Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 19 lipca 2013

Mniej niż klub

fot. marca.com
Sposób, w jaki w ostatnich dniach zachowują się ludzie związani z Barceloną, przynosi hańbę nie tylko im, ale też całemu klubowi. Dziecinne utarczki, medialne wojny i bezsensowne oskarżenia niszczą legendę Blaugrany.

Jeśli do niedawna istnieli jeszcze kibice wierzący w mit „mes que un club”, ludzie święcie przekonani o wyjątkowości, odmienności Barcelony, o tym, że klub z Camp Nou to właściwie nie klub, ale wielka rodzina, to teraz tej wiary musieli się wyzbyć. Obecna Barcelona bardziej niż familię przypomina gniazdo os. Z tą jednak różnicą, że te osy nie współpracują przy budowie gniazda i nie wspierają się w obronie przed napastnikami, ale tworzą stronnictwa i ścierają się między sobą.

Pep Guardiola to spokojny człowiek, panowanie nad sobą traci może raz na rok, ale gdy już do tego dochodzi, możemy spodziewać się fajerwerków. Tegoroczne wybuch trenera Bayernu przypadł na niedawną konferencję prasową, tę, na której Hiszpan ogłosił, że stara się ściągnąć Thiago. Urodzony w Santpedor szkoleniowiec z gniewem w oczach wyrzucił z siebie potok słów, które jak sztylet ugodziły w prezesa Barcelony, Sandro Rosella. Pep mówił o tym, że miał z działaczem umowę, że obaj zgodzili się, że po wyjeździe trenera do Nowego Yorku ludzie Barcelony dadzą mu spokój i nie będą wciągali w wewnętrzne gierki. – Prosiłem, by zostawili mnie w spokoju. Nie dotrzymali słowa. Nie dotrzymali… – mówił niedawno Guardiola. – Wykorzystywanie choroby Tito, żeby we mnie uderzyć… Nigdy tego nie zapomnę – dodał. I w jego głosie słychać było, że faktycznie całą sprawą jest mocno przejęty. Szkoleniowiec na odchodne dodał, że jeśli koledzy z Katalonii się z nim nie zgadzają, to niech powiedzą to głośno. On chętnie podejmie dyskusję.

To był atak, jakiego nikt się nie spodziewał. Atak na Sandro Rosella, na jego ludzi, na całą obecną strukturę klubu. Guardiola bardzo długo trzymał język za zębami, ale w końcu przyszedł moment, gdy nie wytrzymał. Ludzie Blaugrany bardzo szybko zapewnili, że nie wiedzą, skąd u Pepa taka złość i że nie będzie żadnej polemiki, ale mimo to szybko zorganizowali najpierw telewizyjny wywiad Sandro Rosella (puszczony z taśmy, żeby mieć pewność, że prezes nie powie niczego złego), a później konferencję Tito Vilanovy i Andoniego Zubizarrety. Jasne stało się, że polemika jednak będzie. To tak, jakby człowiek w mundurze czyszczący i przeładowujący karabin maszynowy z miną niewiniątka mówił, że on tak naprawdę jest pacyfistą i nie ma zamiaru nikomu robić krzywdy. Barcelona szła na wojnę. Pierwszy zaatakował Sandro.

To, co Guardiola mówił na temat zarządu, jest całkowitą nieprawdą – zapewnił prezes. – Jestem zaskoczony tymi komentarzami, bo jeśli się mówi takie rzeczy, to trzeba być gotowym na ich uargumentowanie. Nigdy nie użyłbym choroby Tito przeciwko Pepowi. Nie wiem, o co chodzi z tym dawaniem spokoju. Od czasu opuszczenia przez niego Barcelony ani razu nie rozmawialiśmy – dodał. Wywiad dla kanału 8tv był bardzo dziwny. Wydawało się, że Rosell stara się jednocześnie w Guardiolę uderzać i Guardiolę głaskać. Mówił, że szkoleniowiec Bayernu kłamie i obecnie Barcelona musi traktować go jak rywala, a potem stwierdzał, że gdyby Pep chciał zostać prezesem, to mógłby na jego głos liczyć.

Sandro Rosell nie wzbudza zaufania. Ma w sobie coś takiego, co sprawia, że trudno mu uwierzyć. Kibice Barcelony nie są zadowoleni z jego prezesury i chętnie wymieniliby go na kogoś bardziej szczerego i prawdomównego. Bo to, że Sandrusco kłamie, jest jasne jak słońce. Gdyby wojna Pepa z Blaugraną zakończyła się po wywiadzie działacza, klub by tę wojnę przegrał. Ale Rosell miał w rękawie asa, którego wyciągnął dzień później. Asem był oczywiście Tito Vilanova.

Nikt z zarządu nie używał mojej choroby przeciwko Guardioli. Klub pomagał mi tak bardzo, jak to możliwe – powiedział we wtorek trener Barcelony. – Widziałem się z Pepem przez dwa dni, gdy tylko przyleciałem do Nowego Yorku. Później byłem tam dwa miesiące i się już nie widzieliśmy, ale nie działo się tak z mojej winy. On uznał, że lepiej się nie spotykać. Jest moim przyjacielem i go potrzebowałem.

Podsumujmy – Pep mówi, że ludzie z Barcelony starali się mu medialnie dowalić. Ludzie z Barcelony mówią, że nigdy nie wykorzystaliby choroby Tito przeciwko Pepowi, a Tito wykorzystuje swoją chorobę przeciwko Pepowi.

Jeśli wyciągniemy z półek zakurzone woluminy historii Barcelony, jeśli zagłębimy się w legendarne już opowieści o tym, dlaczego klub z Camp Nou jest "więcej niż klubem", to dojdziemy do wniosku, że obecnie mamy do czynienia z wydarzeniem nie tylko bezprecedensowym, ale też bezgranicznie idiotycznym. Prezes jednego z największych klubów świata, klubu trener, a także człowiek, który dla kibiców owego klubu ma status niemal boski, obrzucają się błotem jak przedszkolaki w piaskownicy w deszczowy dzień. Ludzie, którzy znają się od 28 lat, którzy do niedawna uchodzili za wielkich przyjaciół, teraz publicznie piorą brudy. Obaj panowie kreowani dotąd byli na dżentelmenów. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła inna. To, że Pep może nie lubić obecnego zarządu Barcelony, nie jest niczym szokującym – mało jest ludzi, którzy lubią Rosella i spółkę. Nie znaczy to jednak, że Katalończyk powinien tę nienawiść manifestować publicznie. To samo można powiedzieć o Tito. Jeśli to, że Guardiola go nie odwiedzał, jest problemem, to trzeba wziąć telefon i zadzwonić do Monachium. Tak robią przyjaciele.

Ale między Pepem i Tito przyjaźni już nie ma.

Oni wybrali przeciwne obozy. Tito – umyślnie bądź przypadkowo – wpadł do tego samego worka co Sandro Rosell. Do wtorku mogliśmy mieć wątpliwości, po której stronie jest Vilanova. Teraz już wiemy. To, że Katalończyk wykorzystał własną chorobę, by uderzyć w Pepa, to, że wyciągnął na wierzch ich prywatne sprawy, niezależnie od tego, jak dużo w tym wszystkim jest prawdy, to zagrania bardzo niskie. Kibice w ankiecie dziennika Sport wierzą raczej Vilanovie niż Guardioli, który – przypomnijmy – stwierdził, że z kolegą się nie widywał, bo nie było takiej możliwości. Z kolei w podobnej ankiecie przeprowadzonej przez Mundo Deportivo fani, mając do wyboru stanięcie po stronie Pepa lub Rosella, wyraźnie stawiają na tego pierwszego. I to pewnie się nie zmieni, zwłaszcza po niedawnych deklaracjach prezesa uderzających w Johana Cruyffa, czyli człowieka, bez którego nie byłoby dzisiejszej Barcelony. Katalończyk stwierdził, że nie widzi możliwości włączania Holendra w struktury klubu, ponieważ ten jest obcokrajowcem.

Barcelona z czasów Pepa, Barcelona sześciu pucharów, jej spuścizna, jej legenda – to wszystko nie ma teraz najmniejszego znaczenia. Wszystko się rozsypało. Czym innym są buńczuczne wypowiedzi Xaviego czy kąśliwe komentarze Daniego Alvesa, a czym innym ta błazenada, której świadkami jesteśmy teraz. Chyba nie ma już ludzi, którzy szczerze wierzą w to, że Barcelona jest "więcej niż klubem".

Czy "więcej niż klub" urządza medialną nagonkę na swojego byłego trenera, który wyprowadził drużynę z kryzysu i wzniósł ją na poziom pozwalający dyskutować, czy czasem nie mamy do czynienia z ekipą wszech czasów? Sandro Rosell może zapewniać, że on nic złego Guardioli nie zrobił, ale rzeczywistość jest zgoła inna. Oba katalońskie dzienniki sportowe są w pełni podporządkowane prezesowi. W ostatnich numerach nie znajdziecie ani jednego dobrego słowa o Pepie. Dobrych słów o Rosellu jest tam za to tyle, że aż niedobrze robi się od nadmiaru słodkości. Redaktorzy naczelni, czołowi kolumniści – wszyscy stoją po stronie Rosella. Przez ostatnie miesiące zarówno Sport, jak i Mundo Deportivo opublikowały dużo krzywdzących Guardiolę tekstów. Sam Guardiola nie ma złudzeń, że to może tylko robota dziennikarz. Za wszystkim stoi Rosell.

Czy "więcej niż klub" robi z poważnej choroby swojego pracownika medialny spektakl? Katalońskie gazety zrobiły błąd, pisząc bezsensowne artykuły na ten temat. Guardiola zrobił błąd, poruszając kwestię na konferencji prasowej, a Tito zrobił błąd, brnąc w bezsensowną polemikę. Wszyscy wyszli na tym źle, nikt nie wygrał.

Czy "więcej niż klub" naprawdę nie jest w stanie zdobyć się na coś tak prostego, jak bycie ponad konfliktami i sprzeczkami? Guardiola wsadził gałąź w mrowisko – trudno. Nie trzeba za ten badyl chwytać i rozwalać całej misternej struktury.

Barcelona podąża w złym kierunku, degeneruje się, zapomina o dawnych ideałach, odtrąca legendy, eskaluje konflikty i zniechęca do siebie piłkarski świat. Zarząd Rosella popełnił przez dwa lata tyle błędów, że niemal niemożliwa wydaje się walka o reelekcję. Etos "więcej niż klubu" trzeba będzie budować od nowa. Opłaconych petrodolarami reklam z koszulek zmyć się nie da, ale można postarać się chociaż o to, żeby najważniejsi dla klubu ludzie nie okładali się publicznie kijami.

To będzie dobry początek. Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook