Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
czwartek, 4 kwietnia 2013

Mózg to nie wszystko

źródło: marca.com
Co zrobiłbym jeśli nie poświęciłbym się piłce? Pytasz się mnie, co robiłbym, gdybym nie robił tego, co zawsze chciałem.

Juanma Lillo żyje i oddycha futbolem. Odkąd zrozumiał, że nie ma szans być dobrym piłkarzem, postanowił wykorzystać swój największy dar, bezcenny kapitel ciała – głowę - do zaistnienia w świecie piłki. Najmłodszy trener prowadzący drużynę w najwyższej klasie rozgrywkowej w Hiszpanii, posiadacz niezliczonych tomów, magazynów i filmów o piłce, teoretyk i mentor Pepa Guardioli. Człowiek futbolu.

Innowator

W książce książek o taktyce w piłce nożnej - „Inverting the Pyramid” Jonathana Wilsona - nazwisko Hiszpana wspominane jest w kontekście narodzin ustawienia 4-2-3-1, tak popularnego w obecnym świecie. „Potrzebowałem czterech ofensywnych zawodników, ale z dość racjonalnym zagospodarowaniem przestrzeni. Podchodziliśmy bardzo wysoko, przejmując piłkę pod bramką przeciwnika” - mówił Lillo w wywiadzie dla magazynu Blizzard. System, któremu Hiszpan nadał nazwę pracując w Cultural Leonesa, zabrał go do Salamanki, gdzie w dwa lata wywalczył z tą drużyną awans do Primera Division z trzeciej ligi. Lillo był innowatorem, myślał inaczej niż reszta, dlatego trudno było mu wytłumaczyć swoje pomysły piłkarzom, którzy, jak podaje Magazin Futbol „reagowali na swoje ustawienie z takim zaskoczeniem, jak gdyby stanęli oko w oko z dinozaurem”.

Lillo do dziś, gdy jego rola ogranicza się do udzielania wywiadów, idzie pod prąd. Gdy mówi się o najlepszym piłkarzu na świecie, debata często ogranicza się do dwójki Messi i Ronaldo. Hiszpański trener w tej debacie znalazł sobie miejsce jako apologeta talentu Andresa Iniesty. Nie odmawiając umiejętności mikremu Argentyńczykowi, a nawet nazywając jego zagrania najlepszymi na świecie, to właśnie ofensywny pomocnik Barcelony i reprezentacji Hiszpanii jest tym najlepszym. Skupia w sobie najlepsze cechy piłkarza, a jego świadomość taktyczna miałaby pozwolić grać mu na wszystkich pozycjach. To on miałby być spoiwem całej gry drużyny i kolektywu zbudowanego w drużynach, których jest zawodnikiem.

Liczy się zespół

Hiszpan jest jednak przede wszystkim radykalnym zwolennikiem zespołowości w piłce. Każdy zawodnik po kolei jest częścią kontekstu drużyny i ten właśnie kontekst jest w każdym zawodniku i determinuje jego zachowania. Nie istnieje coś takiego jak indywidualna akcja, wszystko jest efektem ustawienia kolegów z drużyny i przeciwnika. Nie ma też prostych schematów przyczynowo-skutkowych, niczego nie można odizolować. - Jeśli piłkarz ma piłkę we własnym polu karnym, a wszyscy zawodnicy przeciwnika usiądą na boisku i ten przebiegnie całe pole gry omijając ich i zdobędzie bramkę, to i tak nie będzie to indywidualna akcja, bo gdyby nie usiedli, nie udałoby mu się tego zrobić - mówi Lillo.

Każdy ruch zawodnika, jego myśli są pojedynczą nitką całej wielkiej sieci powiązań. Co więcej, wszystkie działania miałyby wiele przyczyn, pozornie niezwiązanych z wydarzeniami boiskowymi. Niecelne dośrodkowanie w Anglii mogłoby być spowodowane przez sztorm w Norwegii, a zbyt silny strzał w Polsce nową metodą produkcji makaronu we Włoszech. Brzmi absurdalnie? No właśnie.

Nie grasz indywidualnie, grasz w kontekście drużyny - kontynuuje Lillo. Zawodnik porusza się w taki, a nie inny sposób tylko dlatego, że to wszystko warunkuje jego drużyna, drużyna przeciwnika, stan emocjonalny wszystkich zawodników. Nie ma miejsca na indywidualne akcje, takich po prostu nie ma. Jest tylko drużyna, pojmowana jako mechanizm. Tworzy to skrajnie monistyczną teorię zespołu, pozbawionego jednostkowych popisów.

Każdy, kto ćwiczy własną siłę, szybkość, wierząc, że przyniesie to pozytywne efekty dla niego i zespołu, w oczach Lillo jest niemalże potępiony. „Nie da się osiągnąć siły potrzebnej do piłki poza futbolem” - tak głosi hiszpański trener. Napastnik nie będzie lepiej walczył z obrońcami wykonując ćwiczenia na siłowni, zrobi to tylko grając cały czas w piłkę. Ćwiczenie szybkości przez bocznego obrońcę nie będzie miało przełożenia na boisko, jeżeli nie jest osadzone w kontekście boiskowym. Idąc za ciosem kolejnych elementów swojej teorii, Lillo sam siebie zapędza w kozi róg. Wszystko to składa się na logiczną całość, ale świat piłki jest niestety inny.

Teoria daleka od praktyki

W sztuce „Chmury” Arystofanesa przedstawiono szkołę Sokratesa, bardzo ubogą. Na tyle, że Sokrates kradnie jednemu z klientów płaszcz, a zapytany o to, co z nim zrobił, odpowiedział: „przefilozofowałem”. I w gruncie rzeczy te same słowa można odnieść do Juana Manuela Lillo. Nie można odmówić mu wielkiej wiedzy, pokory czy po prostu inteligencji. Jego słowa są zwykle wyważone, a ich sens spójny, natomiast problemem jest to, że zderzenie teorii z rzeczywistością wraz z upływem czasu okazywało się coraz bardziej bolesne.

Po początkowych sukcesach, Lillo nie potrafił przebić się powyżej klubów ze środka tabeli Primera Division. Nawet jeśli był lubiany w miejscach pracy, często kwestionowano jego podejście, zastanawiano się, czy po prostu nie przesadza. Salamanka, z którą odniósł największy swój sukces, zdecydowała się zakończyć z nim współpracę, gdy klub znalazł się jedynie cztery punkty nad strefą spadkową. Piłkarze i kibice go uwielbiali, na nic jednak zdały się ich protesty. Podobnie było później w Oviedo, Zaragozie i Teneryfie. Doceniano jego umiejętność wypowiadania się, liczono się z jego zdaniem, ale rzadko kiedy szły za tym wyniki na boisku.

O włos od Barcy

Był jednak dość blisko objęcia stanowiska pierwszego trenera Barcelony. Gdy w 2003 prezydentem klubu zostawał Joan Laporta, w wyborach pokonał on Lluisa Bassata, który zamierzał sprowadzić do Katalonii Lillo, a na stanowisku dyrektora sportowego umieścić Pepa Guardiolę. Z przyszłym trenerem Bayernu łączy bohatera tego tekstu szczególna relacja.

Gdy na hiszpańskich boiskach rządził i dzielił kataloński Dream Team, przyszło im zmierzyć się z Realem Oviedo prowadzonym przez Lillo. Guardioli bardzo spodobała się gra Asturyjczyków, którzy pomimo porażki 4:2 zostawili dobre wrażenie. Środkowy pomocnik Blaugrany poprosił Lillo o chwilę rozmowy, w której zaczął komplementować styl gry drużyny z Oviedo i wyraził chęć podtrzymania tej znajomości. Ówczesny trener Barcelony i jej legenda Johan Cruyff powiedział wtedy też do Lillo: „nie zmieniaj się”.

Ich drogi ponownie skrzyżowały się w meksykańskim klubie Dorados Sinaloa, gdzie Guardiola mógł bliżej poznać filozofię futbolu Juanmy Lillo. Nie była to typowa relacja zawodnik-trener, do późnych godzin nocnych rozmawiali o piłce, o ustawieniach, o taktyce, o podejściu do treningów, do zawodników. Guardiola współpracował z wieloma znakomitościami trenerskimi: z van Gaalem, z Cruyffem, z Capello, wiele godzin rozmawiał z Marcelo Bielsą, ale to Juanma Lillo zajmuje specjalne miejsce wśród jego trenerskich inspiracji.

Wizja futbolu zaproponowana przez Juanmę Lillo jest bowiem skrajną wersją filozofii Pepa Guardioli. Barcelona Lillo jawiłaby się widzowi jako doskonale działający mechanizm, gdzie można dowolnie wymieniać każdy element, Guardiola zaś ulepił drużynę skupioną wokół Leo Messiego. Argentyńczyk zawsze domagał się obecności w pierwszym składzie, gry na szpicy, stworzeniu środowiska, w którym mógłby pokazać pełen wachlarz swoich umiejętności.

Guardiola w pewnym sensie pokazał Lillo, jak jego idee mogą zostać przekute na futbolowy świat materialny. Dlatego też, nawet jeżeli pomysły Hiszpana wprowadzone przez niego w życie nie odniosły wielkiego sukcesu, wciąż mogą być przydatne w bardziej umiarkowanym wydaniu. Lillo wskazuje bardzo celnie na związki pomiędzy inteligencją piłkarza, a jego umiejętnościami.

Gdzie jest mózg drużyny?

„Najlepsi zawodnicy to ci, którzy najlepiej interpretują grę i oferują te rozwiązania, które służą drużynie” - to właśnie rozumienie piłki nożnej wychodzi na pierwszy plan w postrzeganiu piłkarza. Jest to coraz szerzej spotykane w futbolu, pomocnicy odgrywają coraz bardziej ważną rolę, trenerzy znajdują dla nich miejsce na środku obrony i środku ataku. Wynika to z tego, że to właśnie zawodnicy środka pola najlepiej rozumieją grę, potrafią odnaleźć się na boisku w największej ilości sytuacji.

Granicą wcielania filozofii Lillo w życie jest jednak podejście do indywidualizmu. Jeżeli miarą sukcesu w piłce jest stworzenie drużyny zapisującej się w historii piłki w skali kontynentu, czy nawet jednego kraju, to trudno jest znaleźć zespół stworzony bez oparcia o indywidualności. Bez Hidegkutiego i Puskasa nie byłoby Złotej Jedenastki Węgier, bez Cruyffa nie byłoby Ajaxu Michelsa, bez van Bastena nie byłoby Milanu Sacchiego, a bez Messiego nie byłoby takiej Barcelony. Rolą trenera w tych zespołach było stworzenie odpowiedniego środowiska dla rozwijania talentu największej gwiazdy.

Pomysły Lillo po prostu go przerosły. Każdy, kto ma okazję zmierzyć się z jego poglądami, dostrzega w nich sens, pewną spójność, ale widać też, że nie są to rzeczy do wykonania w obecnym świecie. Nowy, wspaniały piłkarski świat Juanmy Lillo na dzisiaj jest nie do zrealizowania. Może kiedyś znajdzie się drużyna jeszcze bardziej zbliżająca futbol do idei Hiszpana. Na razie widzimy w nich tylko przesadę. Ale miejmy z tyłu głowy słowa Henry'ego Millera z jego powieści „Zwrotnik raka”: „Pokażcie mi człowieka, który popadł w przesadę, a pokażę wam człowieka wielkiego”. Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook