Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 26 października 2013

Na ratunek Polsce

fot. uefa.com
Chociaż ostatni ciepły tydzień wam tego nie powie, nadchodzi sezon grzewczy. I wtedy to przyda się ta cała sterta papieru, gdy już w pierwszy zimny wieczór prezes usiądzie przed kominkiem, rozpali kilka sztuk drewna, naleje do kieliszka naprawdę dobrego wina i z rozbawieniem czytając wszystkie opisy karier, rekomendacje i wymagania będzie je następnie spalał, donośnie i złowieszczo się śmiejąc.

A może odbyć się to zupełnie inaczej. Chowając przed światem każdy dowód na przyjście oferty czy CV z zagranicznego maila czy numeru faks, prezes zostanie dłużej w pracy, poczeka aż inni wyjdą z biura i wtedy zejdzie do piwnic, w ciemności dokonując ich spalenia. Nikt nie może wiedzieć, nikt się nie dowie, nikt już nie zobaczy. Polska została uratowana.

Ta nieprzenikniona i tajemnicza postawa Zbigniewa Bońka wobec wszystkich zagranicznych kandydatur musi zastanawiać nie tylko niżej podpisanego. Czy jest to część jakiejś intrygi? Czemu te wszystkie aplikacje nadają się do spalenia, a nie uroczystego wystawienia na widok spragnionej informacji publiki?


Jeśli naprawdę są one tak fatalne i tak bardzo nie nadają się do dłuższego zastanowienia, to z pewnością nie ma problemu w tym, żeby pan, pani i ja w nie spojrzeli oraz, krzywiąc się ze zniesmaczenia, przyznali prezesowi rację. - On wie co dla nas jest najlepsze! - niosłoby się chóralne docenienie ciężkiej pracy Zbigniewa Bońka i jego odporności na łatwą, leczy złudną pokusę zatrudnienia zagranicznego specjalisty.

Specjalisty od czego dokładnie? - Uważam, że 90 procent z tego nie nadaje się do żadnej analizy. Chodziło raczej o to, żeby się jeszcze raz zaczepić na jakąś rolę, jakąś pensję - zdradza prezes Boniek. Wyzyskiwacze z zachodu nie dostaną związkowych pieniędzy, o nie! Co to bowiem za zwyczaj w robocie piłkarskiego trenera, by w ogóle szukać pracy? By mieć czelność po niepowodzeniach mniejszych lub większych zarzucać sieć na tak renomowaną i intratną posadę?

Na szczęście nasi szkoleniowcy się tak nie zachowują. Oni nie bawią się w ratowników, nie węszą w poszukiwaniu drabinki na szczyt ligowej tabeli bez konieczności długoletniej pracy nad własną reputacją. Nie skaczą z kwiatka na kwiatek. Nie wysyłają agentów na sondowanie miejsca pracy po pierwszym sygnale kryzysowym wysłanym z Kielc, Białegostoku, Wrocławia czy Krakowa. Jesteśmy krajem Fergusonów, Wengerów, albo nawet prekursorami i wyznacznikami w etyce szkoleniowej, gdzie nie ma miejsca na zepsucie zachodnim futbolem i jego problemami.

Ta retoryka jest już nam znana zbyt dobrze z czasów poprzednich rządów i to wcale nie politycznych. Czy więc jest to robota przeklęta? Taka, która nawet największego światowca, którego wyprodukował polski futbol w ledwie dwanaście miesięcy zmienia w... istotę charakterystyce kreatury powstałej ze szkoleniowych przekonań Antoniego Piechniczka połączonej z władzą niegdyś posiadaną przez Grzegorza Latę? Przez rok Zbigniew Boniek zrobił dużo dobrego, przede wszystkim hasło o łączeniu nas wszystkich w piłce uaktualnił i urzeczywistnił, nawet jeśli okazjonalnie z prezesem się nie zgadzamy. Spory, zawisłości? Spokojnie, prezes wyjaśni na Twitterze.

O ile nie powinno przeszkadzać zupełnie przekonanie, że wybór selekcjonera to autorska decyzja prezesa - pełne jego prawo, skoro i tak większość z nas podniosłaby kartę do głosowania rok temu na jego korzyść - tak chociaż przydałoby się porządnie wesprzeć kandydaturę Fornalika. - Nasz trener musi sprawić, że ten zespół będzie razem, będzie mówić tym samym językiem, będzie uważać reprezentację Polski za swoją najważniejszą drużyn - mówi teraz Boniek. Tylko czy przypadkiem już dawno temu nie utarło się, że język futbolu jest uniwersalny?

- To nie musi być ktoś, kto będzie miał efekt 'wow!' na wejściu. Bo małżeństwa, które mają 'wow!' na wejściu często po roku są już po rozwodzie - dodaje prezes. Jasno pije on do Beenhakkera w obu cytatach, jakby zapominając, że urok Holendra trwał znacznie dłużej. To gierki, które toczył poza składem i w samym związku doprowadziły do jego końca, przy braku umiejętności połączenia politykowania z właściwym prowadzeniem drużyny. Odpowiedniejszym odwołaniem byłby sam Boniek i jego kilka miesięcy u sterów reprezentacji, które skończyły się podobnie do szans obcokrajowców obecnie zgłaszających się do związku - na wysłaniu jednego faksu.

Adam Nawałka raczej nie jest tym, który na jakimkolwiek etapie swojej przyszłej pracy z kadrą zaimponuje reprezentantom, tak jak nie byli w stanie tego zrobić Smuda czy Fornalik. Nie ma problemu, może nie o filozoficzne wizje porównywalne z pewnym Holendrem w tym chodzi, ale ciężką pracę, podróże, rozmowy z piłkarzami, ich trenerami, agentami i tymi, co mogą zaoferować coś więcej niż tylko najprostszą krytykę. Tylko czemu sam prezes ogranicza wpływ selekcjonera do miernych dwudziestu procent, gdy przecież ten "efekt wow!" byłby kluczowy do wykorzystania tak niskiego limitu?

Ostatnie dni i wywiady jakby pokazały, że ani Nawałka, ani Boniek do końca nie rozumieją charakterystyki pracy selekcjonera. Pierwszy chce jeszcze dokończyć rundę z Górnikiem, jakby bojąc się wyjścia ze swojej strefy komfortu, murów, które zna, szatni o której wie wszystko. Tymczasem już w poniedziałek wieczorem powinien sprzątnąć swoje biurko, pożegnać się z zespołem, życzyć wszystkim powodzenia i może odebrać koguta w klatce na pożegnanie, odjeżdżając w stronę Warszawy przy dźwięku znajomego dzwonu. W środę już powinien być w samolocie, mieć zarezerwowany stolik w przytulnej restauracji w Dortmundzie i całą kluczową trójkę kadrowiczów przy jednym stole. Szczera rozmowa z liderami, którzy niby mają jeden cel, ale w ostatnich eliminacjach zdawali się dążyć do niego różnymi drogami.

I jest w tym prezes Boniek. Stanowczo i słusznie w opozycji do pomysłu łączenia pracy szkoleniowej, ale z drugiej strony deprecjonujący wpływ selekcjonera na zespół, zwłaszcza przy zatrudnieniu osoby, która szczyci i opiera się na tym jak reaguje zespół na jego spisane wskazówki i uwagi. Jeśli Adam Nawałka podszedłby do pracy na zasadzie jednej piątej faktycznego efektu jego pracy, to równie dobrze o składzie, wyjściowej jedenastce i treści przedmeczowego przemówienia można decydować w głosowaniu audiotele czy popularnym ostatnio referendum. Może nawet koszty będą podobne.

Świętując rok prezesury w związku - a jakże! - wywiadami, Zbigniew Boniek jest dumny ze swoich dokonań. Nie ma sensu oczekiwać, że w dwanaście miesięcy spotka nas prawdziwa rewolucja, a raczej oczekiwano oczyszczenia tej "stajni Augiasza", którą były fenomenalny zawodnik odziedziczył po poprzednikach. Pierwsze decyzje były mocne (słynny "efekt wow!"?), ale późniejsze raczej w cieniu dorobku reprezentacji, wedle powiedzenia samego Bońka, że nic tak nie wpływa na jego reputację jak wyniki kadry. Teraz zaczyna się ten trudniejszy etap, weryfikujący możliwości, wolę i pomysły prezesa, któremu wypada życzyć, że nie dopadnie go "syndrom drugiej płyty" - w tym wypadku oznaczający po prostu drugi rok.

Jest takie wyjście w którym prezesa Bońka się podziwia, dostrzega jego poczucie humoru, dystans oraz wrodzoną zdolność do wymiany ciętej riposty, ale przy jednoczesnym zastrzeżeniu, że nie wszystko złoto, czego on dotyka. Jesteśmy na rozdrożu, wciąż ten bałagan porządkujemy, jako naród szukamy futbolowej osobowości, spieramy się o te ważne i też bardzo banalne sprawy. Zbigniew Boniek od początku jawił się jako ostatnia nadzieja biało-czerwonych i pewnie część z tego wizerunku wciąż mocno się prezesa trzyma. Jednak największym problemem jego dotychczasowej kadencji nie będzie ani Fornalik, ani Nawałka, ani nowa niedoszła siedziba czy niewidzialny system szkolenia, lecz wątpliwość jaką zasiał w niektórych głowach. A co jeśli - spluwamy za ramię - Zbigniew Boniek wcale nie jest naszym superbohaterem? Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook