Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 4 lutego 2014

Mourinho mówi "szach"

foto: skysports.com
Nic dziwnego, że w skądinąd ciekawej książce Adama Wellsa "Football and Chess" podrozdział o grze defensywnej zaczyna się od wspomnienia o tej Chelsea z pierwszych dwóch sezonów Jose Mourinho. Autor, pisząc o stosowaniu obrony strefowej, tłumaczy, że "jego rywale często tracili cierpliwość, gdy nie udawało im się przedostać w strefę zagrożenia, by zacząć stwarzać faktyczne problemy. I albo kończyły im się pomysły, albo popełniali banalny błąd - wtedy to on zaczynał kontratak".

Nie, to akurat nie o Jose Mourinho, ale mistrzu szachowym Anatoliju Karpowie. Jednak ten fragment jest wystarczająco mylący, by tezę Wellsa o bliskości tych dwóch dyscyplin potwierdzić. Jeśli jednak nadal znajdą się nieprzekonani, powinni obejrzeć poniedziałkowe starcie Manchesteru City z Chelsea. Chociaż nie był to pojedynek mistrza z nowicjuszem - zbyt wiele szacunku ma Mourinho do Pellegriniego, by go tak lekceważyć i to pomimo osobistej, dzielonej niechęci obu panów - zagrania, istota oraz znaczenie ich decyzji o przesuwaniu swoich "figur" po zielonej szachownicy były lekcją nie tylko piłkarskiej taktyki.

Najważniejsze jest otwarcie - Pellegrini zdecydował się na pierwszy ruch pionkiem, wystawiając Martina Demichelisa na środku pomocy pod nieobecność Fernandinho. Można mówić o tym, że właśnie Brazylijczyka zabrakło do oddania pełnej siły i jakości drugiej linii gospodarzy, ale istotniejsza była reakcja Mourinho. Może i planował on inne rozpoczęcie - 4-3-3 z Ramiresem bliżej Maticia i Luiza - ale swoje plany mógł zweryfikować. Ostatecznie to "kenijski" Brazylijczyk kończył jako ten piłkarz Chelsea o średniej pozycji najbliżej bramki Joe Harta.

Przecież to właśnie dynamika Fernandinho zwykle pozwalała Silvie i Negredo zapędzać się i zapominać pod polem karnym przeciwnika. Demichelis, chociaż jeszcze w pierwszych dwudziestu minutach obyło się bez wielkich problemów, nie oferował podobnego zabezpieczenia. Chelsea więc wyszła 4-2-3-1 z Ramiresem na skrzydle - kolejne kłamstwo Mourinho, który przecież wzbraniał się przed takim rozwiązaniem - i ten chociaż był beznadziejny z piłką przy nodze, swoimi rajdami wpychał City głęboko w ich połowę. Tworzył przestrzeń, gdzie królowali Willian i zwłaszcza Hazard - chociaż ich ruchliwość i znaczenie bardziej przypomina charakterystyką figurę hetmana...

Jednak Manuel Pellegrinie celnie stwierdził, że choć młody Belg rozegrał spotkanie, to nie jego rola była kluczowa. Bo o ile defensywne figury City miał zabezpieczać jeden pion, tak Mourinho swoim obrońcom do dyspozycji dał dwóch skoczków. David Luiz i Nemanja Matić zaliczyli spotkania bardzo podobne, pod względem statystycznym (25 i 27 podań, 4 i 5 długich zagrań, 2 i 3 dryblingi, 3 i 4 odbiory, 2 i 3 foule, 7 i 9 skutecznych wybić, po 2 przechwyty) i operowania w obronie. Może nie tyle zatrzymali Toure, ale jego wpływ na swój zespół zniwelowali jak tylko kilka drużyn w obecnym sezonie.

- To jest jego terytorium. Kilka ostatnich dni spędziliśmy rozpracowując silne i słabe strony rywala - powiedział po meczu John Terry. Nie lekceważąc tego, że Portugalczyk sam lubi i publicznie przyznaje się do kłamania, na konferencji stwierdził, że w ostatnich sekundach na boisko posłał Dembę Ba na rzut rożny rywali, by krył... Joe Harta. Bramkarz City w "szesnastce" Chelsea się nie zjawił, może sugerując stanowisko Pellegriniego, że jedna porażka nie czyni jego drużynie tragedii.

Na stronach sportowych gazet jednak nie piszą o Hazardzie czy Maticiu, nawet świetna współpraca Terry'ego czy Cahilla musi poczekać w kontekście kilku miesięcy dzielących Anglię od Mundialu. To powrót Mourinho i jego gierek jest istotniejszy - nie tych słabych, męczących i często niecelnych przedmeczowych, którymi ostatnio okrasza każdą konferencję, ale tych meczowych. Decyzji w które wierzą piłkarze.

Oczywiście mówiąc o swoim zespole jako "źrebaku" w mistrzowskim wyścigu z "końmi" Mourinho znów wraca do retoryki przebudowywania zespołu. Biorąc pod uwagę jego (domniemane) wahania przy oferowaniu nowych umów seniorom zespołu i tym, jak "The Blues" mogą grać z prawdziwym napastnikiem oraz nieco zmienionym środkiem obrony to może być bardziej proaktywny styl w przyszłym sezonie. Jednak tej wygranej partii Portugalczyk jeszcze długo będzie się trzymał, jeszcze do niej nieraz wróci i użyje przeciwko krytykom, po innym "antyfutbolowym" 0-0 czy kolejnym oskarżeniu o zabijanie futbolu.

Bo Mourinho to też człowiek (menedżer) ryzyka. Atak słowny, choć z niedopowiedzeniami na finanse Manchesteru City i nikłe szanse w rywalizacji z tymi "Bogatszymi od Boga" (to tytuł książki Davida Conna o tym klubie) był konkretny, ale mógł szybko obrócić się przeciwko niemu. Bo przecież wartość obydwu jedenastek była na skraju błędu oszacowania jednego czy drugiego transferu. Także z "dziewiętnastowiecznym futbolem" ryzykował, a jeszcze około dwudziestej minuty fani gospodarzy wprost do niego śpiewali, że styl Chelsea jest "gówniany". Dlatego tak odpowiednie dla narracji Mourinho jest to, że zwycięskiego gola strzelił obrońca po składnej, nawet jeśli trochę przypadkowej akcji. Przecież oni mieli nie wychodzić z własnej "szesnastki"...

Sam Allardyce, ciesząc się jak dziecko po bezbramkowym remisie na Stamford Bridge, słusznie powiedział, że Mourinho pokonany (lub zatrzymany) to pełen pretensji do świata kłębek nerwów, podkreślający osiągnięcie rywala. Jest jednak i druga strona medalu, te momenty zwycięstw Portugalczyka - chwile w których pomimo niezłych okazji (dziś Silva, Dżeko, Toure i Nastasić z piłką meczową) przeciwnik na końcu rozkłada ręce w geście bezsilności.

Jeszcze wiele kolejek przed liderami, jeszcze City pobiją rekord strzelecki, jeszcze Arsenal udowodni swoją mentalną dojrzałość. Wreszcie - jeszcze potknie się Chelsea. Jednak po takim meczu jak dziś nie trudno uciec od wrażenia, że zarówno Pellegrini, jak i wcześniej Wenger (w meczu wyjazdowym z Kanonierami Chelsea też była świetnie zorganizowana i może nawet miała lepsze szanse) znaleźli się w mało komfortowym położeniu. Jest dopiero początek lutego - Arsenal lideruje, City demolują, ale trudno uciec od wrażenia, że dziś to Mourinho powiedział swoim największym rywalom "szach". Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook