Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 13 maja 2014

Mundial strachem podszyty

fot. skysports.com
Luiz Felipe Scolari boi się, że planowane na czerwiec oraz lipiec protesty mogą przeszkodzić jego drużynie w marszu po mistrzostwo. Neymar protestujących wprawdzie popiera, ale obawia się, że może dojść do otwartych starć i rozlewu krwi. FIFA zaś robi dobrą minę do złej gry, a szef działu ochrony federacji angielskiej opowiada, że u nich wszyscy wariują na punkcie bezpieczeństwa.

Nie zraża to Michela Platiniego, który podczas jednej z konferencji nawoływał do radowania się turniejem i wzywał, by Brazylijczycy zaprzestali demonstracji: Musimy dać im do zrozumienia, że mają mundial i że są po to, aby pokazać piękno swojej krainy oraz namiętność do piłki nożnej. Dobrze by było dla gospodarza i samego futbolu, jeśli ludzie poczekaliby chociaż miesiąc, zanim wyjdą na ulice.

Schizofrenicy XXI wieku

W atmosferze samby i zbiorowej zabawy, wszechobecnej piłkarskiej gorączki, kipieli emocji rozlewającej się ze stadionów wprost na domy, miasta i całe państwo? Czy raczej narodowa smuta, frustracja wyładowywana w trakcie niekończących się strajków, futbolowe chwile słodkie oblane polewą goryczy przyziemnych spraw?

Co cztery lata każdy obywatel kraju kawy - ten pasjonat piłki i ten, który nie ma o niej większego pojęcia - obserwują popisy swojego zespołu z wypiekami na twarzy i niebezpiecznym dla zdrowia rytmem serca, bo przecież futbol od zawsze był tam czymś więcej niż tylko zwyczajną dyscypliną sportową. Teraz może być jednak inaczej. Dla Brazylijczyków ziemia właśnie przestaje kręcić się wokół futbolówki. I rośnie nam naród schizofreników, z jednej strony oglądający mecze pasjami, z drugiej rozdarty i wściekły na państwowe władze.

W kraju doszło chyba do najgorszego – utożsamienia piłki z polityką. Sprawa mistrzostw nie jest już jedynie sprawą czysto sportowej rywalizacji, tego kto będzie lepszy na boisku i zwykłej radości czerpanej z samych występów, to również powszechna biedota, nędza fawel, brak perspektyw i prywata rządu.

Protesty przetaczają się przez cały kraj niemal od początku ubiegłego roku. Ludzie wyrażają w ten sposób dezaprobatę wobec skorumpowanego rządu, obwiniają osoby dzierżące władzę o trwonienie kasy niepotrzebnymi i iście kosmicznymi wydatkami na areny sportowe, gdy nie ma środków na pilniejsze potrzeby, tj. opieka socjalna, szpitale albo szkoły.



W poprzednim roku w czasie Pucharu Konfederacji na ulice wyszło prawie dwa miliony ludzi – w obecnym strajkują mniejsze grupki, ale podobnej skali demonstracji powinniśmy oczekiwać w ciągu turnieju. W państwie protestuje teraz praktycznie każdy: od kierowców autobusów, którzy psioczą na beznadziejną i w ogóle nie odnowioną infrastrukturę drogową, po policjantów z największych miastach typu Rio de Janiro, Brasília, Fortelaza bądź Salwador, w tym ostatnim dwudniowy bojkot doprowadził do śmierci 39 osób.

Ciemna strona Brazylii

W 2007 roku kiedy przyznawano Brazylii organizację mistrzostw, solennie obiecano, że żaden publiczny grosz nie zostanie przekazany na stadiony, a wszystko sfinansowane z prywatnego sektora. Do tej pory 60% pieniędzy na budowę aren według magazynu „Veja” poszło z publicznej kieszeni. To główny powód ogólnonarodowego wzburzenia. Przygotowania okazały się zwykłym biznesem – opowiadał dla BBC Pedro Daniel, konsultant sportowy z São Paulo.

Nie tak miało być – powiedzą sobie zatem Brazylijczycy. Nagminna korupcja, szastanie gotówką na prawo i lewo, brak jakichkolwiek inwestycji, żeby ułatwić życie w państwie – nic dziwnego, że na ulicach kraju kawy jest gorąco od emocji. A najbardziej w fawelach pacyfikowanych za pomocą prawa i pięści, z użyciem wojska oraz sprzętu militarnego.

W kwietniu zaczęła się następna próba ujarzmienia slumsów w Rio de Janeiro. Do najgroźniejszych dzielnic nędzy wjechały czołgi, opancerzone wozy, a porządek miało zaprowadzić około trzech tysięcy żołnierzy oraz ponad tysiąc funkcjonariuszy. Najpierw z wszelkiego rodzaju niebezpieczeństw czyszczono dzielnicę Maré, leżącą nieopodal lotniska. Potem zajęto się jeszcze jedną – Rocinha - położoną w pobliżu hotelu, w którym zamieszka reprezentacja Anglii. A ci, jak już wspomniano, mają na tym punkcie prawdziwego bzika.

Suma wszystkich strachów

Śmierć jednego fana po ligowym meczu i kolejnego w trakcie demonstracji, codzienne strzelaniny, walki służb z gangami narkotykowymi, policyjne obławy, pomyłki i morderstwa niewinnych osób, zabici po jednej i po drugiej stronie, masowe zaginięcia ludzi i slumsy w ogniu - na miesiąc przed mundialem Brazylia atmosferą bardziej przypomina terytorium dotknięte wojną niż kraj szykujący się na piłkarskie święto.

Matka zabitego przez pomyłkę i wziętego za dealera chłopaka reporterom „Daily Mail” mówiła: Będzie krew na ulicach podczas mistrzostw, możecie być tego pewni.



Aldo Rebelo, minister sportu, uspokajał nieudolnie i pocieszał zjadliwie na łamach „World Soccer”, że Brazylia wprawdzie zmaga się z poważnymi problemami z zapewnieniem bezpieczeństwa, lecz daleko jej do strefy wojny jak w Iraku czy Afganistanie: Nie sądzę, by Anglicy doświadczyli większych zagrożeń niż w prowincjach Iraku lub Afganistanu, gdzie ostatnio stracili setki żołnierzy.

Z kolei przedstawiciel Amnesty International, Alexandre Ciconello, w „Daily Mail” skwitował: Rząd próbuje wszystko ładnie pokolorować na czas zmagań, twierdząc, że państwo jest już bezpieczne dla przyjezdnych. Ale rzeczywistość jest znacznie mroczniejsza.

Szesnaście brazylijskich miast plasuje się w pięćdziesiątce najniebezpieczniejszych na świecie. Każdego roku dochodzi tam do około 50 tysięcy morderstw. Nic dziwnego, że tamtejsze władze na ogromną skalę mobilizują służby porządkowe - 150 tysięcy funkcjonariuszów oraz 20 tysięcy specjalnie przeszkolonych agentów - które mają dbać o spokój i ład w kraju, uzbrojone w dodatkowy atrybut władzy, wszelkiego rodzaju groźne i gwałtowne protesty kwalifikuje się jako akt terroryzmu, bo suma wszystkich strachów może dać iście przerażający obraz.

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj

A przecież to najdroższy mundial w historii – wedle różnych szacunków pochłonął od 11 do 13 miliardów dolarów. Sama budowa obiektów kosztowała przeszło 8 miliardów. Zdaniem Christophera Gaffney’a, urbanisty, profesora wizytującego na Uniwersytecie Fluminese, to także: stracona szansa dla Brazylii, aby poprawić sytuację materialną osób żyjących w miastach.

Znamienny dla tych siedmiu lat przygotowań jest jeszcze jeden fakt - zgodnie z ankietą przeprowadzona miesiąc temu przez lokalną gazetę z São Paulo zaledwie 48% Brazylijczyków będzie kibicować „Canarinhos” na mistrzostwach. To najgorszy wynik w dziejach tamtejszego futbolu, a rok po przyznaniu organizacji wynosił on 79%.

Z drugiej strony sprzedaż biletów przeszła najśmielsze oczekiwania organizatorów – wejściówki rozchodziły się jak świeże bułeczki, nie ostała się żadna z ponad 2,5 milionowej puli. A najwięcej nabyli oczywiście sympatycy gospodarzy. Prawdziwą reakcję ludności w trakcie turnieju trudno zatem przewidzieć.

Tymczasem dawniej stawiało się w ciemno każde pieniądze, że mistrzostwa w Brazylii będą po prostu piłkarskim świętem. Oby teraz, na tym mundialu podszytym strachem, więcej było strzelonych goli i chwil radości na stadionach niż strzałów, łez i wściekłości poza nimi. Kamil Kaźmierczak
comments powered by Disqus
facebook