Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 11 stycznia 2014

Modrić wszechmogący

fot. marca.com
Gdy Real Madryt wydawał na chorwackiego pomocnika ponad 40 milionów euro, wydawało się, że słynący z rozrzutności Florentino Perez kupił sobie kolejną przepłaconą zabawkę. Teraz, półtora roku później, Luka jawi się jako transfer wybitnie okazyjny.

Przez ostatnie miesiące głównym tematem dyskusji w madryckich mediach było to, czy Xabi Alonso podpisze nowy kontraktu. Wszyscy ludzie związani z klubem z Santiago Bernabeu co noc karnie klękali przy swoich łóżkach i modlili się o to, by Bask nie opuszczał stolicy Hiszpanii. Modlitwy przyniosły efekt, wychowanek Realu Sociedad zostanie w ekipie Los Blancos na kolejne dwa lata. Kto wie, czy decydującego wpływu na decyzję rudobrodego pomocnika nie miał Luka Modrić, który wygląda na człowieka zdolnego do zdjęcia sporej części ciężaru odpowiedzialności za losy drużyny z barków niemłodego już Baska.

Chorwat potrzebował ładnych paru miesięcy na aklimatyzację w drużynie, ale gdy już się wpasował (czemu symbolicznie dał znać, zdobywając piękną bramkę na Old Trafford), świat zaczął się trząść w posadach. Od tamtego momentu tylko Cristiano Ronaldo może w miarę spokojnie stwierdzić, że jest ważniejszym członkiem drużyny niż Luka, a i taką tezę można by próbować podważyć.

Cristiano daje Realowi Madryt gole, Isco daje błysk geniuszu, Xabi zapewnia spokój, ale to Luka Modrić scala drużynę. Posłużmy się metaforą budowlaną (Florentino Perez byłby dumny). Gdyby Los Blancos byli placem budowy drapacza chmur, to Luka Modrić odpowiadałby za projekt budynku, własnoręcznie wykopałby fundamenty, nadzorowałby produkcję stalowych elementów, a na koniec wykułby iglicę, którą potem przekazałby Cristiano do zatknięcia na szczycie konstrukcji.



Niedawny mecz z Celtą Vigo był pokazem istotności Chorwata dla drużyny wicemistrzów Hiszpanii. Świetnie zorganizowani taktycznie Galisyjczycy ustawieni w ukochane przez Luisa Enrique 4-3-3 i dowodzeni przez znakomicie ostatnio dysponowanego 20-letniego Rafinhę wyglądali na drużynę nie do złamania. Real Madryt przez 60 minut gry był słabszy od niżej notowanego rywala, ale mimo to nie stracił gola. Okropny problem Królewskich z tego sezonu – zbyt małe zaangażowanie graczy ofensywnych w obronę – został niemal w całości przysłonięty spektakularną grą Luki Modricia, który dosłownie w pojedynkę scalał formacje Los Merengues. Chorwat w ataku przejmował zadania słabiutkiego tego wieczoru Isco, w pomocy brał na siebie robotę, którą zazwyczaj wykonuje Alonso, a w obronie nieustannie asekurował bocznych obrońców. Gdyby nie tytaniczna robota Chorwata, Dani Carvajal przez swoje ofensywne wycieczki zawaliłby drużynie co najmniej kilka bramek. Ale Luka był zawsze tam, gdzie był potrzebny. Wykonał najwięcej podań w meczu (73) na imponującej celności 93%. Trzynaście razy posyłał długie piłki i tylko raz się pomylił. Pod nieobecność Samiego Khediry Luka wziął na siebie odpowiedzialność nie tylko za kreowanie gry drużyny, ale również za przerywanie akcji rywala. W starciu z Celtą żaden gracz nie zneutralizował większej liczby ataków niż sympatyczny blondwłosy pomocnik.

Pan uniwersalny

Carlo Ancelotti jest prawdopodobnie jednym z największych fanów talentu Luki Modricia. O Chorwacie w samych superlatywach wypowiadał się od ładnych paru lat. Pytany o to, co były gracz Tottenhamu ma w sobie takiego szczególnego, Włoch odpowiedział: – Dla mnie on jest być może najlepszym pomocnikiem świata. Najbardziej imponuje mi jego uniwersalność, może grać na wielu pozycjach.

Powyższy cytat pochodzi jeszcze z czasów, gdy Carletto dowodził PSG, a Luka Tottenhamem. Teraz, gdy panowie spotkali się w Madrycie, Włoch pokazał, jak bardzo ceni sobie wszechstronność Chorwata. Królewscy grali w tym sezonie już trzema różnymi systemami taktycznymi (4-4-2, 4-3-3 i 4-2-3-1) i za każdym razem w środku pola był Luka Modrić. Ancelotti na konferencjach prasowych bez ogródek tłumaczył, że niektórzy zawodnicy nie pasują do niektórych jego systemów, niektórzy nie mogą grać razem, a inni grać razem muszą. Luka jest prawdopodobnie jednym piłkarzem, u którego Carlo nie widzi żadnych ograniczeń. Chorwat może grać przed obrońcami albo zaraz za plecami napastnika. Może biegać w środku lub na skrzydle. Za partnera może mieć prostego i skutecznego Khedirę albo spokojnego i władczego Xabiego. Może grać wspólnie z całe życie występującym na środku pomocy Illarramendim albo z przesuwanym tam z musu Di Marią. Żadna różnica.

Modrić jest graczem, który w każdym meczu odbiera średnio więcej piłek niż Illarra, Khedira i Casemiro, daje się ogrywać rzadziej niż jakikolwiek madrycki pomocnik i podaje częściej niż wszyscy poza Alonso i Ramosem. Tylko trzej zawodnicy (wszyscy są obrońcami) Królewskich mogą pochwalić się wyższą średnią celnością podań. Żaden środkowy pomocnik nie tworzy kolegom więcej sytuacji bramkowych niż Chorwat, żaden też częściej nie strzela. Dodajmy do tego fakt, że Luka ma wyższą średnią dryblingów na mecz niż Angel Di Maria i Marcelo, a otrzymamy przynajmniej ogólny zarys tego, kim dla Madrytu jest Modrić.



Hiszpanie takich zawodników nazywają todocampista. Każda pozycja w pomocy, każda taktyka, każdy przeciwnik. Modrić w ciągu minuty może wykonać czysty wślizg pod własnym polem karnym, przejąć piłkę, jednego rywala przedryblować, drugiego wyprzedzić, a na koniec posłać chirurgicznie precyzyjne, trzydziestometrowe podanie. I wszystko to z gracją godną największych wirtuozów przeszłości – Zinedine'a Zidane'a, Michela Laudrupa, Fernando Redondo…

Modrić bardzo szybko zdobywa sobie serca kapryśnych fanów zasiadających na Santiago Bernabeu. Jest graczem uosabiającym wszystkie cechy, o jakich marzą kibice Realu Madryt. Ciężko pracuje, nigdy nie odpuszcza, notuje równe, powtarzalne występy na niesamowitym poziomie, jest bardzo efektowny, nie ma problemu z braniem na siebie odpowiedzialności, a jednocześnie jest bardzo daleki od wywyższania się i popadania w samozadowolenie. Gdyby legendarny Santiago Bernabeu ciągle rządził klubem, to z pewnością właśnie Modricia stawiałby za wzór dla innych piłkarzy.



Jeszcze rok temu nikt przy zdrowych zmysłach nie powiedziałby, że Madryt może wystawiać jedenastkę bez typowo defensywnego środkowego pomocnika. Wydawało się, że kontuzja Khediry będzie oznaczała katastrofę w drugiej linii Los Blancos. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Duet Xabi – Luka ociera się o perfekcję, a Modrić jest tego duetu elementem znacznie ważniejszym, między innymi dzięki swemu zaangażowaniu w pracę w defensywie – coś, z czego Chorwat do niedawna nie był znany. W momencie kontuzji Khediry długowłosy blondyn jak gdyby nigdy nic przejął obowiązki Niemca.

Xabi Alonso oczywiście również jest niesamowicie istotnym zawodnikiem, z nim drużyna gra wyraźnie lepiej niż bez niego, ale nie jest piłkarzem nie do zastąpienia. Już nie. Jego odejście – jakkolwiek bolesne by nie było – nie zrobiłoby trwałej krzywdy projektowi Ancelottiego. Co innego odejście Modricia. Chorwat oczywiście nie ma żadnego powodu, by szukać szczęścia poza Madrytem, ale gdyby mu się odmieniło, gdyby spakował walizki i ruszył w świat, zostawiłby po sobie krajobraz jak po wojnie nuklearnej: ruiny, zgliszcza i jałowa ziemia, która potrzebowałaby długich lat na regenerację. Drugiego Modricia nie ma. Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook