza ligi, Dona Garbera: równość czy jakość? Tobiasz Pinczewski
comments powered by Disqus
facebook