Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 22 czerwca 2014

Na uboczu

fot. skysports.com
Angielska piłka nożna poszukuje swojej narodowej tożsamości. Powstają nowe ośrodki, systemy i koncepcje szkolenia młodzieży. Gra krótkimi podaniami od tyłu, od bramkarza i środkowych obrońców, w niższych klasach rozgrywkowych przestaje uchodzić za ewenement. Zamiast świecić przykładem i stać na czele zmian, tylko seniorska reprezentacja jakoś nie może się dostosować.

To miał być dla Anglii inny mundial. Bez presji. Bez wygórowanych oczekiwań. Bez Johna Terry'ego. Bez Rio Ferdinanda. Wreszcie bez Ashleya Cole'a. Z grupą młodych, utalentowanych zawodników nowego pokolenia. To miał być przede wszystkim poligon doświadczalny tak dla piłkarzy, jak sztabu szkoleniowego w perspektywie kolejnych międzynarodowych turniejów. Anglia miała się rozwijać. Z myślą o przyszłości.

I niby nie było tak źle. Po raz pierwszy od finałów mistrzostw świata rozegranych na stadionach Szwecji w 1958 roku reprezentacji Anglii nie przebrnie przez pierwszą rundę. Co więcej, przystępując do ostatniego spotkania ze śniącą Kostaryką, nie będzie miała żadnych szans nawet na zajęcie trzeciego miejsca w grupie. Ale Anglia przegrała mecze z Włochami i Urugwajem - zespołami wyżej sklasyfikowanymi w rankingu FIFA; medalistami ostatnich czempionatów na swoich kontynentach - nieznacznie. Pokazała trochę dobrej piłki. Jakości. Charakteru. Skoro było tak dobrze nieźle, dlaczego było jednak tak... źle?

Spuścizna izolacjonizmu

Można oczywiście zrzucić odpowiedzialność na karb braku szczęścia. Na niewykorzystane okazje pod bramką rywala. Na niewytłumaczalne indywidualne błędy pod własną. Na poprzeczkę. Bramkarza. Sędziów. Suareza. To takie angielskie.

Wydawałoby się, że czasy izolacjonizmu Wielka Brytania ma już dawno za sobą. Że pod wpływem zagranicznych trenerów i piłkarzy, w erze globalizacji, nie tylko angielska Premier League, ale również drużyna narodowa stopniowo posuwa się naprzód. Nadrabia dystans. Unowocześnia się. Podąża za europejskimi i światowymi trendami. Angielskich zawodników biega po boiskach rodzimej ekstraklasy systematycznie coraz mniej, ale równocześnie pojawiają się przecież coraz lepsi. Lallana. Barkley. Sterling. Shaw. Henderson. Piłkarze świetnie wyszkoleni technicznie. Inteligentni. Silni. Wydolni. Robiący furorę w swoich klubowych zespołach.

Anglia pozostaje jednak na uboczu. Daleko w tyle. Przerażająco daleko. Gary Neville, który zrewolucjonizował rolę eksperta telewizyjnego nie tyle poprzez ciężką pracę, co godną uwagi otwartość umysłu, wielokrotnie podkreślał, że nie ma nic niewłaściwego w hodgsonowych dwóch liniach po czterech zawodników. W płaskim 4-4-2 bronił przecież Bayern Juppa Heynckesa - podobnie jak Borussia Dortmund, Atlético i Real Madryt. Ustawienie jednak nie gra. Dopiero jego interpretacja.

Ocean przestrzeni

To prawda, że Anglia zaprezentowała się lepiej niż podczas finałów Euro 2012, a Roy Hodgson starał się pójść z duchem czasu. Sęk w tym, że chyba nie za bardzo wiedział jak. W meczu z Włochami linia pomocy została ustawiona wysoko, na linii środkowej boiska, ale linia obrony pozostała głęboko na własnej połowie. Co więcej, nie było pressingu na piłce, ani indywidualnego krycia Andrei Pirlo. W rezultacie trójka Marco Verratti - Daniele De Rossi - Pirlo z łatwością posyłała kolejne podania w ocean przestrzeni pomiędzy liniami, w który co rusz wbiegali schodzący do środka z bocznych sektorów Claudio Marchisio i Antonio Candreva. Idąc dalej, Wayne Rooney nie wracał za ochoczo podłączającym się do ataków prawą stroną Matteo Darmianem, podczas gdy Mario Balotelli - gdy mu się chciało - wychodził do piłki i nieatakowany odwracał się twarzą do bramki rywala.

W spotkaniu z Urugwajem było niewiele lepiej. Odległość pomiędzy Stevenem Gerrardem i Jordanem Hendersonem a czwórką obrońców została zmniejszona, ale przestrzeń w tzw. dziurze kontrolowali Edinson Cavani, Luis Suárez i Nicolás Lodeiro. Podkreślili to otwierającą wynik bramką. Óscar Tabárez dał zresztą Hodgsonowi lekcję i zrobił dokładnie to, do czego niezdolny był menedżer Anglików. Najpierw wyłączył z gry kluczowych zawodników przeciwnika (Gerrarda i Rooneya), a następnie umiejętnie reagował na rozwój boiskowych wydarzeń. Hodgson nie tylko pozwolił Italii spokojnie wyprowadzać piłkę od tyłu, co nie przeszkodziło mu zamienić pozycjami Raheema Sterlinga z Rooneyem (ten pierwszy miał wykonać lepszą pracę przeciwko Pirlo; choć już co najmniej kilka dni przed meczem wiadomo było, iż najbliżej środkowych obrońców zostanie ustawiony De Rossi), ale potrzebował także... przerwy, by podjąć jakiekolwiek działanie mające mające na celu zniwelowanie zagrożenia płynącego ze strony Darmiana. Bez pozytywnego efektu.

Gra Anglii w ataku opierała się na indywidualnościach i pojedynczych zrywach. Hodgson bagatelizował znaczenie nominalnych pozycji swoich ofensywnych zawodników tłumacząc, że oczekuje od nich wymienności ról. Dochodziło do sytuacji, gdy schodzący na skrzydło Daniel Sturridge otrzymywał podanie, podnosił głowę i zauważał... partnerów trzymających się swoich pozycji. Nikt nie wbiegał w zwolnioną przestrzeń na szpicy; środkowi pomocnicy sporadycznie przesuwali się wyżej; boczni obrońcy operowali głęboko, dopóki Anglia nie goniła wyniku. Nie było wypracowanych schematów, ani elementu zaskoczenia.

W tyle

Angielski futbol wyciągnął wnioski i zaczął czerpać to, co najlepsze z innych - jakkolwiek to brzmi - wyżej rozwiniętych piłkarsko krajów. Pierwsze rezultaty zaczynają być widoczne na różnych szczeblach i płaszczyznach: młodzieżowym, amatorskim, półzawodowym, profesjonalnym; szkoleniowej, organizacyjnej, infrastrukturalnej. To długa droga, a logika nakazywałaby, że jej kierunek powinien zostać wyznaczany na samym szczycie piramidy. Seniorska reprezentacji woli pozostać jednak na uboczu ewolucji - tak światowej piłki nożnej, jak rozwoju futbolu w swojej ojczyźnie. Wojciech Falenta
comments powered by Disqus
facebook