Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 24 listopada 2013

Na ziemi też grają w futbol

fot. marca.com
Są tacy, którzy rozgrywki La Liga traktują jak dar z niebios. Gdy patrzy się czasem na grę Messiego, Ronaldo czy nawet Diego Costy, należy stwierdzić, że coś w tym jest. Ale czasem i bogowie biorą sobie wolne.

Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach hossy Barcelony, w czasach manity na Camp Nou i indolencji strzeleckiej Cristiano Ronaldo w El Clasico, po sieci krążył w najróżniejszych formach ograny dowcip.

Cristiano Ronaldo: Bóg zesłał mnie na ziemię bym nauczył ludzi grać w piłkę.
Lionel Messi: Nikogo nie zsyłałem.

Za pierwszym razem żart śmieszył, ale po pewnym czasie miał w sobie taką dawkę humoru jak Przemysław Rudzki, odkrywający w zeszły weekend jak przewrotnie można wykorzystać zwrot "clean sheet" w odniesieniu do Artura Boruca.

A potem żart się zdezaktualizował. Skończyliśmy z monoteizmem, a raczej, za sprawą zbawiennego wpływu "Cholo" Simeone, przerzuciliśmy się na układ z Trójcą Świętą. Bo, zaprawdę powiadam wam, kościół Diego Costy zaczyna gromadzić swoich wyznawców. A nowe medium rośnie w siłę coraz częściej prezentując atrybuty bóstwa.



W ten weekend, czy tego chcemy czy nie, każdy z nas musiał na chwilę stać się ateistą i skierowany zazwyczaj wysoko ku niebu wzrok, przenieść na ziemię. A na ziemi ludzie biegali po boisku, kopiąc piłkę. A bogowie widzieli, że ludzie robią to dobrze. I tak upłynął wieczór i poranek - dzień szósty.

***

Na logikę, najłatwiej z tą nie-boską nie-komedią mieli poradzić sobie zawodnicy Barcelony. Z wiedzą o absencji swojego guru mogli się oswajać przez bite dwa tygodnie - czy to na treningach w Ciutat Esportiva czy na zgrupowaniach reprezentacji. W dodatku Messi, swoimi częstymi mikrourazami, długo ich na ten rozbrat przygotowywał.

I faktycznie. W dniu próby wszystko zagrało znakomicie, a dzięki podziałowi ról, brak Argentyńczyka zupełnie nam umknął. W taktycznej układance La Pulgę zastąpił Neymar, skutecznie absorbując obrońców i dając więcej luzu skrzydłowym. W egzekwowaniu rzutów karnych wyręczyli go Fàbregas i Iniesta. Także nr "8" Barcy szukał charakterystycznych boiskowych ruchów snajpera Dumy Katalonii - zejść z prawej flanki do środka i strzałów zza pola karnego. W końcówce spotkania udało się nawet przenieść swoistą chemię duetu Cesc-Messi na współpracę tego pierwszego z Pedro, co zaowocowało golem i kilkoma innymi groźnymi akcjami. Argentyńczyka na boisku nie było, ale nic na to nie wskazywało.


BARCELONA 4 GRANADA 0 przez acosart

Była za to na murawie młodzież, którą dzięki absencji, onieśmielającego wszystkich, lidera drużyny, zagrała bez kompleksów i przyczyniła się walnie do zdobycia trzech punktów.

Uskrzydlony debiutem w kadrze Bartra nie tylko, po raz kolejny, bronił pewniej od Piqué, ale i skuteczniej od niego wyprowadzał piłkę z własnej połowy. Kilkoma przebojowymi rajdami tak wszedł na ambicję starszemu koledze, że ten, by nie być gorszy, ostatnie minuty spędził na połowie rywala i dzięki niefrasobliwości Frana Rico, bliski był zdobycia gola.

Martín Montoya w ogóle nie sprawiał wrażenia jakby jego głowę zaprzątała sprawa wciąż nieprzedłużonej umowy z klubem. Z tyłu wystrzegł się charakterystycznych dla siebie błędów, a w jednej z akcji wypracował znakomitą strzelecką okazję Pedro i Kanaryjczyk sam sobie był winien, że z niej nie skorzystał.

Do tego wszystkiego dochodzi Sergi Roberto, który zainicjował akcję bramkową, wieńczącą strzelanie na Camp Nou i, debiutujący tego dnia, Adama Traore, który już jedną z pierwszych akcji wkupił się do łask kibiców, odważnie wchodząc z piłką między dwóch rywali.

Opatulony w zimową kurtkę i czapkę Messi siedział na trybunach, przypominając wyglądem bardziej kloszarda z amerykańskich ulic, przepowiadającego apokalipsę, niż boga futbolu. Wnioskując jednak po szerokim uśmiechu, jaki co i rusz pojawiał się na jego twarzy, uznać należy, że bawił się przednio.

***

Czas między 16 a 18 miał w ramówce być wolny od przejawów opatrzności. Tymczasem szybko okazało się, że dostaliśmy w tej przerwie przypowieść utrzymaną klasycznej konwencji walki dobra ze złem. To pierwsze w osobie Muñiza Fernándeza, zwyczajowo przypisującego sobie boską władzę podejmowania decyzji co do losów pozostałych istot, starało się mieszać poczynaniami tego drugiego, reprezentowanego przez zawodników obu ekip, skupionych na stworzeniu znakomitego sportowego widowiska.


REAL SOCIEDAD 4 - CELTA DE VIGO 3 przez acosart

Mimo wielkich starań sił zła, uznawania goli zdobytych nieprawidłowo i ignorowania tych zdobytych zgodnie z zasadami sztuki piłkarskiej, dobro zwyciężyło i po końcowym gwizdku głośniej było o niesamowitym wyczynie Carlosa Veli, strzelcy 4 goli, niż o staraniach rozjemcy tego pojedynku.
Meksykanin w przerwie reprezentacyjnej nigdzie się nie wybierał, gdyż selekcjoner jego reprezentacji miał nieco inny pomysł na budowę drużyny, która wywalczyła w tym tygodniu awans na mundial. Odpoczynek po raz kolejny okazał się mieć zbawienny wpływ na grę napastnika Txuri-Urdin. Osiągnął on poziom dotychczas dostępny jedynie dla Messiego czy Ronaldo i na własnym przykładzie przypomniał, że nawet bogowie potrzebują czasem chwili relaksu.

***

W Madrycie żadnego załamania wiary nie przewidywali. Ronaldo nie tylko z całą pewnością istniał, ale i raz po raz dawał dowody na swą wielkość w ostatnich tygodniach na przekór innowiercom pokroju Seppa Blattera. Nie inaczej miało być i tym razem, gdy na drodze Realu stanęła skromna Almería. Gol zdobyty w 3. minucie meczu tylko potwierdzał te przypuszczenia.

Po chwili jednak okazało się, że to trafienie stanowi raczej epilog do reprezentacyjnych popisów Portugalczyka, niż wstęp do nowej opowieści. Ataki gości coraz częściej popadały w przejrzyste schematy, do głosu zaczęła dochodzić ośmielona drużyna gości, a nad trenerem ekipy z Concha Espina zawisło widmo potyczki z Rayo Valllecano. Wreszcie bóg opuścił drużynę włoskiego szkoleniowca - Ronaldo naciągnął ścięgno i natychmiast udał się do szatni, a do gry desygnowany został Jesé. Gdy wszyscy spodziewali się rychłej katastrofy, młody atakujący zabrał się z piłką, bez kompleksów przedarł się w strefę obronną rywala i oddał futbolówkę Benzemie, który przyjął ją sobie jak na treningu i efektownym uderzeniem zza pola karnego nie dał szans Estebanowi.

Ancelotii dopatrzył się w tym wszystkim boskiej proporcji i poszedł dalej. Gola strzela Benzema, więc Francuz udaje się natychmiast do szatni, a na boisku melduje się Morata. Już w tym momencie Los Blancos z nowo wprowadzonym napastnikiem, Isco, Carvajalem, Illarramendim czy Jesém przypominali bardziej jedną z drużyn, które latem walczyły o trofea w młodzieżowych czempionatach, niż gwiazdorską drużynę klubową, a gdy na boisku zameldował się także Casemiro - spotkanie na Estadio de los Juegos Mediterráneos przerodziło się w istne kindergarten.


ALMERÍA 0 REAL MADRID 5 przez acosart

A młodzież bawić się umie i taki układ szybko, za sprawą asyst Casemiro i Jeségo oraz goli Isco i Moraty, okazał się błogosławieństwem dla przyjezdnych, a najłatwiejszy wyjazdowy bój w tym sezonie stał się faktem.


***

Gdy w 62. minucie spotkania z Getafe Diego Costa wtaczał się na murawę Vicente Calderon doskonale wiedział, że nie musi się tym razem martwić o to, o co martwić musi się zazwyczaj - o zrobienie różnicy, pokuszenie się o zagranie które przechyli szalę zwycięstwa na stronę Los Colchoneros. O to, z nawiązką, zadbali już wcześniej inni. W szczególności Raúl García, który na chwilę przed oddaniem pola Brazylijczykowi z hiszpańskim paszportem, nieomal skompletował hat-tricka, kierując potężnego woleja na słupek bramki strzeżonej przez Moye.

Zwolniony z tradycyjnych obowiązków napastnik miał więc jedną motywację - pokazać, że jest primus inter pares. A tego dokonać mógł przebijając wyczyny kolegów - ilościowo (strzelając hat-tricka) lub jakościowo (tworząc na murawie jakiś futbolowy cud). A że Costa nie jest w ciemię bity to wybrał wersję bardziej ekonomiczną i już po chwili, efektownymi nożycami, dopełnił manitę. Diego Simeone wyglądał po tym trafieniu jakby doświadczył objawienia i coś w tym chyba było.


Atletico de Madrid vs Getafe (5-0) Goal Diego... przez video4all

***

Po dwóch tygodniach nieobecności La Liga wróciła i w odsłonie sobotniej pokazała nam swoje kolejne oblicze, obalając następne główne prawdy wiary, głoszone na jej temat. O tym, że nie jest to już liga dwóch, a trzech, większość już wie. Teraz dowiedzieliśmy się, wbrew temu co czasem twierdzono, że każda z tych sił, jak jeden mąż, może funkcjonować sprawnie bez swojego medium. Niepostrzeżenie znaleziono też szczepionkę na wirus FIFA w postaci zastrzyku świeżej krwi, a w międzyczasie przypomnieliśmy sobie, że na Anoeta lubią się dziać rzeczy niezwykłe. Dla takich powrotów warto czasem zachować post. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook