Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 23 grudnia 2014

Na King Power

fot. własne
Rok 2014 okazał się dla naszego portalu czasem trudnym. Zupełnie jak w piłce nożnej. Po zaskakująco imponującym początku sezonu - poprzednich dwunastu miesiącach - przekonaliśmy się, że zwyczajnie nie posiadamy zasobów, aby nawiązać długofalową rywalizację z większymi i znacznie lepiej zakorzenionymi graczami na rynku. Zapytajcie Ronalda Koemana, a za kilka tygodni Sama Allardyce'a. Wszystko wskazuje na to, że zamknięcie tego portalu jest kwestią czasu. Póki co - jako że ciągle jest Was, naszych czytelników, więcej, niż byśmy się tego spodziewali - chcemy się jednak z Wami podzielić swoimi doświadczeniami z mijającego roku. Doświadczeniami, które zawdzięczamy również Wam i pracy na rzecz tego portalu. Jak zawsze, w innej formie niż zrobią to mainstreamowe media. Dziś insight z życia klubowego dziennikarza na poziomie Premier League.


- Excuse me, would you like a pie? - usłyszałem za plecami, uzupełniając sprawozdanie z meczu. Nie ma to jak denne zawody, w których ni z tego ni z owego zaczął padać gol po golu. - Oh... sure... thanks - odpowiadam nieco zdezorientowany. Nie dość, że dostałem talerz ciepłego, niebrytyjskiego jedzenia oraz zaopatrzyłem się w torebkę słodyczy i butelkę Pepsi przed spotkaniem, to jeszcze przynieśli nam przekąskę w przerwie. Wbrew swoim warunkom fizycznym lubię się najeść. (Pozdrowiłbym w tym miejscu kolegów z pracy, ale ciągle nie nauczyli się polskiego.) Jeżeli nie mam wyboru, przeżyję nawet ten ich pie.

Po hipstersku

W minionym roku miałem okazję pracować na kilku angielskich stadionach. Jak na piłkarskiego hipstera przystało (tutaj podziękowania dla Michała Okońskiego; on posługuje się ojczystym językiem znacznie lepiej niż tamci swoim), nie byłem na Old Trafford (ble), Emirates ani Anfield. Trafiło mi się co prawda Wembley, choć nie przy okazji meczu. Przyznałbym, że to niezwykle imponujący obiekt, ale jako że jest domem angielskiej piłki nożnej, z której aktualnie głównie się naśmiewam, nie przejdzie mi to przez klawiaturę. Napiszę więc, że jest niesamowicie przepłacony. Podobnie jak St. George's Park.

Odwiedziłem za to koszmarne St Andrew's w Birmingham, całkiem przyjemne The Valley w południowo-wschodnim Londynie, nietypowe Vicarage Road w Watfordzie czy takie sobie The Hawthorns w West Bromwich. What a place - pomyślałem jednak dopiero o King Power Stadium w Leicester. (Poznałem też Turf Moor. Trochę.)

Pograne

Tamta sobota nie zapowiadała się obiecująco. Od rana padał deszcz. Wiadomo. Utknęliśmy w korku na autostradzie. Również nic szczególnego. W samym Leicester potrzebowaliśmy pół godziny, żeby przejechać dwie mile. Tu już zaskoczenie. Nie jestem przekonany, czego widziałem na tamtym odcinku więcej: samochodów czy sygnalizacji świetlnych. W rezultacie się spóźniliśmy. O pół godziny. (Nie na mecz, spokojnie.)

Co więcej, chłopaki nie strzelili gola od pięciu lat, znaczy meczów. Na spotkanie beniaminków pojechali bez pierwszych pięciu opcji na pozycji środkowego pomocnika oraz Ingsa i Vokesa. (Gdyby Mourinho miał tyle kontuzji, stękałby do końca kolejnego sezonu.) Weekend wcześniej dostali czwórkę na West Bromie. Leicester w swoim poprzednim meczu u siebie pokonało Manchester United. Pięć do trzech. No to pogramy.

Beniaminek?

Stadion od razu robi wrażenie. To jeden z nowo wybudowanych obiektów na przełomie wieków, w następstwie drugiego raportu Taylora. Leicester City jako jeden z pierwszych klubów piłkarskich na Wyspach zaczął zresztą stosować metody znane z konwencjonalnego biznesu. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wprowadzono tam inicjatywy marketingowe, spośród których część stała się obecnie standardem. W drodze z parkingu na stadion mijamy nowoczesny hotel i sklepy. Są też oczywiście zakłady bukmacherskie. Cała okolica wokół obiektu tętni życiem. Biznes.

A co dopiero w środku. Nie ma mowy o przestarzałej trybunie prasowej, jak na St Andrew's. Aby przejść z press roomu do press boxu, nie trzeba wychodzić ze stadionu i wchodzić ponownie osobnym wejściem, jak na The Valley. Press box nie jest również usytuowany w narożniku, jak na wówczas remontowanym Vicarage Road i The Hawthorns. Znajduje się na trzeciej kondygnacji. Wjeżdża się windą. Cała reszta mieści się na parterze: nie press room, a media suite, osobne pomieszczenie dla sprawozdawców radiowych, przestronna strefa mieszana i łączący nowe ze starym tunel prowadzący na murawę. Ładny mi beniaminek.

Chaos

Na górze łatwo się zgubić. Zgiełk. Część lóż biznesowych znajduje się na tym samym poziomie co miejsca prasowe. To w końcu duże miasto. Równą dekadę czekało na powrót do Premier League. Widoczność jest bardzo dobra. Nie za nisko, nie za wysoko. Niemal na wysokości środka boiska. Przy każdym stanowisku szczegółowa instrukcja dotycząca wszystkiego co potrzebne i duży monitor. Imponujące.

Mecz jest kiepski. Typowo angielski. Obie drużyny podchodzą wysoko i wzajemnie zmuszają się do rozpoczynania każdego ataku długim podaniem. Firsts and seconds. Logiczne i frustrujące. Żadna ze stron nie potrafi uporządkować chaosu. Cambiasso poza meczową kadrą. Oba zespoły w standardowym 4-4-2. Wystarczy jeden wygrany pojedynek, by stworzyć przewagę; jeden nieszablonowy ruch bez piłki, by urwać się bezpośredniemu rywalowi.

Tracimy gola z niczego. Super. Sześć minut później nareszcie dochodzi jednak do przełomu. Scottie Arfield zachowuje spokój i zawiesza piłkę na długi słupek Jutkiewiczowi. Tymczasem Michael Kightly zbiega do środka, gubiąc Paula Konchesky'ego, po czym na wślizgu wpakowuje zgraną głową przez Lukasa piłkę z bliska do siatki. - Burnley have scored! The drought is over! - krzyczy nasz klubowy komentator, Phil Bird. Chwilę później znowu to samo. Tripps przegrywa pojedynek ze Schluppem, tworzy się przewaga i niepilnowany Mahrez wyprowadza Leicester z powrotem na prowadzenie. Dobrze, że przyniosą zaraz jedzenie.

Wynik

W drugiej połowie męczarnia. Atakujemy. Lukas oddał jakieś 75 strzałów, ale nic nie wpada. Leicester czeka na ostatni gwizdek. Tripps zostaje zniesiony na noszach z kontuzją. Sześć minut doliczonego czasu gry. W piątej Scottie faulowany przez Jamesa. Phil Dowd w komiczny sposób odgwizduje rzut wolny. Nie ma Taylora ani Jonesa. Podchodzi rezerwowy Wallace. GOL! Ponad dwa tysiące głośnych przez cały mecz kibiców wpada w euforię. W pozostałej części stadionu konsternacja. Szybka edycja sprawozdania i można zejść na płytę boiska. Co za wynik!

Na murawie cicho i ponuro. Gospodarze chcą jak najszybciej opuścić stadion. Nieoczekiwanie z tunelu wychodzi Schmeichel. Jest widocznie wściekły. Robi kilka kroków wzdłuż linii środkowej, po czym zawraca z powrotem do szatni. Czekamy na szefa i Rossa. Idę do tunelu. Kapitalna scena. Kierownik działu media Leicester nie zdążył jeszcze złapać kontaktu wzrokowego z wychodzącym z szatni Ritchiem De Laetem, a już usłyszał not doing it. Wszyscy piłkarze są tacy sami. (Marcina Wasilewskiego po meczu nie widziałem. Szybko się przebiera.)

Dyche jest pod sporym wrażeniem dopingu ze strony kibiców. Mówi nam o tym jeszcze przed rozpoczęciem wywiadu. Tymczasem Wallace wbija małą szpilę bramkarzowi rywala. - Nie chciałbym krytykować pana Schmeichela, ale zostawił mi dużo miejsca - nie ułatwiasz nam pracy, Ross. Jeszcze raz na górę, spisać ten wywiad (nawet coś ciekawego powiedział) i do domu. No, do Burnley. W międzyczasie zdążymy się jeszcze z kolegą zgubić i wylądujemy w klubowym muzeum.

What a point, what a place - mówię współlokatorowi po powrocie. W ostatecznym rachunku cały weekend determinuje wynik. I jedzenie.


Wojciech Falenta
Dziennikarz klubowy Burnley FC
comments powered by Disqus
facebook